Ognie na grobach

Ks. Jan Kracik



Pod koniec XV wieku kaznodzieja Michał z Janowca nawoływał wiernych, by w Wielką Środę zaprzestali zapalania ogni ku czci zmarłych, jako że czynią to wierząc zabobonnie, iż zmarli przybywają, by ogrzać się przy ognisku. Powstałe w XI wieku i z czasem zaprowadzone w całym Kościele Zachodnim wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych w dniu 2 listopada miało wykorzeniać pozostałości przedchrześcijańskich praktyk zadusznych.


Ale i z kościelną uroczystością wielu łączyło stare przekonania. W Polsce do XIX wieku przetrwały ludowe wierzenia, że w noc z 1 na 2 listopada czyśćcowe dusze mają wychodne i powracają tam, gdzie żyły w ciele, by prosić o ofiary i modlitwy. Na rozstajnych drogach i w domowych obejściach przypominają o sobie stukaniem, skrzypieniem furtek i sprzętów, tudzież dają się widzieć jako cienie lub światełka. Zmarłym tym przypisywano nierzadko także ziemskie potrzeby, pozostawiając dla nich na noc jedzenie na oknie czy stole. Palono też do późna w piecach, by zziębnięte duszyczki mogły się ogrzać. Czekano na nie, modląc się i czuwając przy zapalonych lampach i świecach.
Gdyby te niechrześcijańskie wierzenia miały być prawdą, to ów rój szukających ciepła dusz mógłby je dziś znaleźć na samych cmentarzach. We Wszystkich Świętych nad płytami grobów robi się wręcz gorąco od płonących zniczy. Każdy z nich wyraża czyjąś pamięć, jest ich więc mnóstwo. W bezwietrzne popołudnie nad cmentarzem unosi się spalinowa chmura, wieczorem bije nad nim łuna. Liczebnością świateł rządzi logika odwiedzin i przynoszonych upominków. Gdyby to była logika symbolu związanego ze zmarłym, płomyk na grobie byłby jeden, jak jeden stawia się nad nim krzyż, jak jedna jest chrzcielna czy pierwszokomunijna świeca.
Jest zatem, jak jest: bogactwo mnogich ogników i ubóstwo nielicznych z nimi skojarzeń. Im więcej uwagi skupionej na tym, czy aby wszystkie równo się palą, tym mniej zadumy nad głęboką, ogólnoludzką, a uświęconą przez Biblię i liturgię symboliką światła.
Bez niego nie ma życia. Opanowany ogień zapewniał pierwotnym ludziom bezpieczeństwo, ciepło, lepszy pokarm. Starożytne mitologie wschodnie opisywały zmagania bohaterów światła z mocami ciemności. Od zwycięstwa nad nimi zależało stworzenie świata. Światło paliło się przed posągami staroegipskich bóstw oznaczając życie i odstraszanie złych mocy.
Pierwszy wartościujący sąd, jaki znajdziemy w Biblii, dotyczy światła: „Widział Bóg, że światłość jest dobra” (Rdz 1,4). Jej niematerialną naturę Stary Testament chętnie wykorzystuje, by przedstawić przymioty Boga. Do tej metaforyki sięga i Nowy Testament: „Ja jestem światłością świata. Kto idzie za mną, nie będzie chodził w ciemności, lecz będzie miał światło życia” – mówił Chrystus. Bowiem „w nim było życie, a życie było światłością ludzi” (J 1,4; 8,12). Jezus to „światło na oświecenie pogan” (Łk 2,32). Przykład życia, wymagany od uczniów, także otrzymuje od Mistrza świetliste porównanie – „tak niechaj świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5,16). Światło wyobraża też zbawienie i szczęście, ciemność zaś – zło, zgubę, śmierć.
Analogiczną karierę, w języku religijnym i kulcie, zrobiły lampa i świeca jako źródła światła. Lampy zapalane w starożytności w świątyniach i na rogach domostw miały chronić przed wdarciem się złych mocy. Bywały też wyobrażeniami dusz zmarłych. Zawieszano je na grobach, by przypominały życie przemijające tym szybciej, im intensywniej pali się jego płomień.
Lampa z ewangelicznej przypowieści o pannach mądrych i głupich (Mt 25,1-13) oznacza gotowość, czujność, radosną nadzieję nadejścia Chrystusa. Nagrobne lampki starożytnych, zapalane tak przez pogan, jak chrześcijan, dla tych drugich wyrażały wiarę w nieprzemijającą światłość życia w niebie. W antycznych bazylikach chrześcijańskich płonęło mnóstwo różnokształtnych lamp z gliny lub metalu. Z czasem w katolickich świątyniach znakiem eucharystycznej obecności Chrystusa stało się światło lampki zwanej wieczną. Sprawowaniu Mszy św. do dziś asystują zapalone świece. Płonący paschał wnoszony uroczyście w wielkosobotni wieczór w wygaszone wnętrze kościoła symbolizuje Zmartwychwstałego, przynoszącego śmiertelnym nowe życie, trwalsze od biologicznego. Dar tego życia wyraża zapalana od paschału chrzcielna świeca. Towarzyszy ona potem dziecku przy jego pierwszej Komunii jako wymowny znak trwałości Chrystusowego zaproszenia na ucztę nowego życia i wyraz ludzkiej gotowości wędrowania na ową ucztę – tę przy ołtarzu, i tę nieustającą w Domu Ojca.
Na tej nieprzemijającej uczcie płonąć będzie przecież nie gromadka kopcących zniczy, lecz owa jedyna „światłość wiekuista”, o której świecenie przy wiecznym odpoczywaniu od udręk śmiertelnego żywota upraszamy dla naszych zmarłych. „A nie potrzeba im światła lampy i światła słońca, bo Pan Bóg będzie świecił nad nimi i będą królować na wieki” (Ap 22,5). 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44 (2782), 3 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl