Dziwne dziecko


„7 x 7 = 102. Zabawne, co?”

JACEK PODSIADŁO


Jan Amos Komeński wymyślił kiedyś w „Magna Dictata”, że konieczne jest „nauczanie wszystkich wszystkiego” i to „wcześnie, przed spaczeniem umysłów”. Te szlachetne w intencjach i mające na celu przede wszystkim upowszechnienie dostępu do wiedzy założenia twórcy nowożytnej edukacji, pedagogika dowlokła niczym dwie kule u nóg aż w czasy współczesne. Tymczasem obydwa one są nieprawdziwe. A przynajmniej j u ż nie są prawdziwe.
W czasach Komeńskiego i „wszystkich”, i „wszystkiego” było mniej. Pajdocentryczni „antypedagodzy” dzisiejszych czasów uściślają jego myśl wprowadzając do niej niby tylko poprawkę, jest to jednak poprawka sięgająca najgłębiej, jak można: może i jest konieczne nauczanie wszystkich chętnych wszystkiego, co ich interesuje. Szkolnictwo odizolowało proces uczenia się od „reszty życia”, podczas gdy w najbardziej naturalny sposób człowiek uczy się po prostu żyjąc. Po co uczyć trygonometrii, liczb atomowych i rachunku różniczkowego kogoś, kto spędzi życie jako sprzedawca w sklepie mięsnym? Co innego, jeśli tangensy i cotangensy albo tajniki tablicy Mendelejewa są jego hobby, wtedy daj mu Panie Boże zdrowie. Wbrew powszechnemu mniemaniu wiedza nie jest wartością samą w sobie. Wartością jest wiedza, która przynosi człowiekowi pożytek i sprzyja osiąganiu przezeń szczęścia. Szkolny reformator Alexander Sutherland Neill twierdził: „Wolałbym raczej, aby szkołę opuścił szczęśliwy zamiatacz ulic niż znerwicowany uczony”. 
Drugie nadużycie do dziś powtarzane za Komeńskim to nieuzasadnione przekonanie, że umysły, których się nie „kształtuje”, muszą ulec „spaczeniu”. Śmieszna, ale i przerażająca jest ilość ograniczeń, jakie dorośli nakładają na dzieci byle tylko ustrzec je przed swoim własnym, dorosłych, wpływem. Jeśli umysł czy psychika dziecka się paczy, to właśnie za sprawą dorosłych. Jak można zakazywać sprzedaży papierosów i alkoholu dzieciom?! To znaczy, jak można zabraniać dziecku czegoś, co samemu się robi? Jak można ustanawiać prawa dziecka, gdy są już znane prawa człowieka? Jeśli dorosły i dziecko różnią się stopniem człowieczeństwa, to na pewno bardziej człowiekiem jest dziecko. Dorośli artyści tworzą filmy, które są „dozwolone od lat piętnastu”. Zakaz ten jest w istocie hańbiącą konstatacją stanu „dorosłości”, przyznaniem się do niewrażliwości: my już możemy bez drgnienia powieki patrzeć na krwawe rozbryzgi mózgu na ścianach, ale tobie, drogie dziecko, mogłoby to zaszkodzić. 
Umysł i psychika dziecka nie niepokojone zewnętrznym przymusem wcale się nie paczą. Wręcz przeciwnie. O metodach cytowanego już Neilla Albert Lamb napisał: „Uważał, że dzieci same będą odczuwały potrzebę uczenia się tego, co im będzie potrzebne. Kluczem do takiego rozwoju było pozostawienie im całkowitej swobody i pozwolenie, by bawiły się tak długo, jak będą chciały, w atmosferze akceptacji i miłości”. Kiedy słyszę, że są to piękne i słuszne idee, ale szkoła „nie dysponuje infrastrukturą” lub „nie posiada środków” niezbędnych do ich realizacji, niezmiennie zachwyca mnie ludzka i bardzo dorosła umiejętność synonimowania braku akceptacji i miłości. I Neill, i ortodoksyjny antypedagog Hubertus von Schoenebeck, i wielu innych, pracowali na zasadach pełnego partnerstwa i dobrowolności z dziećmi w grupach bliższych kółkom samokształceniowym niż szkolnym klasom. Dzieci same decydowały, czy chcą się uczyć, czy leniuchować, a jeśli się uczyć, to czego. Eksperymenty te dały świetne wyniki, z których współczesne szkolnictwo nie wyciągnęło żadnych praktycznych wniosków. Ich recenzenci piszą dziś na przykład: „Antypedagodzy w swej krytyce systemu szkolnego posuwają się do żądania absolutnego usunięcia obowiązku szkolnego, pozostawiając wybór jedynie dzieciom”, nie zauważając, że antypedagodzy nie „posuwają się”, ale tkwią na obranych dawno pozycjach. To tradycyjna pedagogika posunęła się do uczynienia z edukacji niszczycielskiego względem dzieciństwa przymusu. Ale trudno być prorokiem wolności od edukacji w dowolnym z własnych krajów, w których z nauki uczyniono cielca tym bardziej złotego, im więcej trudu i wyrzeczeń pobranie nauki kosztowało.
Może dlatego Pippi najłatwiej wyartykułować te zarzuty w miejscu, gdzie panuje zupełnie inny klimat dla myśli przeciwwychowawczej, na dalekiej wyspie Kurrekurredutt, gdzie o Komeńskim nigdy nie słyszano i gdzie jej audytorium są dzikie dzieci dopytujące się o życie dzieci białych. Oczywiście Pippi nie byłaby sobą, gdyby problemu lekko nie przerysowała: „Białe dzieci kochać schorzenie. Jeżeli się słyszy, że białe dziecko płacze, to na pewno albo szkoła się spaliła, albo nagle są ferie, albo pani zapomniała zadać dzieciom coś ze schorzenia. Kiedy szkolna brama zamyka się na lato, wszystkie oczy są zapłakane, wszystkie dzieci wloką się do domu śpiewając smutne pieśni żałobne i na myśl, że kilka miesięcy upłynie, zanim znów będą miały coś zadane ze schorzenia, dostają czkawki”. Jedno z tubylcząt prosi o bliższe wyjaśnienie, co to jest to schorzenie.
„ – Posłuchaj – powiedziała. – To jest tak. 7 razy 7 równa się 102. Zabawne, co?
– Nie, bo 7 razy 7 jest 49 – powiedział Tommy.
– Zauważcie, że jesteśmy teraz na wyspie Kurrekurredutt – powiedziała Pippi. – Tu jest zupełnie inny, znacznie gorętszy klimat, więc 7 razy 7 wyniesie tutaj o wiele więcej”.
 


Jacek Podsiadło
skr. poczt. 32, 45-076 Opole 1 

podsiadlo@atol.com.pl


 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44 (2782), 3 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl