Komentarze

 


Krzysztof Burnetko Samorząd różne ma imię

Jarosław Makowski Wątpliwości Stolicy Apostolskiej

Janusz A. Majcherek Żegnaj złotówko, euro na celu


Marek Orzechowski z Brukseli Rolny kompromis na szczycie






 

 




  
Samorząd różne ma imię

Średnia frekwencja w wyborach samorządowych nie przekroczyła – wedle pierwszych szacunków – 40 proc. To niewiele – zwłaszcza dla tych, którzy dowodzili, że decentralizacja władzy przez przekazanie jej organom samorządowym jest jedną z bardziej udanych polskich reform po 1989 r. 
Niewielka liczba mieszkańców, którzy poszli do urn wybrać swą lokalną władzę wynika, po pierwsze, z ogólnej atmosfery zniechęcenia do „polityki” – za którą uważa się, jak widać, nawet najniższy szczebel władzy publicznej. To znamienne – i źle rokujące idei samorządowej, opartej przecież na, może rzeczywiście utopijnym, założeniu troski o dobro (czy interesy) lokalnej społeczności oraz antypartyjniactwie właśnie. Niska frekwencja w lokalnych wyborach dowodzi też, po drugie, że Polacy ciągle są przekonani, iż najważniejsze decyzje tak naprawdę zapadają w centrali – czyli w stolicy, na najwyższych szczeblach władzy. Stereotyp ten utrwaliła kampania wyborcza. Mało kto tłumaczył, jakie kompetencje mają poszczególne organy samorządowe (zamieszanie pogłębił ustawodawca, który nie zadbał, by wprowadzenie bezpośrednich wyborów prezydentów miast, wójtów i burmistrzów połączyć z reformą uprawnień gminnych radnych). Kandydaci zaś obiecywali złote góry – także takie, których przy najlepszych chęciach nie będą w stanie dać, bo po prostu nie obejmuje ich mandat. Wiele wskazuje zresztą na to, że spora grupa kandydatów zwyczajnie nie wiedziała, na co się porywają. Tłum chętnych do samorządowych foteli pozwala nadto przypuszczać, że samorząd lokalny został uznany za sposób na karierę (a już na pewno na diety). 
Warto jednak pamiętać o jednym: prawdziwym testem idei samorządowej mogą być dopiero dane o frekwencji w poszczególnych gminach, wsiach czy dzielnicach. Bo tylko taka analiza wyborczej mapy pozwoli stwierdzić, gdzie mechanizmy samorządowe zdołały się zaszczepić. Bo są przecież w Polsce gminy, w których do urn poszło dużo więcej mieszkańców. Wtedy można też zastanawiać się, dlaczego jednym się udało (i chce), a innym nie.  

Krzysztof Burnetko






Wątpliwości Stolicy Apostolskiej

Wielu amerykańskich katolików pyta dziś zapewne: czy Stolica Apostolska ma rację, zgłaszając swe znaki zapytania odnośnie do ustaleń Konferencji Biskupów Amerykańskich w kwestii zasad postępowania wobec duchownych, podejrzanych o seksualne wykorzystywanie nieletnich? Czy głośny list kard. Giovanniego Battisty Re (jego tekst wydrukowaliśmy w poprzednim „TP”), w którym czytamy, że polityka przyjęta przez biskupów amerykańskich może być „źródłem zamieszania i dwuznaczności” nie hamuje działań, mających doprowadzić do usunięcia księży-pedofilów z pracy duszpasterskiej? Czy w ten sposób Stolica Apostolska nie chce chronić podejrzanych księży, a zapomina o dzieciach – ofiarach molestowania?
Zasady postępowania, które amerykańscy biskupi wypracowali latem tego roku na konferencji Episkopatu USA w Dallas pisano szybko, pod naciskiem społecznym. Były one zarazem świadectwem, że biskupi zrywają z polityką krycia seksualnych przestępców i wypłacania ogromnych odszkodowań ofiarom w zamian za milczenie. Dlatego dziś nie wydaje się, aby to, co było celem ustaleń z Dallas – ochrona dzieci przed księżmi-pedofilami – mogło zostać zakwestionowane. I nie taki jest, jak się zdaje, cel Watykanu. Ale Stolica Apostolska nie może zapomnieć o duchownych, którzy – wedle określenia Jana Pawła II – wykorzystując nieletnich, dopuścili się odrażającej zbrodni. Nie może także zapomnieć o księżach, którzy mogą zostać (co miało już niejednokrotnie miejsce) oskarżeni niesłusznie. 
Jeśli dziś kard. Re proponuje utworzenie komisji mieszanej (w jej skład wchodziliby czterej urzędnicy watykańscy i czterech przedstawicieli Episkopatu USA), to czyni tak dlatego, gdyż wypracowane przez komisję normy prawdopodobnie będą obowiązujące dla całego Kościoła. W kwestii seksualnych nadużyć USA nie są przecież wyjątkiem. Taką interpretację potwierdza wypowiedź bp. Wiltona Gregory’ego, przewodniczącego Konferencji Biskupów USA, który jako twórca koncepcji „zero tolerancji” nie ukrywa, że doprecyzowania wymagają trzy kwestie: kryteria podejmowania działań dyscyplinarnych wobec podejrzanych duchownych oraz uzgodnienie terminologii (w tym określenia „nadużycie seksualne”) i sankcji.
Nie zmienia to faktu, że komisja ta stanowisko już wspólne, watykańsko-amerykańskie, wypracować musi szybko, aby w listopadzie – kiedy znowu biskupi amerykańscy zbiorą się na konferencji plenarnej – mogli oni zatwierdzić zasady postępowanie wobec kapłanów, sprzeniewierzających się powołaniu. Decyzji tej potrzebują katolicy amerykańscy, których zaufanie do Kościoła zostało ostatnio wystawione na trudną próbę.
     

Jarosław Makowski






Żegnaj złotówko, euro na celu

Choć przyzwyczailiśmy się już do częstych obniżek stóp procentowych przez Radę Polityki Pieniężnej, to ubiegłotygodniowa redukcja zaskoczyła analityków, bo – uwzględniając sytuację makroekonomiczną – uważali oni krok taki za nieuzasadniony. Tymczasem sygnalizuje on nową strategię banku centralnego i jego prezesa, ukierunkowaną na rychłe wprowadzenie w Polsce euro. To zaś nie powinno być zaskakujące, bo przedstawiciele NBP i ministerstwa finansów zdeklarowali niedawno taki właśnie wspólny cel, podając nawet konkretną datę: rok 2005 jako termin osiągnięcia przez nasz kraj stosownych wymogów. Być może deklarację tę przeoczono lub uznano za sformułowanie okazjonalne czy luźną sugestię, gdy tymczasem Leszek Balcerowicz potraktował ją poważnie. Dlatego Rada i NBP wykorzystują niską inflację do szybkiego sprowadzenia stóp procentowych do poziomu wymaganego w unii monetarnej, wykraczając w ten sposób poza najbliższy cel, jakim jest wstąpienie do Unii Europejskiej – i myśląc już o następnym etapie integracji.
Rząd powinien być ze strategii szybkiego obniżania stóp procentowych zadowolony, bo tego się domagał. Lecz wśród kryteriów wymaganych przez traktat z Maastricht i dających wstęp do „strefy euro” są też takie, których wypełnienie należy do rządu właśnie; chodzi zwłaszcza utrzymanie w ryzach deficytu budżetowego i długu publicznego – tymczasem w obu dziedzinach sytuacja się pogarsza. Teraz pora więc na odważne posunięcia ministra Kołodki i rządowych koalicjantów, umożliwiające poprawę stanu finansów publicznych. Rada Polityki Pieniężnej i jej szef dali przykład.  

Janusz A. Majcherek






Rolny kompromis na szczycie

Miał to być szczyt kluczowy dla rozszerzenia Unii Europejskiej, chodziło bowiem o pieniądze. Miał to być też, tak prognozowano, szczyt nieudany i kłótliwy. Tymczasem powiódł się jak żaden inny: skończył się nie tylko w harmonii, ale i o czasie. Bo kiedy Francja i Niemcy naprawdę chcą, to reszta państw Unii naprawdę może... Brzmi to jak banał, ale na ubiegłotygodniowym szczycie w Brukseli okazało się (znowu), że europejskiej integracji potrzebny jest sprawny motor, i to wciąż ten sam: niemiecko-francuski. Chirac i Schröder wyciągnęli Europę z kryzysu – po tym, jak sami Europę w ten kryzys wepchnęli. 
Spór o finansowanie rolnictwa, w tym o wysokość dopłat bezpośrednich dla rolników z krajów kandydujących, nabrał na ostrości dopiero wówczas, kiedy Niemcy zażądały redukcji wydatków już z chwilą rozszerzenia, a Francja zapowiedziała, że nie zgodzi się na cięcia nawet po 2006 r. Były to pozycje maksymalistyczne – i z każdej strony anty-europejskie. Osobista niechęć Chiraca i Schrödera, a także kalendarz wyborczy we Francji i w Niemczech sprawiły, że ani jeden, ani drugi nie spieszył się z zakończeniem sporu. Nie poganiał ich także sam szczyt w Brukseli – i byli gotowi przeciągnąć sprawę aż do grudnia. Nic dziwnego, że porozumienie, które osiągnęli na krótko przed szczytem, zaskoczyło wszystkich. Tym bardziej, że okazało się niezwykle proste: wystarczyło, by Chirac i Schröder odeszli od maksymalistycznych żądań i wrócili na grunt unijnych ustaleń tzw. Agendy 2000; jedynym nowym, a przy tym prawdziwym elementem kompromisu jest pomysł zamrożenia wydatków na rolnictwo po 2006 r.
Na brukselski kompromis, który otwiera drzwi dla rokowań w sprawie rolnictwa, kraje kandydujące, w tym Polska, czekały z zapartym tchem. Ale impuls do porozumienia nie wyszedł od nich. To tragedia w Moskwie przypomniała obu przywódcom prawdziwe priorytety polityki europejskiej, upomniała ich egoizm i ukazała wartość europejskiej integracji. Także i to, że nie ma dla niej alternatywy. I ceny. 

Marek Orzechowski z Brukseli








 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44 (2782), 3 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl