Po tragedii w moskiewskim teatrze


Nieznane oblicze znanej wojny

Anna Łabuszewska



Atak czeczeńskich terrorystów na teatr w Moskwie przebudził władze Rosji z błogiego snu o stabilnym państwie i wyrwał z letargu zajęte codziennością społeczeństwo. Wszystkim postawił szereg pytań: o sens wojny w zbuntowanej Czeczenii, o metody jej prowadzenia, o stosunek do współobywateli innych narodowości czy wyznań, wreszcie o ocenę poczynań władz, nie tylko w kontekście umiarkowanego powodzenia „gazowego” szturmu sił specjalnych na teatr, ale w szerszej perspektywie politycznej. 


W pourazowym szoku, kiedy czuje się głównie oszołomienie i ból, wszystko upraszcza się do czarno-białych schematów. Ale słuszne słowa potępienia pod adresem bandytów nie mogą wystarczyć za jedyną odpowiedź w sytuacji, która wymaga głębszej refleksji i poważnej, ogólnorosyjskiej – a nawet międzynarodowej – dyskusji. A od tego, jakie przeważą w niej głosy zależy, czy Rosja za tym kolejnym zakrętem ma szansę znaleźć się na prostej ku zbudowaniu demokratycznego państwa, czy też wyląduje w przydrożnym rowie policyjnego reżimu z wszechwładzą służb specjalnych i sztucznie nadmuchiwanymi rankingami popularności „umiłowanego przywódcy” prezydenta Putina.






Rodziny zakładników 
przed szpitalem





„Wojna w Czeczenii doszła do Moskwy. Nie mogła nie dojść” – to najczęściej powtarzane ostatnio w rosyjskiej stolicy zdanie, zarówno w rozmowach prywatnych, jak i komentarzach ekspertów. Nie ma osoby, która nie dostrzegłaby bezpośredniego związku między kampanią czeczeńską, wielokrotnie ogłaszaną już jako „zwycięską” i „zakończoną”, a aktem terroru na moskiewskiej Dubrowce. Cynicznie wykorzystywana przez Kreml do rozwiązywania doraźnych celów politycznych, kaukaska wojna najwyraźniej wymknęła się spod kontroli.
Prezydent Putin próbuje przekonać i swoje kremlowskie podwórko, i świat zachodni, że czeczeńscy bojownicy są częścią międzynarodowej siatki terrorystycznej, powiązanej z Osamą bin Ladenem oraz finansowanej z tych samych źródeł i realizującej te same cele, co antyamerykańscy asasyni. Trzeba jednak pamiętać o tym, że bandyci, którzy na kilka dni sterroryzowali Moskwę, wyrośli z innego pnia. O ile pierwsza kampania czeczeńska (1994-96) pozbawiła tę republikę walczącego o niepodległość przywódcy (Dżochara Dudajewa), zburzyła tradycyjną hierarchię rodową i doprowadziła do zniszczenia znacznych obszarów, o tyle druga (rozpoczęta w sierpniu 1999), pod wieloma względami znacznie brutalniejsza, obróciła ten kraj w ruinę, całkowicie już rozluźniając gorset struktur społecznych. Podział w społeczności czeczeńskiej nastąpił nie tylko wzdłuż linii „prorosyjski-antyrosyjski”, ale także: „podporządkowany komukolwiek – nie podporządkowany nikomu”. W tumulcie zbierających tragiczne żniwo walk zadeptano idee walki o niepodległość i wystawiono na wielką próbę wiarygodność ukrywających się po partyzanckich kryjówkach przywódców; zresztą oficjalna Moskwa konsekwentnie odmawiała podjęcia z nimi rozmów, jedynym rozwiązaniem politycznym czyniąc ustanowienie posłusznej sobie administracji. 
Tymczasem do głosu doszło nowe pokolenie walczących: radykalnych i nieobliczalnych fanatyków, wychowanych w huku dział, chorych z nienawiści do panoszących się w ich domach rosyjskich żołnierzy i do wszystkiego, co rosyjskie. Z takiego nurtu wyszedł przywódca grupy terrorystów Mowsar Barajew, który w ataku na teatr wykorzystał nową czeczeńską Wunderwaffe: kobiety-kamikadze. Przed wojną, zgodnie z kodeksem społecznym Czeczenów, kobiety nie mogły dokonywać zemsty rodowej; dziś wdowy po bojownikach są szkolone w specjalnych obozach i stanowią coraz bardziej liczącą się grupę walczących. 
Sam Barajew związany był z radykalnym skrzydłem tzw. wahhabitów, fanatycznych wyznawców islamu i podkreślał, że jego „szahidzi” walczą nie tylko o wolność Czeczenii, ale także zadają śmierć „niewiernym” w imię Proroka. Przez pewien czas należał on do otoczenia czołowego dowódcy partyzantki czeczeńskiej al-Chattaba; obracał wtedy wielkimi sumami, które płynęły z zagranicznych ośrodków islamskich. 
Czynnik wyznaniowy, który od dawna pojawiał się w kontekście wojny w Czeczenii, po ataku na teatr w Moskwie w świadomości społecznej został utożsamiony z czynnikiem niosącym zagrożenie. To nadzwyczaj niebezpieczny symptom. Zwłaszcza w kraju, w którym żyje około 20 milionów wyznawców islamu. 
Należy obawiać się, że tragedia ta przyczyni się do wzrostu i tak mocnych w społeczeństwie rosyjskim nastrojów nacjonalistycznych, przede wszystkim antyczeczeńskich, szerzej – antykaukaskich, jeszcze szerzej – antyislamskich. Już wcześniej w samej Moskwie, tym kosmopolitycznym i najbardziej „politycznie poprawnym” mieście rosyjskim, dochodziło do pogromów ludności pochodzącej z Kaukazu, których ofiarą padali nie tylko Czeczeni. Co więcej, przez rosyjską stolicę przetoczyła się też fala nakazanych przez władze miasta „czystek”: po zamachach we wrześniu 1999, kiedy w powietrze wyleciały domy mieszkalne i o zorganizowanie wybuchów oskarżono Czeczenów, specjalnymi pociągami wydalono z Moskwy kilka tysięcy ludzi „o wyglądzie kaukaskim”, nie mających moskiewskiego zameldowania. Teraz władze apelowały do ludności o zachowanie spokoju i nie wymierzanie „sprawiedliwości” we własnym zakresie. Czy jednak apele wystarczą, aby uspokoić wzburzonych ludzi? Nie ma wszak żadnych gwarancji, że kolejne grupy czeczeńskich czy innych radykałów nie zorganizują następnych zamachów.
Eksperci podkreślają, że prezydent Putin rozegrał polityczną partię bezbłędnie: nie wysłał na rozmowy z terrorystami swego oficjalnego przedstawiciela, ani też sam nie włączył się w bezpośrednie pertraktacje; przez cały czas obecny na Kremlu, z daleka dowodził sztabem antykryzysowym; oparł działania na służbach specjalnych, które dokonały szturmu i uwolniły zakładników. „Przepraszam, że nie udało się uratować wszystkich” – powiedział potem w orędziu do narodu.
Jednocześnie w mediach i na scenie politycznej trwało intensywne „doradzanie” prezydentowi: politycy i publicyści zaprezentowali całą paletę opinii, od żądania zrównania Kaukazu z ziemią (deputowany do Dumy Mitrofanow) po propozycję wyrzeczenia się Czeczenii w celu ratowania całej Federacji Rosyjskiej (gazeta „ Izwiestia”).
Przez wszystkie te pełne napięcia dni wszyscy w Moskwie zadawali sobie tradycyjne rosyjskie pytania: „kto jest winien?” i „co robić”. Dwa kluczowe pytania. Dwa pytania, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. 
Co zatem zrobi Kreml? Czy wybierze wariant siłowy: wykluczenie dialogu politycznego, wzmocnienie uprawnień służb specjalnych i armii, odwet w Czeczenii, przyzwolenie na „nacjonalistyczne odreagowanie”? Czy raczej negocjacyjny: podjęcie rozmów ze stroną czeczeńską, dążenie do kompromisu, zgaszenie ksenofobii i niechęci wyznaniowej? Czy wreszcie pozostanie w zawieszeniu gdzieś pomiędzy tymi biegunami: raz demonstrując siłę, raz grzęznąc w słabości? Pozostaje mieć nadzieję, że kiedy minie szok pourazowy, do głosu dojdzie przede wszystkim rozsądek. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44 (2782), 3 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl