„Kołakowski idzie!”

Z Marcinem Królem i Krzysztofem Michalskim 
rozmawia Jarosław Makowski




W poprzednim numerze „Tygodnika Powszechnego” opublikowaliśmy „Apokryf” z okazji 75. urodzin Leszka Kołakowskiego. Dziś swego rodzaju uzupełnienie prezentowanych tam artykułów: rozmowa dwóch byłych studentów Profesora, o tym, jak Kołakowski wpłynął na ich życie naukowe i prywatne, jaka była jego rola w Warszawie lat 60. i jaką odgrywa współcześnie – w międzynarodowej społeczności intelektualistów.


JAROSŁAW MAKOWSKI: – Chciałbym Panów naciągnąć na zwierzenia: czy pamiętacie swoje pierwsze spotkanie z Leszkiem Kołakowskim?

Taki młody profesor

MARCIN KRÓL: – Tak, to było ponad czterdzieści lat temu... W 1961 r. rozpocząłem studia filozoficzne. Rok później odbyła się w Bukowinie doroczna konferencja Koła Naukowego Studentów Filozofii. Wówczas profesorowie przyjeżdżali na takie konferencje. Tematu oczywiście już nie pamiętam, ale pamiętam, że konferencja była bardzo ciekawa dla nas, młodych bardzo ludzi. Wtedy poznałem bliżej Leszka Kołakowskiego. Namówił mnie przed konferencją, o czym mu do dzisiaj przypominam, do referowania poglądów Karla Popitza – specjalisty od młodego Marksa. Niewiele rozumiałem z różnicy między młodym a starym Marksem, ale obiecałem Profesorowi, że przygotuję na ten temat referat.
Dokładnie też pamiętam, jak Kołakowski dyskutował z Adamem Schaffem na temat pism tegoż młodego Marksa. Profesor był zwolennikiem Marksa młodego, Schaff starego, czy też raczej odrzucał to rozróżnienie, uważane wówczas za dowód rewizjonizmu. Schaff całkiem na poważnie zaczął grozić Kołakowskiemu: „zobaczycie, że Partia was jeszcze z siebie usunie”. I tak też się wkrótce stało.
Potem na trzecim roku słuchałem wykładów Kołakowskiego na temat filozofii XVII wieku. Były to najlepsze wykłady, jakich kiedykolwiek miałem okazję słuchać. Profesor wchodził do sali i nie wyjmował żadnych kartek, notatek – porysowany stół w dość ponurej sali był czysty. Chodził cały czas od drzwi do okna i opowiadał nam między innymi o francuskich libertynach, którzy stanowili dla niego wtedy pewien odpowiednik polskich intelektualistów, coraz bardziej oddalających się od partii i od marksistowskiej ortodoksji. Na wykłady chodzili naturalnie studenci, ale też i wiele innych osób, co na uniwersytecie zdarza się bardzo rzadko.
KRZYSZTOF MICHALSKI: – Zobaczyłem Leszka Kołakowskiego po raz pierwszy w 1965 r., jak podpierając się laską wchodził po schodach na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Byłem wtedy studentem pierwszego roku. Chodziłem później na jego wykłady z filozofii nowożytnej – z głową schowaną gdzieś pod stołem tłumaczył na gorąco łacińskie teksty Erazma czy Leibniza – a na trzecim roku zapisałem się na seminarium o czasie, przerwane wypadkami marcowymi 1968 i wydaleniem Kołakowskiego z Uniwersytetu.
Seminarium Kołakowskiego było bardzo dziwne. Przede wszystkim: tłumy. Piękne dziewczęta (z romanistyki), które zakładając nogę na nogę mówiły coś o Sartrze. Matka-entuzjastka, która stale opowiadała coś o swoim dziecku (naturalnie jako przykład na...). Milicjant (w cywilu), który przed południem wypędzał wagarowiczów z kina. Konduktor (choć tylko raz: chciał zobaczyć tego słynnego Kołakowskiego). Poeta, co czytał swoje wiersze, nieproszony, bez związku. Tren asystentów, mówiących długo i skomplikowanie (żeby się popisać) i naśladujących dykcję i osobliwości gramatyczne Mistrza: te wszystkie „atoli”, „jako żywo” itp. Wszyscy czekaliśmy cały czas na to, żeby Kołakowski coś powiedział. Jak coś powiedział, seminarium stawało się intelektualnie ciekawe. Co nie znaczy, że zgadzałem się wówczas z poglądami Kołakowskiego. 
Rozczarowanie jedną wizją sensu, jedną interpretacją historii doprowadziło Kołakowskiego, sądziłem, do niewiary w rozum opierający się na samym sobie, do niewiary w ostateczną, nieodparcie przekonywującą siłę argumentacji. Kołakowski uważał, że w najważniejszych sprawach życia argumenty mogą tylko postawić nas przed wyborem – nie mogą natomiast w nim pomóc. To mi się nie podobało. Uważałem, że Kołakowski zbyt wąsko pojmuje „rozum”, „sens”, „racjonalność”. Szukałem pomocy u Husserla i Heideggera.
Nie wykluczało to wielkiego szacunku i niekłamanego podziwu.

Machinalnie wyciągał szuflady

MARCIN KRÓL: – Rzeczywiście seminaria były czymś wyjątkowym. Nie tylko dlatego, że ściągały tłumy, ale także dlatego, że Leszek siedząc za stołem przybierał dziwne pozycje. Zawsze zakładał wysoko nogę na nogę. Pochylał głowę i przez cały czas wyciągał machinalnie szuflady z biurka, przy którym siedział w rogu sporej sali, w której jednak nie wszyscy się mieścili. Chyba się nudził.
Jednak, jak wspomniał Krzysztof, koniec seminarium był zawsze ciekawy: po naszych wystąpieniach, mniej lub bardziej sensownych, ostatnie 20 minut należało do Kołakowskiego. Robił mini-wykład: mówił to wszystko, co powinien powiedzieć student, wygłaszający referat. Było kilku studentów, którzy po takim streszczeniu Profesora się rozpłakali, ponieważ pokazał, że nie bardzo wiedzieli, o czym mówią. Nie robił jednak tego celowo, bo zawsze był niesłychanie dobrym i łagodnym człowiekiem.
Pod kierunkiem Leszka Kołakowskiego pisałem pracę magisterską. Poszedłem do niego z pomysłem, jak się okazało, dość powierzchownym. Chciałem pisać o sporze między Camusem a Sartrem. Rzeczywiście wówczas mnie to zajmowało, gdyż interesowałem się filozofią francuską. Kołakowski wysłuchał mojej propozycji, po czym powiedział, że jeśli będę chciał, to oczywiście kiedyś napiszę coś ważnego na ten temat. Teraz jednak mam się zająć kwestią „Absolutu epistemologicznego i komunikacji intersubiektywnej u Kartezjusza i Husserla”. Oczywiście dziś jestem bardzo wdzięczny za taki temat, bo nauczyłem się warsztatu i tego, jak się pracuje z tekstami największych europejskich filozofów. Leszek Kołakowski wiedział, że praca magisterska, a w gruncie rzeczy i doktorska, to okazja do nauki, a nie do intelektualnych, niedojrzałych popisów.
Leszek robił jeszcze jedną, wspaniałą rzecz: translatorium łacińskie. Przychodziło na te zajęcia kilka osób. Tłumaczyliśmy akapit czy dwa, a potem wysłuchiwaliśmy komentarza. Było to wspaniałe doświadczenie. Który profesor zdecydowałby się dziś na tak żmudną pracę z paroma studentami?
Czy Kołakowski w czasie swoich wykładów nawiązywał do sytuacji w kraju? Mówił o Kościele katolickim, stanie państwa?
MARCIN KRÓL: – Nie. Prowadził seminarium związane z problematyką filozofii religii, o naturze i łasce. I, jak sądzę, to były zagadnienia, które naprawdę go pasjonowały już wtedy i pasjonują do dzisiaj.
– Legendy krążą o życiu kawiarnianym tamtych lat...
MARCIN KRÓL: – Oczywiście nie stroniliśmy tak bardzo od knajp, ale w czasie spotkań odbywały się także poważne dyskusje i spory. Myślę, że były to nawet swego rodzaju luźniejsze seminaria. Zaczynaliśmy od poważnych kwestii, które – wraz z ilością alkoholu – przechodziły płynnie w zabawę. Te spotkania były ważne, gdyż od 1965 r. zaczęli na nie przychodzić także ludzie z opozycji. Był to dziwny okres, wprawdzie bardzo ponure czasy późnego Gomułki, szalejąca cenzura, ale jednocześnie atmosfera szyderstwa z władzy. I myślę, że ta specyficzna odmiana libertynizmu była również postawą sprzeciwu wobec systemu. A my byliśmy – co by nie mówić – w uprzywilejowanej sytuacji: pracowaliśmy na Uniwersytecie, obcowaliśmy z najlepszymi profesorami i reprezentowaliśmy najlepszy, filozoficzny wydział. Wszystko zmieniło się po roku 1968.

Proszę państwa na wykład

– Lata świetności tego wydziału bezpowrotnie chyba minęły.
KRZYSZTOF MICHALSKI: – Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Warszawskiego przed marcem 1968 r. był naprawdę znakomity. Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy; dopiero gdy zacząłem studiować, a później uczyć na uniwersytetach amerykańskich i zachodnioeuropejskich, zrozumiałem, co naprawdę straciliśmy w tamtym marcu. Leszek Kołakowski był słońcem, wokół którego obracał się w ten czy inny sposób cały świat ówczesnej uniwersyteckiej filozofii. Przyciągał zewsząd ludzi inteligentnych i ciekawych (nie tylko te panie z pięknymi nogami i milicjantów), z innych wydziałów Uniwersytetu, z ulicy. Dzięki niemu (naturalnie nie tylko, ale – przynajmniej jeśli chodzi o Wydział Filozofii – przede wszystkim) Uniwersytet był zarówno centrum uczoności, jak i życia publicznego. Już wcześniej, w Październiku, 29-letni wtedy Kołakowski – przemawiając na wiecu przed Politechniką Warszawską – lepiej niż inni potrafił ująć w słowa istotę tamtego protestu; jeszcze dziś, prawie pół wieku później, czuje się przekonującą siłę jego słów o tym, „czym jest, a czym nie jest socjalizm” (choć może państwowa własność środków produkcji to nie był taki dobry pomysł). W tym samym czasie Kołakowski tłumaczył i wydawał Spinozę oraz pracował nad – znakomitą – książką o Spinozie, swoją habilitacją.
10 lat później, w październiku 1966, Kołakowski wygłosił na Uniwersytecie słynne przemówienie na rocznicę Października, za które został usunięty z partii. Na tym przemówieniu już byłem. Rok wcześniej ukazało się monumentalne dzieło Kołakowskiego „Świadomość religijna i więź kościelna”.
Humboldt i jego koledzy – reformatorzy uniwersytetu na początku XIX wieku – tak właśnie wyobrażali sobie uniwersytet i królującą na nim filozofię: nie jako wieżę z kości słoniowej, lecz jako miejsce, gdzie uczeni szukają prawdy, dyskutując z młodzieżą, która w ten sposób zdobywa wykształcenie – i zarazem jako miejsce, gdzie społeczeństwo (oni mówili: naród) dyskutuje o sobie samym.
Nie chcę naturalnie przez to powiedzieć, że przed Marcem nie było na Wydziale Filozofii nieuków i idiotów, że nie było też aparatczyków czy alkoholików, co dawno już utopili w „Wyborowej” ostatnią szarą komórkę. Ale to nie oni nadawali ton Uniwersytetowi. Choć wszystko to działo się jeszcze w głębokiej nocy realnie istniejącego socjalizmu, choć istniała cenzura i oficjalnie my wszyscy – profesorowie i studenci – powinniśmy byli być marksistami, Wydział był niewątpliwie jedną z najlepszych tego rodzaju instytucji w Europie. Przede wszystkim dzięki Kołakowskiemu.
Marzec 1968 r. wszystko to radykalnie zmienił; Leszka Kołakowskiego, Bronisława Baczkę, Krzysztofa Pomiana, Andrzeja Zabłudowskiego i innych, a także wielu spośród najlepszych studentów, usunięto z Uniwersytetu (jako Żydów bądź liberałów), wielu z nich później wyemigrowało z Polski. Nieucy, aparatczycy, alkoholicy zostali – prawie – sami, w każdym razie to oni, „marcowi docenci”, zaczęli teraz podawać ton. Wydział Filozofii stał się pustynią; nie było u kogo studiować. Dwa brakujące mi jeszcze lata studiów zrobiłem wtedy w jeden rok (nie wymagało to ani specjalnej pracy, ani specjalnych umiejętności).
Kołakowskiego pamiętam z Marca w takiej oto scenie, dobrze, jak sądzę, ilustrującej jego ówczesną rolę: było to w czasie zorganizowanego przez studentów wiecu. Budynek Wydziału przy Krakowskim Przedmieściu nie jest duży, studenci stali na schodach, a na półpiętrze ustawiliśmy stół, na który wchodzili kolejni mówcy. Bardzo byliśmy przejęci tym, co się dzieje, na ulicy milicja ganiała i pałowała, kogo popadnie. W pewnym momencie szum idący od parteru przerwał kolejnemu mówcy: „Kołakowski idzie!”, „będzie coś mówił”. Zapadła pełna oczekiwania cisza. Kołakowski powiedział: „Państwa z II roku proszę na wykład”. Poszliśmy pokornie; wiec skończył się bez słowa.
Bardzo trudno zrozumieć, dlaczego po roku 1989 rektor Uniwersytetu czy minister edukacji narodowej nie zwrócili się do wówczas wyrzuconych – przede wszystkim do Kołakowskiego – z propozycją powrotu na Krakowskie Przedmieście. To wstyd, że dopiero nasz wiedeński Instytut Nauk o Człowieku sprowadził Kołakowskiego z powrotem na wykłady do Warszawy.

Producenci grappy Nonino

– A jak rzecz się ma z obecnością Leszka Kołakowskiego na Zachodzie?
KRZYSZTOF MICHALSKI: – Popularność, a z czasem sława Kołakowskiego poza Polską zaczęła się w połowie lat 60. W innych barakach „obozu socjalistycznego” czytano Kołakowskiego z wypiekami i nadzieją na „socjalizm z ludzką twarzą”: połączenie sprzeciwu wobec totalitarnego systemu z wiarą w socjalistyczne ideały sprawiedliwości społecznej. Młodzi Czesi, Słowacy czy Węgrzy uczyli się polskiego, żeby czytać Kołakowskiego (i innych). Na Zachodzie Europy pierwszą publicznością Kołakowskiego były środowiska lewicowe, rosnąca już wtedy „niekomunistyczna lewica”, podobnie jak reformiści na Wschodzie poszukująca argumentów, pozwalających odrzucać kapitalizm bez jednoczesnej akceptacji Breżniewa i NRD. Wydany wtedy zbiór esejów Kołakowskiego „Der Mensch ohne Alternative” („Człowiek bez wyboru”) odbił się bardzo szerokim echem w tych środowiskach.
Bezkompromisowość krytyki marksizmu przez Kołakowskiego – który odkrywał teoretyczne źródła późniejszego totalitaryzmu już w pismach Marksa – szła jednak, w oczach wielu jego początkowych entuzjastów, za daleko. Ideologiczny entuzjazm został zastąpiony przez równie ideologiczne rozczarowanie. Pamiętam dobrze dyskusje, prawie kłótnię, w jaką wdałem się w Dubrowniku – było to już w latach 70. – z Jürgenem Habermasem, który wykrzykiwał, że „Kołakowski to katastrofa dla lewicy zachodnioeuropejskiej”. Co naturalnie bardzo podobało się prawicy – która od lat 70. starała się wykorzystać antykomunizm Kołakowskiego, by uznać go za jednego ze swoich.
Ta ideologiczna dyskusja wokół Kołakowskiego świadczyła bez wątpienia o jednym: że ten czterdziestoparoletni wtedy polski myśliciel stal się jedną z czołowych postaci zachodniego życia intelektualnego. Bardzo szybko też najbardziej renomowane instytucje akademickie Zachodu rozpoznały jakość Kołakowskiego jako badacza, historyka idei: został członkiem słynnego oksfordzkiego All Souls College, z czasem też równie legendarnego Committee on Social Thought na University of Chicago. Nie ma też już chyba żadnego naprawdę ważnego naukowego odznaczenia, którego Kołakowski nie dostałby: Friedenspreis des Deutschen Buchhandels, Jefferson Lecture, nagroda Mac Arthura etc. Trudno już się w tym zorientować, tym bardziej, że Leszek – co to za wyjątek! – nigdy tych nagród nie wspomina (z wyjątkiem nagrody od producentów grappy Nonino, z innych powodów).
Choć naturalnie mamy wielu wybitnych uczonych, także w humanistyce, żaden z nich nie osiągnął tego stopnia akceptacji w Europie i w USA, co Kołakowski. I to bez kompromisów na rzecz obowiązujących mód intelektualnych (czasem nawet wolałbym, żeby, nie ulegając, przyjmował jednak, co w nich dobre, do wiadomości), bez adaptacji do kulturowego krajobrazu, w którym żyje: Kołakowski nic nie ma z oksfordzkiego czy amerykańskiego profesora, przeniesiony na Krakowskie Przedmieście znalazłby się znów u siebie w domu.
MARCIN KRÓL: – Na szczęście o tym uznaniu wiedzieli wydawcy. Bardzo ważna książka, której polski tytuł brzmi „Jeśli Boga nie ma…”, była pisana na zamówienie wydawcy angielskiego. A jest to, moim zdaniem, niemal tak samo ważna książka Leszka, jak „Główne nurty marksizmu”.
„Jeśli Boga nie ma...” jest książką bardzo klarowną, zresztą Kołakowski zawsze potrafił pisać w taki sposób, że z rzeczy zawiłych czynił jasne. A więc zgoła przeciwnie niż dziś, gdzie z rzeczy jasnych filozofowie robią zawiłe. Kołakowski należy do wąskiego grona myślicieli, którzy lubią wyrazistość sądów. Jakiś czas temu powiedział, co obecnie musi brzmieć jak herezja, że jak się nie posiada jakiegoś pojęcia prawdy, to uprawianie filozofii nie ma sensu. Otóż zdanie to wyraża styl myślenia, który dla np. Richarda Rorty’ego jest niedopuszczalny. Myślę nawet, że ten amerykański pragmatysta by go nie zrozumiał.
Stąd obecność Kołakowskiego w życiu intelektualnym świata jest odczuwana także jako kłopot. Bo zajmuje się rzeczami, które nie są modne, a także nieobecne w tzw. – przepraszam za wyrażenie – dyskursie filozoficznym. Głosi we wspomnianej książce na przykład dość prostą tezę, że świat z Bogiem ma większy sens niż świat bez Boga. Dziś stawianie kwestii w ten sposób należy do rzadkości.

Sąsiad lubi jeść ludzi

– Kołakowski nie unika szyderstwa, żartów, ironii...
KRZYSZTOF MICHALSKI: – ...i dzięki Bogu. Można się śmiać z nim, przy nim i z nim z niego; nie przypadkiem jeden z jego piękniejszych tekstów to „Kapłan i błazen”, gdzie, uznając potrzebę Kapłanów, siebie widzi w roli Błazna.
Ale jego filozofia jest też do szpiku kości poważna. Kołakowski uważa, że nasze życie zawsze wiąże się z jakąś opcją: jest za czymś lub przeciw czemuś. Że nasze przekonania i nasze czyny zakładają – o ile coś znaczą, o ile nie są tylko pustym semantycznie gestem – jakiś fundamentalny wybór, czy może lepiej: jakieś, niekoniecznie spójne, wybory. Że te wybory – „mityczne”, a więc nie dające się uzasadnić racjonalnie – stanowią o powadze życia, której nie da się ani wyjaśnić, ani usunąć żadnym argumentem. Zadaniem filozofa jest wydobyć na jaw te wybory – i ich konsekwencje.
MARCIN KRÓL: – Myślę, że można żartować lub ironizować, jak się jest czegoś niemal pewnym. Zakończenie książki „Jeśli Boga nie ma…” odsłania to „niemal”. Kołakowski nie powie, że Bóg jest, ale że byłoby lepiej, gdyby był.
Przypomina mi się esej „Szukanie barbarzyńcy”, który porusza szczególnie dziś ważne kwestie. Jest to tekst wymierzony przeciwko tym, którzy wszystko chcieliby relatywizować, którzy lękają się stanowczych stwierdzeń. Kołakowski pisze, że są granice relatywizmu. Powiada mniej więcej tak: ja lubię jeść kurczaki, mój sąsiad schabowe, sąsiad sąsiada wołowinę, a następny sąsiad lubi jeść ludzi. Otóż nie ma tak, że można robić to, co się lubi, gdyż istnieją granice, jasno zakreślone przez kulturę i naturę.
Kołakowski był też, co powyższy przykład pokazuje, doskonałym tropicielem absurdalnych konsekwencji pewnych kierunków filozoficznych. Stąd, jak myślę, bierze się jego ironia.
KRZYSZTOF MICHALSKI: – Oczywiście jest tak, że to nie wszystko jedno, czy ktoś lubi jeść schabowego czy sąsiada, niemniej trzeba się zastanowić, jak powstają i skąd się biorą w tym, a nie innym historycznym momencie pomysły, że można tego sąsiada zjeść. Jeśli się więc postawi z jednej strony przekonanie, że rzecz ma się tak, a nie inaczej, które to przekonanie prezentuje Leszek; z drugiej zaś – że wszystkie rzeczy są tak samo dalekie, jak i bliskie prawdzie, to wówczas mamy do czynienia z intelektualną rezygnacją poszukiwania wyjaśnienia problemu.
Zgoda, że w nurcie tzw. postmodernizmu jest wielu idiotów. To nie oznacza, że nie ma ludzi naprawdę ciekawych. I jest śmieszne pokazywać idiotów wśród postmodernistów tak, jakby nie było ich wśród badaczy Kanta czy logików. Stąd niektóre późniejsze teksty Profesora na temat współczesności budzą mój sprzeciw.

*

– Co Panowie zawdzięczacie Leszkowi Kołakowskiemu?
KRZYSZTOF MICHALSKI: – Wiele. Na pewno jeszcze więcej, niż myślę. Jak wielu w powojennej Polsce wychowałem się intelektualnie na jego książkach, to, co myślę, sformułowałem w wewnętrznej z nim dyskusji, którą prowadzę od pierwszego jego tekstu, jaki przeczytałem. Kołakowski – podobnie jak, z innej strony, Józef Tischner – zakreśla horyzont intelektualny, w jaki wrastamy, gdy myślimy, starając się odnieść do doświadczeń, do tradycji polskiego społeczeństwa (logik tego nie musi). Co więcej, Kołakowski podnosi nas wszystkich także trochę do góry: zmusza do sformułowania tego, co chcę powiedzieć tak, żeby i inni to zrozumieli. Nie tylko dotknięci tym samym doświadczeniem („wybili, panie, wybili”), lecz także obcy, choć z otwartą głową. Inaczej mówiąc: Kołakowski – przez to, co pisze, przez swoją intelektualną obecność – ustanawia standardy dla myśli, podnoszące ją, czasami, „do ludzkości”.
MARCIN KRÓL: – Wybierając filozofię miałem siedemnaście lat. Nie bardzo wiedziałem, dlaczego to robię. Dzięki spotkaniu Leszka Kołakowskiego wiem, dlaczego to zrobiłem.

Wiedeń, 13 października 2002 r.


Marcin Król – historyk idei, filozof, historyk, redaktor naczelny „Res Publiki Nowej”, profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Ostatnio opublikował m.in. książkę „Romantyzm. Piekło i niebo Polaków” (1998).
Krzysztof Michalski – filozof, wykładowca w Wiedniu i Bostonie, dyrektor naukowy wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku, współorganizator dyskusji filozoficznych w Castel Gandolfo. Opublikował m.in. pracę „Heidegger i filozofia współczesna”, przygotowuje książkę poświęconą filozofii Fryderyka Nietzschego.







23 października – w dniu 75. urodzin Leszka Kołakowskiego – redakcja „Tygodnika Powszechnego” zaprosiła na Jego „krakowskie” urodziny najznamienitszych gości. A że święto wybitnego intelektualisty zawsze stanowić może okazję do twórczej rozmowy, postanowiono – idąc śladem Jubilata – połączyć dowcip z poważnym dyskursem. O czym zaś rozmawiać wśród płomieni wydobywających się z palenisk i potężnych kadzi w staropolskiej restauracji „Soplicowo”, jeśli nie o Diable? Zanim jednak przystąpiono do debaty, prosto z Oksfordu odezwał się sam Jubilat, witając przybyłych i spełniając pierwszy toast – „za Przyjaźń”. Potem Jerzy Trela przeczytał „Wielkie kazanie księdza Bernarda” – pióra Leszka Kołakowskiego (a może Diabła samego?). Wreszcie oddano głos dyskutantom: Czesławowi Miłoszowi, Barbarze Skardze, Michałowi Komarowi i ojcu Andrzejowi Kłoczowskiemu OP. Pytano o to, czy Diabeł nie jest jedynie usprawiedliwieniem naszych własnych grzechów.
O wszechobecne w naturze cierpienie. O to, czy Diabeł nie broni nas przed złem. Ale jednocześnie mówiono o zwykłych, wielkich i małych Diabła obecnościach.
O sensowności diablich rogów i ogona. A nawet o polskich diabłach. Wreszcie
w imieniu Jubilata zdmuchnięto tort z 75 świeczkami.
Relację z debaty „Leszka Kołakowskiego rozmowy z diabłem” opublikujemy
w jednym z najbliższych numerów „TP”.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44 (2782), 3 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl