Autorytet parlamentu

Marcin Król



Z niewiadomych powodów uważamy, że parlament jako całość powinien się cieszyć wysokim autorytetem. Pewnie dlatego, że poczynania posłów i senatorów są publiczne i wszyscy mogą się im przypatrywać, a nie jest dobrze, kiedy wszyscy przypatrują się głupim poczynaniom wybrańców narodu. A co w tym złego? Nigdzie nie jest powiedziane, że posłowie i senatorowie są wybierani z racji ich inteligencji, mądrości czy szczególnej wiedzy. Są wybierani, ponieważ udało im się w partiach, które zyskały niezbędne poparcie wyborców, zdobyć na tyle istotne miejsce, że zostali do parlamentu wytypowani. Tak jest zresztą nie tylko w Polsce, gdzie mamy liczne przypadki idiotycznych lub komicznych zachowań w parlamencie, ale we wszystkich demokratycznych krajach, tyle że głupota nie wszędzie jest aż tak uderzająca. Podobnie, jak z posłami, jest z radnymi i innymi wybieranymi władzami, czasem się trafi ktoś zaskakująco mądry, ale reguła jest raczej przeciwna. Wynika to z dwu niezwiązanych ze soba faktów. 
Pierwszy fakt, to jakość ludzi gotowych pełnić tak zwaną służbę publiczną. Wszędzie, we wszystkich demokracjach, tylko trzeciorzędne postaci idą do polityki. Polityka w demokracji, a w szczególności w demokracji ostatnich dekad, to zajęcie dla tych, którzy są nie dość bystrzy, żeby robić uczciwe i korzystne interesy, nie dość wykształceni, by wykonywać porządny zawód (lekarza, profesora, architekta) i nadto ambitni, by pracować na poczcie w dziale paczek. Zgromadzenie takich osób konstytuuje parlament. I dlatego nie ma powodu, by cieszył się on autorytetem. Wprawdzie parlament to ciało ustawodawcze, czyli bardzo ważne ciało, ale i tak – w Polsce – niemal wszystkie ważniejsze ustawy kwestionuje to Prezydent, to Trybunał Konstytucyjny, co pozwala posłom hasać do woli, bo ich pomysły zostaną ukrócone. 
Po drugie, i to jest przypadek choroby widocznej w niemal wszystkich demokracjach (ale w niektórych widoczne lepiej), interesy partyjne kompletnie zdominowały ideę interesu wspólnego czy też dobra wspólnego. W tej chwili wahają lub już wahnęły się losy parlamentów w Austrii, Holandii, na Węgrzech i w Polsce, a pewnie w kilku jeszcze innych europejskich krajach. We wszystkich przypadkach powodem jest zmiana frontu lub zamieszanie powodowane przez niektóre partie wchodzące w skład koalicji rządzącej. W żadnym przypadku powodem nie jest spór programowy, czy też spór o dobro kraju. Interes partii bywa pojmowany rozmaicie, ale najczęściej chodzi albo o dostęp do władzy i związanych z tym przywilejów, czyli o korupcję polityczną, albo po prostu o władzę i przyjemność związaną z jej posiadaniem. Dlaczego mielibyśmy uznawać zbiorowisko członków różnych partii za ciało wyposażone w autorytet?
Pomysł na parlament był zupełnie inny. W XVIII i XIX wieku sądzono (sceptycy powiedzą – łudzono się), że parlament to miejsce publicznych debat, toczonych przez najmądrzejszych ludzi w kraju, którym przysłuchuje się całe cywilizowane społeczeństwo. Dzięki temu miały być osiągane dwie rzeczy w jednej: debata parlamentarna doprowadza do możliwie najlepszego rozwiązania danej sprawy, a słuchacze, czy też ci, którzy czytają szczegółowe sprawozdania z takich debat, stają się lepszymi obywatelami – lepiej edukowanymi w materii politycznej. Znakomity ten ideał bywał czasem realizowany, a parlamenty powstały tylko po to, żeby był realizowany. Jednak wiele przyczyn złożyło się na to, że został całkowicie porzucony. Chyba nie ma jednak nad czym rozpaczać, jest jak jest i lepiej nie będzie. Dlatego też, wszystko mi jedno czy to poseł Janowski mówi przez cały czas, czy mówi ktokolwiek inny. Gdyby wszystkie obrady polskiego parlamentu składały się wyłącznie z przemówień posła Janowskiego, to i tak nie byłoby gorzej.  









 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44 (2782), 3 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl