Ważne słowa nietypowo opowiedziane

Ks. Stanisław Obirek SJ



Taki długi tytuł! Już jego przeczytanie daje ważną informację o książce. Wybór rozmówców nie był przypadkowy i to, że pośród nich zabrakło specjalisty od Dekalogu (bo na ogół myślimy, że takim jest duchowny) też, jak podejrzewam, przypadkiem nie jest.


Jarosław Makowski chciał zapytać o rzeczy ważne ludzi, którzy na co dzień nie zajmują się religią, w każdym razie nie wprost. I udało mu się pokazać, że właśnie „nie-specjaliści” mogą uświadomić nam, jak głęboko we współczesnej kulturze zakorzenione są sprawy religijne. Być może głębiej i szerzej niż to sobie uświadamiamy. Otrzymaliśmy książkę, która kwestionuje tezę (nie wiem, na ile rozpowszechnioną, ale jednak powtarzaną), że religia traci stopniowo przestrzeń, że „Bóg jest na wygnaniu” – by użyć sugestywnego obrazu Chantal Millon-Delsol, francuskiej myślicielki.
Nie chcę omawiać kolejnych przykazań i zastanawiać się nad stopniem prawowierności wykładni proponowanej przez rozmówców Makowskiego. Przywołam niektóre tylko – moim zdaniem szczególnie użyteczne, nawet katechizmowo – spostrzeżenia. 
Oto Michał Paweł Markowski, chyba jak nikt w Polsce zanurzony w postmodernizmie, potrafi klarownie pokazać różnicę między prawdziwą i fałszywą pobożnością, między pobożnością otwierającą się na Boga Biblii a tą, która ociera się o bałwochwalstwo. Pomaga mu w tym rozróżnienie na idola i ikonę: „Idol uobecnia sam siebie, podkreśla swoją powierzchnię, kusi kształtem, barwą, blaskiem, nie pozwala oderwać od siebie oczu. Ikona zaś uobecnia to, za czym tęsknimy, lecz czego nigdy nie zobaczymy wprost. Idol zmusza do estetycznej kontemplacji, ikona zaś porywa ku Bogu”. A potem jeszcze ważne dopowiedzenie na temat konsekwencji obcowania i z jednym, i z drugim: „Idol, który pyszni się w świetle naszych spojrzeń, zagarnia całą przestrzeń między sobą a nami, domaga się absolutnego zainteresowania, naszej całkowitej uwagi, pragnie byśmy się z nim utożsamili, chce zawładnąć naszym życiem. Ikona odwrotnie: jest progiem między naszym światem a światem nieznanym, granicą, której nie sposób przekroczyć”.
To niezwykle trafny komentarz do pierwszego przykazania i zapewne mogą przyjąć go i chrześcijanie, i Żydzi, i muzułmanie. Kto wie, może także wyznawcy innych religii, a nawet niewierzący odnajdą się w tej wykładni.
Naturalnie skusiło mnie szóste przykazanie, niby daleko na liście Dekalogu, ale wiadomo, że intryguje nie tylko kaznodziejów. Otóż znany psychoterapeuta i zdeklarowany buddysta Wojciech Eichelberger cierpliwie odpowiada na... no właśnie – na pytania nas wszystkich. Jak to jest z tym ciałem, z tą nieokiełzaną pożądliwością? Czy da się z tym żyć, czy można owo „siedlisko żądz” opanować? Eichelberger polemizuje – nie wprost – z rozpowszechnionym negatywnym postrzeganiem cielesności jako takiej, odwołuje się do prawdy o stworzeniu, które z natury jest dobre: „W seksualności nie ma nic złego. Sama w sobie nie wiedzie nikogo do grzechu. Czyż kochanie się i rozmnażanie nie jest czynieniem użytku z naszych przyrodzonych talentów i możliwości? Przecież związek kobiety i mężczyzny jest z natury rzeczy uświęcony, a ich miłosne zbliżenie jest najbardziej popularną – acz z reguły nieświadomą – formą sakramentu i modlitwy. Jeśli ciało nie jest owładnięte przez umysł-ego, to w sprawach seksu zachowuje się w sposób naturalnie umiarkowany”. Warto też przywołać krótki wykład na temat szkód poczynionych przez umysł w naszym ciele: „Umysł-ego czyni z ciała ofiarnego kozła. Przypisuje mu wszystkie swoje grzechy, a sam paraduje w nimbie cnoty i czystości. Ciało jest więc »siedliskiem nieokiełzanych żądz« jedynie w tym sensie, że zostało owładnięte przez »demona« umysłu-ego, który używa go jako wehikułu swoich obsesji, a zarazem jako kamuflażu. Nazywanie ciała nieczystym i grzesznym jest więc z tego punktu widzenia nie tylko nieporozumieniem, ale samo w sobie grzechem niesprawiedliwego posądzenia”. I jeszcze końcowa refleksja psychoterapeuty-buddysty, która dla mnie zabrzmiała nader chrześcijańsko. Na pytanie, czy można ufać człowiekowi, który zdradził, Eichelberger odpowiada: „Wieczne są tylko: radość, wolność i czystość. Wszystko inne jest odwracalne. Nie ma wiecznego potępienia. Jeśli ktoś nas skrzywdził, rozczarował, zawiódł nasze zaufanie, zrobił coś, czego zrobić nie powinien, ale wyraża szczerą skruchę, przeprasza, próbuje zadośćuczynić, a przede wszystkim zmienić coś w sobie – to z pewnością zasługuje na to, aby mu wybaczyć i z czasem zaufać raz jeszcze”.


„Dziesięć ważnych słów.
Rozmowy o Dekalogu”. 
Zygmunt Bauman, 
Wojciech Eichelberger, 
Tadeusz Gadacz, 
Michał Paweł Markowski, 
Tadeusz Sławek, 
Jadwiga Staniszkis, 
Paweł Śpiewak, Janusz Tazbir, 
Joanna Tokarska-Bakir, 
Cezary Wodziński 
w rozmowie z Jarosławem Makowskim, 
Wydawnictwo Literackie, 
Kraków 2002, ss. 182.



Nie mniej od szóstego intrygowało mnie przykazanie siódme: Nie kradnij! Co tu dużo mówić, akurat w obecnej chwili dziejowej, by zauważyć nader patetycznie, ale chyba niestety słusznie, jest to jedno z najbardziej rozmytych nakazów. Dziedzictwo XX wieku nie ułatwia ostrego widzenia problemu własności i granic „złodziejstwa” oraz godziwej troski o siebie. Jednym z najbardziej przenikliwych umysłów śledzących nadużycia właśnie w sferze własności jest profesor Jadwiga Staniszkis, której książka „Postkomunizm” powinna być obowiązkową lekturą dla każdego, kto chce zrozumieć mechanizmy nie tylko ekonomicznych „przekrętów”. 
Zdaniem Pani Profesor również nauczanie Kościoła pozostawia wiele do życzenia w tym względzie: „Sądzę jednak, że Kościół spogląda na kradzież zbyt wąsko, sprowadzając złodziejstwo do opryszka wyciągającego portfel z kieszeni drugiego człowieka. Nie dostrzega jednak, że to głównie przez błędne decyzje dotyczące ładu instytucjonalnego odbiera się ludziom szansę bycia lepszymi, praworządnymi i uczciwymi obywatelami. Życie w takich warunkach i w taki sposób, kiedy człowiek może rozwijać w sobie to, co najlepsze, kiedy kłamstwa i kradzież nie są pokusą, bo nie mają przyzwolenia społecznego. Kościół musi zacząć patrzeć na siebie, na swoją rolę w społeczeństwie w długiej perspektywie czasu. Instytucje powinno się oceniać na sposób chiński, tak jak ziarno – to znaczy patrząc, co z niego wyrośnie”.
Kryzys autorytetów wydaje się rzeczą oczywistą. Narzekamy nań wszyscy – duchowni, rodzice, nauczyciele, politycy. Ale może kryzys autorytetów jest nie tylko dopustem Bożym, ale i szansą na odbudowanie partnerskich stosunków? Tak zdaje się na ten problem patrzeć rozmówca podejmujący czwarte przykazanie, profesor Janusz Tazbir: „Nie ulega dla mnie wątpliwości, że człowiek nie powinien poddawać się presji społecznej, obiegowym opiniom, stereotypom i temu, co dziś zwie się polityczną poprawnością. Szacunek szacunkiem, ale nikt nie zwolnił nas z myślenia na własny rachunek. I taka winna być postawa intelektualisty”. Ale czym jest szacunek? Na to pytanie Profesor udziela odpowiedzi nader przejrzystej: „Osobiście jednak uważam, że szacunek zyskuje się z połączenia dwóch wypadkowych – charakteru, który przejawia się w męstwie, uczciwości, prawości oraz przenikliwości intelektualnej, która polega na dochodzeniu do własnych, oryginalnych poglądów i realizowaniu ich w codziennym życiu”.
Wymaganie wysokie, spełniają je wszak wszyscy rozmówcy Jarosława Makowskiego. Dlatego lektura „Dziesięciu ważnych słów” każdemu może wyjść na dobre. Zwłaszcza zgorzkniałym moralistom….


Autor jest jezuitą, redaktorem książki „Co nas łączy. Dialog z niewierzącymi”, WAM, 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44 (2782), 3 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl