„F”


To ja, kos

MAŁGORZATA MUSIEROWICZ



„Małgorzata Baranowska urodziła się jako poetka, o czym do czternastego roku życia nie wiedziała” – głosi notka na odwrocie okładki tomiku z aniołem. „Odtąd uważa poezję za formę świata”.
Tomik nazywa się „Powrót”, a ukazał się właśnie dzięki Wydawnictwu Literackiemu. Rzeczywiście. Znam Poetkę – co prawda raczej telefonicznie i korespondencyjnie, ale za to długo. I chyba znam ją dobrze, bo – z wymiany myśli. Dodać należy, że w tej wymianie słucham raczej i odczytuję, ponieważ Małgorzata Baranowska ma do powiedzenia dużo ważnych rzeczy. Oswojona z cierpieniem, zajrzała już w twarz Nienazwanej. Ale – wygrała i nadal jest tu z nami. „Ledwie do siebie wróciłam – pisze w wierszu „Szczęśliwy powrót”. – A tutaj – wszystkie wieczory zwinięte w rulon. / Wszystkie poranki związane brzegami. / Wszystkie widoki same nad sobą latają. / I wszystkie naraz dni”.
Czy to przypadek, że w każdym niemal z 35 wierszy tego tomiku pojawiają się słowa „świt”, „poranek” i „jutrzenka”? Cóż, być może. (,,Mówię, bo nagle pamiętam”.)
Po lekturze każdej z książek Małgorzaty Baranowskiej – czy to jest praca naukowa, czy pamiętnik mistyczny, czy prywatna historia Warszawy, czy też prywatna historia Poezji; nawet po lekturze miniaturowych felietoników, dla których specjalnie kupuję „Przekrój” – odnoszę wrażenie orzeźwiającej świeżości. Mam poczucie déjŕ vu i jamais vu zarazem, pewnie dlatego, że Poetka ma tak bardzo wyostrzone spojrzenie, tak oryginalny tok myśli i skojarzeń, tak empatyczną spostrzegawczość, skierowaną przede wszystkim na to, co wewnątrz (ponieważ, jak sama pisze, „zbyt dosłowne piękna kończą na aukcjach, w zmierzchach gwiazd i księżyców”). Potrafi wszystko zobaczyć i ukazać w nowym świetle, skierować uwagę na to, co podskórne i głębokie, na to, co toczy się tajemnym nurtem i czego nie można ani sklasyfikować, ani określić, a tylko odgadnąć i odczuć. („Widoki metaforyczne – jak twierdzi – wszystko wytrzymają”.)

Idź z wolna łąkami.
Z dala słychać muzykę,
liczne światy sączące się dźwiękiem.

Wieczna odpowiedź.
Nie znana.
Odpowiada, jak umie,
na śmiertelne pytania.

Ta właścicielka wszystkich widoków i wszystkich obrazów, całej poezji i całego pięknego świata, jest przecież „krewną ruin i wnuczką niebytu, odzyskaną po wielkich wojskowych przechadzkach” i doskonale potrafi opisać poczucie egzystencjalnego wyobcowania:

Nieznany początek i koniec.
Nieznany poranek i wieczór.
Nieznana sekunda i wiek.
Żyć w obwarzanku czasu?

Nieznane drogi w oddali.
Nieznane brzegi przestrzeni.
Nieznany rysunek fali.
Być w takim miejscu nieznanym?

(„Obcość”)

Trudno się nie domyślać źródeł takiego poczucia, znając biografię Poetki, lub przynajmniej – czytając wiersz „Warszawa się zamyśla”:

Nagle zmieniło się drewno w cegłę,
nagle partery w piętra,
nagle ogrzały się moje stopy.

Dziwne uczucie – ciepło.

Nie ruszałam się stąd.
To do mnie parła
piana Europy.

Przewalała się przez Wisłę.

Spoufalały się dywizje.
Wracały.
Przecież morderca wraca.

Czy może nie?

Przelewały się oddziały.
Kobiety nie wiedziały,
czy pruć, czy tkać.

Odyseusze nie żyli, nie wrócili.

Zbyt szybko dym się przesnuwał.
Zbyt szybko i cicho
nienazwana latała.

Nienazwana.

Biżuteria, dywany, wózki dziecinne
w jednym kolorze.
Miejsca nie zmieniam.
Podszeptów nie słucham.

Wyobrażam sobie, jak by się z tą Poetką oglądało, po raz pierwszy w życiu, obraz Breughla. Nikt, kto by nie znał tytułu, nie mógł przecież przypuszczać, że ogląda ironiczny, gorzki i spokojny komentarz do pewnego dramatycznego upadku. Myślelibyśmy, że patrzymy na wspaniale malowany pejzaż nadmorski, z oraczem na pierwszym planie i pasterzem – na drugim. Małgorzata B. nie tylko natychmiast by dostrzegła malutkie nogi, wierzgające w wodzie, w narożniku planu trzeciego, ale wiedziałaby instynktownie, że to właśnie Ikar tonie, nikt inny. Tak – mam wrażenie – potrafi ona patrzeć na obrazy i na życie, tak właśnie czyta i czuje Poezję.
Tak też pisze swoje wiersze. Nawiasem mówiąc, aż cztery z tych trzydziestu pięciu mówią – niekoniecznie w sposób dosłowny – o ptakach. Muszę więc niniejszym odwołać swoją pochopną i niesprawiedliwą opinię, że dziś poeci ptaków nie zauważają. Ta Poetka zauważyła nie tylko jaskółkę, sowę, orła, sójkę i bociany. Najuważniej przyjrzała się także czarnej istotce o długim ogonie, każdego dnia czepiającej się dzikiego wina na murze:

Każdego dnia bardziej bez nazwy
i bardziej zmarznięty.
(...)
Czy jeszcze go czeka lato
i zima srok, wróbli, jesień drozdów?

Jeszcze dzień
i jeden,
i jeden.
Mrozy.

(„Nie nazwany”)

To mógł być nawet ten sam ptak, który w wierszu „Ostrzeżenie zimowe” upierał się wbrew wszystkiemu:

– Śpiewam.
to ja.
Kos.
To ja

– ponieważ urodził się jako śpiewak i – z tego sobie zdał sprawę – uważał śpiew za formę życia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44 (2782), 3 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl