„O pamięć dla nich walczyliśmy” 


Niepublikowana opowieść Aliny Pieńkowskiej, w latach 70. działaczki Wolnych Związków Zawodowych, jednej z organizatorów strajków na Wybrzeżu w 1980 r.



Jakiś czas temu chciałem porozmawiać z Aliną Pieńkowską o ludziach, dzięki którym w sierpniu 1980 r. udało się doprowadzić do wybuchu strajków na Wybrzeżu, a którzy potem zostali zapomniani. O bohaterach z, pozornie, drugiego szeregu. Pokazałem jej swoją listę nazwisk. Wtedy wyjęła album fotografii ze strajku, dopiero co wydany: Zbigniew Trybek „Oni tworzyli Solidarność”... Zaczęła komentować poszczególne zdjęcia, rozpoznawać sytuacje i osoby. Lista bohaterów tego pierwszego w istocie szeregu się wydłużała. Potem rozmawiałem z niektórymi z nich. Ciągle zdawało mi się, że czyjejś relacji brakuje, aby można było ukończyć tekst... Alina Pieńkowska zmarła 17 października 2002 roku.

Krzysztof Burnetko



Ten album jest niezwykły. To moja jedyna pamiątka z Sierpnia. Nie mam żadnych pamiątek osobistych – wszystkie przepadły potem podczas rewizji . Zbigniew Trybek był fotoreporterem gdańskiego „Czasu”. Tam była dobra ekipa dziennikarska, np. Maciek Łopiński był potem współautorem „Konspiry”. Trybek wszedł do stoczni bardzo szybko, niemal tuż po tym, jak ruszył strajk. Dlatego Trybek ma najlepsze zdjęcia – i z pierwszego okresu strajku. Choćby to: siódma rano przed dyrekcją. Strajk się zaczął o szóstej, o siódmej już było tyle ludzi. A to, na przykład, jest noc z soboty na niedzielę [16 na 17 sierpnia – KB], piszemy postulaty. Tu jest konsultacja tych postulatów z Wałęsą, to jest ta sama noc. To jest pusta sala BHP, jeszcze nie ma delegacji z innych zakładów. Ale Trybek nie podpisał, kto jest na fotografiach. A to jest choćby Józek Przybylski – człowiek, który był zapleczem Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża...
U Józka, w Nowym Porcie, w mieszkaniu przy ul. Wyzwolenia, była nasza maszyna drukarska. W związku z tym nie mógł nic podpisywać ani się pokazywać na demonstracjach. Miał kontakt tylko z Bogdanem. Pracował w Budimorze, zakładzie przemysłu okrętowego, kooperującym ze Stocznią Gdańską. Był wykwalifikowanym robotnikiem, po szkołach. Drukował „Robotnika Wybrzeża” i robił wydruki pisma „Robotnik”. 
Ponieważ nie wiadomo było, jak się ten strajk potoczy, Józek miał siedzieć w domu, z tą drukarnią. Milicja o nim nie wiedziała. Ale nie wytrzymał. Załadował na samochód Żuk dużo koszy z bułkami, a że anonimów nie wpuszczano, więc podał nazwisko, powiedział, że jest piekarzem i wiezie bułki. I w taki sposób wjechał na teren stoczni. Strajk miał już swoją dynamikę, więc Bogdan [Borusewicz] powiedział, że jak już jest, to niech zostanie. Józek miał chyba przepustkę numer 1. Potem skontaktował się z kolegami z Budimoru i był ich delegatem w Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym, zwłaszcza, że był z opozycji. 






Obrady MKS. 
Od lewej: Zbigniew Kobyliński, Bogdan Borusewicz, Andrzej Gwiazda, Joanna Duda-Gwiazda i Alina Pieńkowska





Członkowie MKS funkcjonowali w podwójnej roli: opracowywali taktykę, głosowali itd., ale niezależnie od tego każdy miał przydzieloną swoją robotę. Ktoś odpowiadał za ochronę, ja wydawałam przepustki, Henia Krzywonos – paliwo. Nie pamiętam już, czym się zajmował Józek. 
Po zakończeniu strajku nie kandydował do władz najwyższych związku, był tylko we władzach regionu. Niemniej tuż przed stanem wojennym wyjechał z oficjalną delegacją „Solidarności” na Zachód i tam zastał go 13 grudnia. W Brukseli z Jerzym Milewskim tworzyli Biuro Koordynacyjne „Solidarności”. Mieli ścisły kontakt z podziemiem. Ponieważ znaliśmy od dawna Przybylskiego, to ukrywający się Bogdan właśnie poprzez Józka ustalał przepływ informacji, maszyn drukarskich, papieru. On dawał absolutne poczucie bezpieczeństwa – wiadomo było, że nie przedostanie się to tam, gdzie nie powinno. Józek nie tylko utrzymywał wtedy kontakt z działaczami podziemnej Solidarności, ale zajmował się też pomocą humanitarną dla Polski. 
A równocześnie cały czas przeżywał dramat: w kraju miał 12-letnią córkę, sam ją wychowywał, a kiedy został za granicą, to jej do ojca nie chcieli wypuścić. Nie było mowy, żeby dziewczynka otrzymała paszport. To straszne, żeby się mścić na dzieciach za ojca. Córką Józka opiekowała się tu w Gdańsku jego siostra. 
On do dziś mieszka w Belgii. Miał jakąś firmę budowlaną. Jesteśmy przyjaciółmi.
Mimo że Józek tyle robił i zapłacił takie koszty, to przez 20 lat zaproszenia na obchody Sierpnia nie dostawał. Pytałam dlaczego ja dostaję, a moi koledzy nie. Na przykład Jerzy Kmiecik, sygnatariusz Porozumień, nie był zapraszany, choć jak pracował, tak pracuje na Stoczni Gdańskiej. Sąsiedzi Kmiecika pytali: czemu Pan nie idzie na obchody? A on musiał odpowiadać, że nikt go nie zaprosił. Nie wiedziałam, co robić. Andrzej Gwiazda postanowił w tej sytuacji w ogóle nie chodzić na rocznicowe imprezy. Ale to błąd, bo jak się nie istnieje, to w to miejsce wpychają się ci, którzy nie mieli z Sierpniem nic wspólnego. Trzeba więc chodzić, ale z drugiej strony jak widziałam kolegów, o których zapomniano, to mi było głupio. Dopiero na obchody w 2000 r. po raz pierwszy zostali zaproszeni wszyscy. Wykłóciliśmy się o to. Jako radna wymyśliłam z kolei, by sygnatariuszom Porozumień nadać Honorowe Obywatelstwo Miasta. Powiedziałam: jeśli się nie zgadzacie, to proszę głosować przeciw.
Piotr Kapczyński. Też drukarz WZZ. Przed strajkiem drukował ulotki dla Bogdana u Józka Przybylskiego. Pomagał Bogdanowi razem ze swoim kuzynem, który potem wyemigrował. Po Sierpniu Piotr związał się z „Solidarnością”. A kiedy Lechu nas wszystkich w pewnym momencie wyrzucił z władz regionu i zaczęliśmy się zajmować pomocą humanitarną dla członków związku, Kapczyński też brał w tym udział. 
Po 13 grudnia ukrywał się razem z Bogdanem. Ale nie tylko krył się przed ubecją, lecz także cały czas drukował. Ściśle współpracował z czołówką ukrywających się działaczy Solidarności. Był zapleczem dla Krajowej Komisji Wykonawczej, uczestniczył w tajnych spotkaniach z Bujakiem. Bogdan miał taką słynną wpadkę na Zaspie: ukrywał się u swojej byłej nauczycielki. Tam weszła ubecja, on uciekał po dachach. Ubecja założyła kocioł, a Bogdan na tym dachu nie mógł się ruszyć. Widzi, a do tego mieszkania idzie Piotr. Tam miało być spotkanie. Szedł Kapczyński i szedł jeszcze jeden. Bogdan był umówiony, że w razie najścia milicji coś będzie stało w oknie. Piotr to zbagatelizował i idąc mówił: a, Bogdan chce mnie nastraszyć. I chyba wszedł z ulotkami, niestety. 
Po 1989 r. to, co robił w podziemiu, wykorzystał w wydawnictwie Prószyński. Teraz ma wydawnictwo: drukuje mapy głównie naszego regionu, czyli Kaszub. Mieszka teraz w Sopocie, a przedtem mieszkał w Gdańsku, na Żabiance, u rodziców. Ta znajomość też przetrwała. W Sopocie na plaży jest smażalnia ryb. Tam się zwykle spotykamy.
Tomek Wojdakowski. Też chodził na zebrania WZZ. Na pewno miał związek z kolportażem, czyli musiał być osobą między Piotrem Kapczyńskim a Bogdanem. Przed Sierpniem chyba również drukował. Był dużo od nas młodszy, pewnie jeszcze nie pracował, tylko się uczył albo studiował. Pamiętam, jak przed jakąś rocznicą Grudnia ’70, schował się, żeby swobodnie kolportować ulotki, ale wpadł do domu wykąpać się i tam go bezpieka złapała. Przed strajkiem dowodził jedną z grup ulotkowych, które zorganizował Bogdan. W „Solidarności” nie był, jako za młody. Potem wyemigrował – gdzieś na początku stanu wojennego. Jak Bogdana aresztowali w 1986 r., Tomek spowodował, że w prasie amerykańskiej pojawiło się dużo informacji o Bogdanie. Uważał, że ma dług. Są takie osoby, które jak widzą tonącego, to zawsze podadzą rękę. Nigdy nie pomyślą, czy sami się przez przypadek nie utopią. Tak jest z nami: chociaż poglądy polityczne mamy czasem różne, to trzymamy się razem. Pamięć o tamtym czasie jest dla nas jakąś wartością. 
Tomek nieprzypadkowo trafił do opozycji: jego mama to niezwykła pani, ostro wspierająca podziemie – użyczała mieszkania itd. A rodzice różnie przyjmowali poczynania dzieci. Ja przed Sierpniem miałam trudno, bo jednak ubecja czasem do mieszkania wpadała. Zdarzało się, że ubecy wychodzą, mama otwiera lodówkę – wypadają ulotki, otwiera piekarnik – znowu ulotki.

*

A to Bogdan Felski w nocy, kiedy układaliśmy postulaty. Na początku byliśmy dziwną opozycją. Ja nie byłam przecież żadnym politykiem, tylko pielęgniarką z przychodni. Były wśród nas osoby podpisujące komunikaty i dlatego najbardziej wystawione na aresztowanie: Gwiazda, Borusewicz. Ale właściwie najważniejsze było nasze zaplecze w zakładach. Każdy miał swój. Gwiazda – Elmor. A Felski był związany z Anią Walentynowicz i Bogdanem, i stanowił zaplecze WZZ w Stoczni. I jak Bogdan strajk organizował, to oparł się na takich sprawdzonych ludziach. 
Bogdan Felski też nie wziął się znikąd: przychodził na zebrania WZZ, słuchał o historii Polski, a także analizował razem z nami wcześniejsze strajki. Bo myśmy się „na sucho” uczyli, zastanawialiśmy się, gdzie popełniono błędy itd. W efekcie wiedzieliśmy, że nie wolno wyprowadzać strajkujących na ulice, że krytycznym momentem strajku jest sobota, bo każdy chce iść do domu i wtedy załamuje się najwięcej protestów. Było jasne, że ważny jest odpowiedni dobór momentu rozpoczęcia strajku, ale wiedzieliśmy również, że w pierwszym dniu protestu ważna jest także godzina, kiedy zakład normalnie kończy pracę. Bo najpierw wszyscy wiecują, są za, a potem – kiedy nadchodzi pora wyjścia do domu – mogą zechcieć wyjść. W Sierpniu potwornie się bałam, że w pierwszym dniu strajku ludzie mogą nam wyjść ze Stoczni. 
Taki drobiazg: wtedy trudno było nawet przekazać żonie wiadomość, że się zostaje na noc na strajku. Mało kto miał telefon, zresztą telefony zostały od razu w pierwszym dniu odcięte. Dlatego od razu chcieliśmy nagłośnić strajk przez Wolną Europę – a także przekazać tą drogą apel o dostarczanie strajkującym żywności, by choćby w ten sposób uspokoić nastroje wśród rodzin.
Wszystkie informacje szły przez Wolną Europę. Ode mnie z przychodni na miasto dzwoniło się przez centralę. Ale to wyjście przez „0” szybko odcięli. Były jednak jeszcze trzy aparaty z wyjściem bezpośrednim. Wykręciłam numer Jacka Kuronia. Na pewno już coś się z tymi telefonami działo, nie wiem, czy były słuchane, czy nie, ale Jacka głos się pojawił. Mówię: Jacku, chciałabym, żebyś zapisał postulaty. A Jacuś: Świetnie złotko, idę po długopis. Koleżanka stała na czatach, a ja czekałam, jak drzwi się otworzą i wpadną ubecy. To wyjście po długopis wydawało mi się wiecznością. Jacuś najpierw ochoczo wszystko pisał, mówił: tak, tak. Wreszcie mówię: Bezpieczeństwo dla strajkujących. On: Dla jakich strajkujących? Ja: Stocznia strajkuje. Wtedy on nieparlamentarnie coś powiedział – i rozłączyli rozmowę. Potem dzwoniliśmy do niego z telefonów kolejowych, bo kolej miała własną sieć łączności. Tyle że trzeba było się przebrać i wyjść ze stoczni bocznym wyjściem, żeby ubecy nie zauważyli. Nie wiedziałam, gdzie iść na tę kolej, więc poszłam do informacji. Stwierdziłam, że jak mają mnie szarpać, to lepiej żeby ktoś widział. Więc nie szłam do żadnych zawiadowców, tylko do okienka „informacja”. Była spora kolejka. Pytam: Czy mogę zadzwonić? Pani: Proszę. Uprzedzam, że jestem ze strajkującej stoczni. Ona: Proszę bardzo. Mówiłam rzeczy polityczne, przekazywałam apel do mieszkańców o żywność, a kolejka zachowywała się tak, jakbym pytała o godzinę odjazdu pociągu. 
Felski organizował również spotkania swojej grupy stoczniowców. Bo były zebrania, na które członkowie WZZ zapraszali kolegów z pracy. Były też u niego na ul. Ojcowskiej zebrania czołówki stoczniowej: Ania Walentynowicz, Borowczak z Bogdanem. Borowczak mieszkał na kwaterze, utkwiły mi w pamięci takie żelazne łóżka... Straszne były te kwatery dla stoczniowców: łóżka i koniec. Jak wszyscy tam weszliśmy, gdy ktoś z nich miał imieniny, to nie było się gdzie poruszyć.
Ja też miałam ciasne mieszkanie i pamiętam, jak na któreś moje urodziny przyszedł Bogdan Felski, a że było trochę ludzi, więc ledwo się mieściliśmy. Z Jackiem Taylorem stwierdziliśmy, że nie może być tak, że jedni wejdą, a ci młodzi robotnicy zostaną gdzieś tam na schodach. Właśnie: Jacek Taylor. Był jedynym adwokatem, na jakiego mogliśmy wtedy liczyć. Inni odmawiali. Mówili, że mają dom i dzieci. Jacek nie tylko był oparciem prawnym: aktywnie uczestniczył też w spotkaniach WZZ. 
W Sierpniu Felski był w składzie pierwszego Komitetu Strajkowego – złożonego z 11 osób. On był jednym z tej trójki młodych stoczniowców, którzy rozpoczęli strajk. A trzeba było mieć olbrzymią determinację i odwagę, by zatrzymać kilkunastotysięczną stocznię. I czekali, czy Lech dołączy, bo w praktyce byli sami. 
Potem Felski był we władzach „Solidarności” Stoczni Gdańskiej. Przed grudniem 1981 wyjechał z grupą stoczniowców do Bremy. I tam ich zastał stan wojenny. Brema i Gdańsk to miasta siostrzane. Felski zajął się transportami do Polski wszystkiego, co tylko było potrzebne. Został na Zachodzie, ale utrzymujemy kontakt. Podobnie jak z Markiem Mikołajczakiem, który był w pierwszym komitecie strajkowym w Stoczni Gdańskiej. Dla nich, tak jak dla Wojdakowskiego ważne jest wciąż, co się w Polsce dzieje: dzwonią, pytają, przeżywają. Jestem z tego dumna, bo są też inne przykłady.
Ludwik Prądziński. Dostał się do WZZ chyba tak jak Felski: czyli przez Anię Walentynowicz. To prosty, ale rozważny chłopak. Tak samo jak Felski i Jerzy Borowczak, jest osobą, którą nie sposób byłoby nakłonić do zrobienia czegokolwiek wbrew sobie. Dlatego do decyzji o rozpoczęciu strajku oni musieli przekonać się sami. Pamiętam, jak ta taktyka była opracowywana: że trzeba najpierw na jednym wydziale zrobić strajk, przejść na drugi, i tak od wydziału do wydziału zbierać ludzi. Na zasadzie kuli śniegowej. Dopiero wtedy iść pod dyrekcję. Każdy z tej trójki miał ruszyć swój wydział. Potem się połączyli. Wszyscy mają swój udział w zrobieniu strajku. Kiedy premier Thatcher odbierała honorowe obywatelstwo Gdańska, po raz pierwszy poczułam się normalnie względem tych kolegów, z którymi przygotowaliśmy Sierpień. Bo oni też byli honorowymi obywatelami. Ktoś zawistny rzucił, że przecież oni – w przeciwieństwie do pani Thatcher - nie są żadnymi mężami stanu. Odparłam, że decyzje, które wtedy ci chłopcy podejmowali, miały takie znaczenie, jakby je podejmowali mężowie stanu. 
Ludwik jest też jednym z tych ludzi „Solidarności”, dla których Sierpień nie przełożył się na życie ekonomiczno – rodzinne. On za tę rewolucję płaci. My z Bogdanem mamy sytuację komfortową. A Ludwik jest osobą, która żyje, jak żyła. Wtedy pracował w stoczni, mieszkał na kwaterze, bo nie był z Gdańska. Poznał dziewczynę, której rodzice mieli gospodarstwo na Kaszubach. Teraz tam mieszka z żoną i gromadką dzieci. Nie uczestniczy w życiu związkowym czy politycznym. I on też dopiero teraz został zaproszony na obchody Sierpnia. 
Widziałam dokument podpisany przez „Solidarność” Stoczni Gdańskiej: że nie znają nazwisk ludzi, które należałoby przypomnieć z okazji 20. rocznicy Sierpnia. Związek nie uczy się własnej historii. Dla nas w WZZ ważna była tradycja Armii Krajowej, Grudnia’70 – czytaliśmy o tym, rozmawialiśmy. Historię najnowszą należy pielęgnować, bo nikt za nas tego nie zrobi. 
Janusz Jachnicki. Jego nie znaliśmy wcześniej. W WZZ wszyscy się znaliśmy, to dawało duże poczucie bezpieczeństwa. Wiadomo było, że jak się coś ustali, to zostanie między swoimi. Janusz był obcy. Przyszedł w poniedziałek, to była już końcówka strajku, parę dni przed podpisaniem porozumień 31 sierpnia. Pracował w telekomunikacji w Gdyni i przyniósł informację – ważną, jak mówił. Pochodziła z podsłuchiwania obrad Komitetu Miejskiego PZPR, podczas których relacjonowano chyba posiedzenie KC partii. Przyniósł taśmę, co on na niej miał, dokładnie nie wiem. Spotkaliśmy się w budynku straży pożarnej Stoczni Gdańskiej, żeby nie było nasłuchu i Janusz osobiście to przekazywał Bogdanowi, który uznał ją za bardzo istotną. Janusz został w stoczni. Do dziś pracuje w telekomunikacji. Jesteśmy zaprzyjaźnieni, bywamy u Janusza w domu.

*

Księża: Wiśniewski, Bogdanowicz, Jastak, Jankowski i ksiądz z Portu Gdańskiego, tęższy, niski, którego nazwiska już nie pamiętam. Najpierw Bogdan miał kontakt z ojcem Ludwikiem Wiśniewskim. To był jedyny autorytet, który doceniał i wspierał opozycyjną młodzież na Wybrzeżu. Tak samo ks. Stanisław Bogdanowicz. Bardzo nam życzliwy. W stanie wojennym właśnie ks. Bogdanowicz dał mi potajemny ślub z ukrywającym się Bogdanem. Od 1978 r. WZZ i Ruch Młodej Polski prowadziły modlitwy w kaplicy Matki Boskiej Ostrobramskiej Bazyliki Mariackiej, gdzie on był rezydentem. 
Podczas strajku oczywiście chcieliśmy, by ktoś odprawił nam Mszę. W sobotę,
16 sierpnia, wieczorem przybył ks. Jankowski na teren Stoczni Gdańskiej, i Ania Walentynowicz – byłam świadkiem – podeszła i pyta: czy ksiądz może jutro odprawić Mszę św.? Byliśmy wówczas w trudnym momencie: bo była to najlepsza chwila, by nas ze stoczni wyrzucić. Garstka ludzi została – mówimy: 700 osób, ale nikt nie liczył. Brakowało ludzi, by obstawić bramy i teren stoczni – ci chłopcy stali non stop, bo nie było ich kim zmienić. Byli wykończeni: sami całą noc, a nie można było spać, bo podchodzili różni prowokatorzy, część młodzieży się wygłupiała itp. Chcieliśmy, żeby przynajmniej rano zrobić w Stoczni coś, co zwróci uwagę i przyciągnie ludzi nie tyle na strajk, ile na tę sytuację która będzie. A ks. Jankowski powiedział, że chętnie, ale musi mieć zgodę księdza biskupa. Z Józkiem Przybylskim pojechałam do biskupa Kaczmarka lub któregoś z jego zastępców – nie był to na pewno bp Gocłowski. Pojechali do wojewody Kołodziejskiego, który stwierdził, że rządzi sekretarz. A sekretarz Fiszbach powiedział: Nie wymagajcie, żebym ja dzwonił do biskupa. Proszę, by biskup do mnie zadzwonił, problemu nie będzie. Biskup zadzwonił, Fiszbach zadeklarował, że jeżeli stoczniowcy chcą się modlić, to on nie będzie przeszkadzać. Wtedy właśnie – w sobotę, późnym wieczorem, około dwudziestej, kiedy wydał zgodę na Mszę św. na terenie Stoczni Gdańskiej – chyba ostatecznie stracił w centrali partii wiarygodność. Tak było w Stoczni Gdańskiej. Natomiast w Gdyni Bogdan zadzwonił do ks. Jastaka, który nie pytał się nikogo, przyszedł do stoczni i odprawił Mszę.
Ewa Osowska. Ona w WZZ Wybrzeża była w grupie Wałęsy. Wałęsę poznała w ten sposób, że pracowała w kiosku z gazetami na Stogach, gdzie Lechu mieszkał, a jednocześnie słuchała RWE. Nie wiem, czy przez ten kiosk nie szły jakieś informacje dla Lecha, bo ten kiosk mi utkwił w pamięci. Potem chodziła na nasze modlitwy i spotkania. Jest takie piękne zdjęcie, jak ona prowadzi modlitwę w stoczni. Bo na strajku znalazła się szybko, dowiedziała się chyba od żony Lecha i przyszła. Lechu zaprzecza, niestety, a to kobiety trzeciego dnia uratowały strajk, kiedy zamknęły bramy stoczni. Niech Lechu nie zaprzecza, bo fizycznie ktoś te bramy zamknął. A gdyby nie zamknąć, to wszyscy by wyszli. W opisywaniu trzeciego dnia strajku były totalne manipulacje. Jak Leszek Kaczyński był w zgodzie z Lechem, to ten trzeci dzień był traktowany jako nieważny, nie mający znaczenia dla historii. Jak się pokłócili, to Leszek w gazetach zaczął ten trzeci dzień opisywać właściwie. Tak nie można, albo – albo. 
Trzeciego dnia Ewa stała obok Wałęsy, z tubą, jak on ogłosił o zakończeniu strajku. Lechu mówi: Sukces, tysiąc pięćset złotych. To dotyczyło tylko stoczniowców. Stoczniowcy słuchali na wydziałach, przez radiowęzeł, każdy chciał dobrze słyszeć i każdy wydział miał głośnik i wśród kolegów zawsze lepiej jest komentować, słuchać, więc oni sobie jedli, siedzieli, strajkowali i słuchali. Ale były przecież też inne małe zakłady. Wtedy Henryka Krzywonos z MPK krzyknęła: „Wyduszą nas jak pluskwy”, a Ewa stojąc koło Lecha, krzyknęła: „Zdrada”. Lechu próbował coś mówić, ale chyba go wyklaskali, i powiedział tylko: „Chcecie strajkować, to strajkujemy”. Lecz radiowęzeł został już odcięty, a stoczniowcy zaczęli wychodzić do domów. Mówię: „Aniu, wychodzą”. Ania: „Ty leć na pierwszą, ja na trzecią, a potem przyjdź na trzecią, bo ta trzecia jednak jest duża”. I tak żeśmy zrobiły. Przez teren stoczni to był kawał drogi, chciałam więc znaleźć takiego dziennikarza, chyba z „Życia Warszawy”, który miał samochód. Pytam Bogdana, czy wsiąść, bo myślę: jak wsiądę, a on jest z UB, to koniec. Nie wiem, czy Bogdan go znał, ale powiedział: „Wsiadaj”. Przez miasto dojechaliśmy do tej bramy. Tam jest taki most nad ulicą. Na tym moście nigdy nie widziałam tylu wychodzących, wszyscy naraz wyszli. I tam coś mówiłam. Każda z nas ma udział w utrzymaniu wtedy strajku: Ewa, Henryka, Ania, ja.
W skromnym, niepodpiwniczonym domku Osowskich na Stogach była duża maszyna drukarska. I tam 11 stycznia 1986 r. złapali Bogdana Borusewicza. Ewa wyemigrowała chyba do Australii.
Janusz Satora. Pracował w Elmorze. W Elmorze w pewnym momencie pracował tłum ludzi z WZZ: Andrzej Gwiazda, Bogdan Lis, Andrzej Bulc, Janusz, ja. Jak mnie z Elmoru do stoczni przenieśli, to tam ta grupa zorganizowała mi obronę. 
Przed Sierpniem były dwa zebrania. Najpierw 10 sierpnia u Piotra Dyka, szerokie grono – jak mówiliśmy – pod klonem, bo rozmowy były na podwórku, by uniknąć podsłuchu. Bogdan mówi, że mnie tam nie było, może tak zostać. Choć byłam. Tam zapadło ogólne ustalenie, że trzeba coś zrobić w obronie zwolnionej z pracy Ani Walentynowicz i że to chyba powinien być strajk, ale bez żadnych konkretów. Potem Prądzyński, Felski, Borowczak, Borusewicz i Wałęsa umówili się co do szczegółów rozpoczęcia strajku. Drugie spotkanie Bogdan zrobił z kolporterami, którzy mieli rozrzucić ulotki i z braćmi Petryckimi, wtedy studentami Wyższej Szkoły Plastycznej, którzy zrobili transparenty i plakaty. To robił Bogdan, czy się Lechowi podoba, czy nie. Natomiast niezależnie odbyło się spotkanie u Janusza Satory, gdzie nie podano dat rozpoczęcia strajku, ale tylko poinformowano o nim tę grupę z Elmoru. Bogdana nie było na tym spotkaniu, ja byłam. Nie pamiętam szczegółów tego spotkania, tylko drogę na nie, bo nie mogłam znaleźć tego mieszkania. Był chyba Andrzej Gwiazda i Bulc. Bogdan nie łączył tymi samymi kontaktami różnych środowisk, bo zakładał, że w poszczególnych kręgach są agenci, więc trzeba zapobiegać paleniu ludzi i informacji. Janusz Satora w stanie wojennym się ukrywał.
Ligia Kilińska. W jej mieszkaniu na ul. Matejki był magazyn bibuły, było drukowanie, Bogdan się też tam ukrywał – tuż przed rozpoczęciem strajku w Sierpniu. A potem w stanie wojennym ukrywał się też we Wrzeszczu na Waryńskiego albo Wyspiańskiego (zawsze mylę te dwie ulice), chyba na Waryńskiego, u mamy Ligii. W tym pierwszym okresie, kiedy wszyscy się bali kogokolwiek schować, u niej mieszkało trzech poszukiwanych: Borusewicz, Krzysztof Pusz i Andrzej Kinaszewski. Wszystko było dobrze, tylko że to była starsza pani, słaba, wszyscy ją tam znali, i ona nagle kupowała pięć bochenków chleba, trzy kilo kapusty, a sklepikarz się pytał: po co pani ten chleb? Ona: Jak to? Wojna, to trzeba magazynować. I codziennie brała te chleby. Potem musiała zmienić sklep i nosić z odległych miejsc, bo zaczęli na nią zwracać uwagę.
Po stanie wojennym te więzi trwały. Niestety mama już zmarła.
Piotr Maliszewski. Ania mówi, że to on po nią przyjechał, gdy wybuchł strajk. Możliwe. Nie mam pojęcia, kto wyjechał po nią ze Stoczni. Po prostu nie wszystkie nazwiska się pamięta. Pamiętam, że samochód został wysłany, Ania chyba zadzwoniła nawet do przychodni, albo ja Anię zawiadomiłam, żeby była w domu, że przyjadą, żeby nie wychodziła. Pytała się, czy wsiąść? Wsiąść! 
Mariusz Muskat. Młody socjolog. Miał malutkie dzieci i trudną sytuację, bo był z pracy wyrzucony. Próbowali z Bogdanem mleko rozwozić, ale im to nie szło. Mariusz był bliskim współpracownikiem. Miał lekkie pióro i pomagał w redagowaniu różnych tekstów. A kiedy Gdańskie Towarzystwo Naukowe organizowało prelekcje socjologów, Mariusz uprzedzał nas, myśmy chodzili i była dyskusja. Ale najprzyjemniejsze były Sylwestry, które robiliśmy u Mariusza w latach 70. W Sierpniu był na terenie stoczni, ale nie pamiętam, co robił. Nie wiem, czy nie pomagał Krzysztofowi Wyszkowskiemu. Natomiast cały stan wojenny z żoną dużo robili. Mieszka w Sopocie. 
Leszek Kaczyński. Przez przypadek nie został doradcą MKS. Ale sam sobie winien, bo się gdzieś na cztery dni zawieruszył. Wszedł do Stoczni, jak już zamknęliśmy skład grupy ekspertów. To było tak samo jak z zakładami pracy – najpierw była ich garstka, potem mnóstwo, ale nie dało się do prezydium wprowadzać bez przerwy nowych ludzi, nawet jeśli byli uczciwi. Bo jeśli coś uzgodniliśmy, a przychodził ktoś nowy, to trzeba było zaczynać od początku. Strata czasu. 

*

Teraz wszyscy różne rzeczy mówią, Sierpień sobie przypisują, a jak trzeba konkretnie coś zrobić, to nie ma gdzie.
Żona Jerzego Kmiecika ze łzami w oczach mi dziękowała, że Jurek po 20 latach mógł uczestniczyć w obchodach rocznicowych. Dla mnie takie imprezy to horror, bo ja bym chciała sobie choć minutę odpocząć. Ale jak patrzyłam na tych ludzi, to się cieszyłam. Dla nich to było naprawdę coś ważnego. Wreszcie mogli podnieść głowy. Było wzruszające, że oni podpisują: Mazowiecki, Wałęsa i Jerzy Kmiecik. Dlatego tak walczyliśmy z Bogdanem o pamięć dla nich.


Wysłuchał: Krzysztof Burnetko

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44 (2782), 3 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl