Rząd, opozycja, gospodarka i Unia Europejska – oraz kryzys w polskim parlamencie


Granice demokracji

Jan Kofman



Już po ostatnich wyborach można było postawić tezę, że polski parlament pozbawiony jest na najbliższe lata silnej opozycji, która w oczach wyborców stanowiłaby realną alternatywę dla rządu. Po niedawnych ekscesach w Sejmie widać, że opozycja jest nie tylko słaba – i w razie przyspieszonych wyborów nie ma szans na stworzenie większości alternatywnej wobec SLD-PSL – ale może być destrukcyjna wobec samego systemu demokratycznego. Tymczasem demokracja bez takiej opozycji, która jest alternatywą dla rządu, staje się demokracją kaleką.


Dlaczego demokracja bez poważnej opozycji jest ułomna? Ponieważ istota tego systemu polega na tym, że z jednej strony mamy koalicję (lub jedną partię rządzącą, o ile ma większość), a z drugiej – opozycję. Jeśli ta ostatnia jest słaba, mogą się pojawić takie sytuacje jak dziś, z zagrożeniem dla funkcjonowania systemu demokratycznego włącznie. Mogą, ale nie muszą. To zależy bowiem od kilku warunkujących się czynników. Są wśród nich: kultura polityczna, sytuacja społeczno-gospodarcza i rządy prawa.
Mimo że polska demokracja ma 13 lat, nadal można mieć poważne zastrzeżenia do poziomu kultury politycznej elit. Ale poziom elit jest w jakimś stopniu wypadkową kultury społeczeństwa – i nasze elity nie są od niego gorsze. Przeciętnie są nawet lepsze, co może wydać się paradoksem w kontekście ostatnich wydarzeń. 

Kultura polityczna: pojęcie zapoznane

Ordynacja wyborcza z 2001 r. pozwoliła ujawnić się naturalnym różnicom zdań i poziomom politycznym różnych warstw i grup społecznych. Była bardziej proporcjonalna niż poprzednia – za sprawą także AWS i UW, które – świadome spadku swej popularności – chciały, by mniejsze partie zyskały większą reprezentację w Sejmie. Zarazem jednak ta nowa ordynacja umożliwiła ujawnienie się wszystkich frustracji i reprezentantów tych sił społecznych, które – w dużym stopniu nie z własnej winy – żyją urazami i nimi też się kierują w swojej ocenie życia publicznego, spraw społecznych czy politycznych. Urazy te kierowane są na ogół przeciw innym, mają na celu obronę własnej pozycji w taki sposób, w jaki wydaje się im, że powinno się jej bronić: odwołując się do haseł klasowych (jak Samoobrona) lub nacjonalistycznych (jak Liga Polskich Rodzin).
Takie siły polityczne zdobyły reprezentację w Sejmie i – abstrahując od tego, na ile faktycznie jest to ich reprezentacja – obecny Sejm odzwierciedla strukturę poglądów różnych grup społecznych. Podobną sytuację mieliśmy w 1990 r., kiedy w pierwszych całkowicie demokratycznych wyborach za Wałęsą zagłosowało niemal trzy czwarte społeczeństwa, a na Tymińskiego aż ponad jedna czwarta. Był to wyraźny sygnał, że istnieje w Polsce silny elektorat gotowy głosować na człowieka znikąd; sygnał praktycznie zlekceważony przez elity (inna sprawa, czy można było wtedy jakoś na to zareagować). Zwróćmy uwagę: jeśli dodamy elektoraty LPR i Samoobrony, otrzymamy także około jednej czwartej wyborców. A jeśli dodamy do tego część wyborców PSL – partii „klasowej”, której elektorat w znacznej mierze składa się z podobnej kategorii niezadowolonych – odsetek ten wzrośnie do około jednej trzeciej. 
Fakt, że jedna czwarta czy trzecia wyborców gotowa była kiedyś poprzeć Tymińskiego, a dziś akceptuje takich ludzi jak Lepper, Giertych, Janowski czy Wrzodak, świadczy jakoś o poziomie kultury politycznej w społeczeństwie. I o ile w latach dziewięćdziesiątych w Polsce kwestia „kultury politycznej” wydawała się często jedynie abstrakcją podnoszoną przez – jak się wydawało – przesadnie uwrażliwionych i lamentujących intelektualistów, dziś okazuje się, że jest to problem systemowy: że system demokratyczny nie może sprawnie funkcjonować bez kultury politycznej właśnie. 

Po drugie: gospodarka

Kultura polityczna i sytuacja społeczno-gospodarcza – oba te czynniki warunkują się, a nawet napędzają. Gdyby w Polsce było mniejsze bezrobocie, prawdopodobnie poparcie dla „kontrelit” z Samoobrony i LPR (które teraz stają się elitą) byłoby mniejsze; prawdopodobnie, bo są przykłady dowodzące, że nie musi być związku między sytuacją gospodarczą a sukcesem „kontrelit” (to Holandia i sukces tamtejszych nacjonalistów pod wodzą Pima Fortuyna). Można jednak założyć, że nie byłoby takiego sukcesu Leppera i Giertycha, gdyby wzrost gospodarczy był w Polsce na tyle duży (w granicach 5 proc.), by gwarantować odczuwalny rozwój, niwelujący – a nie utrwalający, jak dziś – strefy zacofania. 

Chamstwo Leppera, buta Millera

Czynnik trzeci, to rządy prawa. Demokracja (czyli „ludowładztwo”) nie musi pokrywać się z rządami prawa, a nierzadko jest wobec nich w sprzeczności. Stąd lamenty części elit powiadających, że ważniejsze niż sama demokracja są rządy prawa, a wolności są istotniejsze niż ład demokratyczny. Teoretycznie można sobie wyobrazić rządy prawa oraz wolności osobiste bez demokracji. Można, ale żyjemy tu i teraz – a tu nie da się używać nośnego argumentu, że jak się rządowi nie podoba społeczeństwo, to niech sobie weźmie inne społeczeństwo (Bertold Brecht wypowiedział przecież te słowa w innej sytuacji: totalitarnej przecież, nie zaś demokratycznej, NRD). Społeczeństwa oczywiście nie można sobie zmienić, ale można próbować na nie oddziaływać. Jak w naszym systemie mogą oddziaływać na społeczeństwo rządzący i opozycja? 
Zmieniona ordynacja nie pomogła ani AWS (Akcja dostała ponad 5 proc. głosów i gdyby nie występowała jako koalicja, byłaby w parlamencie i inna byłaby arytmetyka sejmowa oraz sytuacja polityczna), ani Unii Wolności. Unię miała zastąpić Platforma Obywatelska, która jednak nie spełniła oczekiwań. Niemniej Platforma oraz Prawo i Sprawiedliwość to dwie siły opozycji, które stoją na gruncie ładu demokratycznego. Na gruncie tym stoi też, mimo wszystko, Liga Polskich Rodzin. Tyle że LPR stawia przed polską polityką zupełnie inne cele, alternatywne wobec tego, co dzieje się od roku 1989 – i to jest istotna różnica między nią a PO i PiS. W tym sensie Gabriel Janowski jest folklorem także dla Romana Giertycha – choć przezeń świadomie wykorzystanym wedle zasady, że niezbywalnym prawem i celem opozycji jest maksymalne utrudnianie życia rządzącym. 
Nie znaczy to oczywiście, że zablokowanie Sejmu przez Janowskiego i reakcje na to różnych partii mieszczą się w regułach gry. Pierwsze reakcje PiS i PO były niewłaściwe, bo tu nie chodziło już o odwołanie marszałka Borowskiego, ale stworzenie w istocie jednego „frontu”, w którym znalazły się Samoobrona, LPR, PiS i PO. Platforma zapomniała przy tym, że w wielu miastach i gminach tworzy koalicje z SLD. Owszem, czym innym jest polityka w skali państwa, a czym innym w skali lokalnej. Ale i ta ostatnia ma konsekwencje: nie jest tak, że to, co dzieje się na dole, nie przenosi się na górę i odwrotnie. W Sejmie, ale co ważniejsze: i w społeczeństwie, które w sondażach od razu ukarało opozycję – powstało fatalne wrażenie, że oto mamy zjednoczony „front”, który chce pozbyć się marszałka Borowskiego, i to w sposób podważający zasady funkcjonowania parlamentu. 
Lecz nie bez winy jest też rząd. Arogancja, bezczelność... To prawda, posłowie Janowski i Lepper zachowali się bezczelnie. Ale nie usprawiedliwiając ich zachowań, trzeba powiedzieć, że do pewnego stopnia SLD i Miller, który sam wielokrotnie zachowywał się niemal skandalicznie, swoją arogancją zasłużyli na taką reakcję. Słuchając sprawozdań sejmowych, można mówić także o bezczelności rządu i koalicji: żaden rząd po 1989 r. nie traktował opozycji z taką impertynencją, a czasem z chamstwem.
Co może robić opozycja, która jest słaba? Krytykować – i proponować lepsze rozwiązania. W sprawach gospodarczych pod tym względem z partii opozycyjnych najlepiej wypada Platforma, a właściwie posłanka Zyta Gilowska, sztandarowa dziś postać tej partii (pomimo nieprzemyślanego wystąpienia przeciwko marszałkowi Borowskiemu podczas ostatniej awantury). W PO nie widać ani „drugiego szeregu”, ani „trzech tenorów” (Olechowskiego, Płażyńskiego, Tuska), ani nawet jedności (bo w Platformie pojawiają się co chwila konflikty). Ale ponieważ kwestie gospodarcze nie nadają się do polemik zrozumiałych dla przeciętnego wyborcy, powstaje wrażenie, że opozycyjność Platformy jest jeszcze słabsza. Z kolei Prawo i Sprawiedliwość stara się być bardzo opozycyjne, ale nie w sprawach gospodarczych; tym, w gruncie rzeczy, PiS się w ogóle nie zajmuje. Można z pewną przesadą powiedzieć, że to „partia jednego tematu” – bezpieczeństwa obywateli. 

Wobec recesji i Unii

Z punktu widzenia logiki walki politycznej obie te sfery konfrontacji rząd-opozycja są w porządku, dopóki przynoszą opozycji jakieś sukcesy. Ale łatwo przewidzieć, jakie skutki dla niej wynikną, jeśli PO będzie nadal proponować tylko usprawnienia w dziedzinie gospodarczej, a PiS zajmować się jedynie bezpieczeństwem i walką o podwyższenie kar – z czasem opozycja jako wyrazista całość przestanie być widoczna. 
Następne wybory będą w 2005 r., a więc już – prawdopodobnie – po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Rząd Millera oceniany będzie z takiej właśnie perspektywy: czy nas do Unii wprowadzi i na jakich warunkach. Tu otwiera się wielkie pole manewru dla PSL-u, pole manewru, którego nie będą mieć ani PO, ani PiS, ani Leszek Miller – czyli wszyscy ci, którzy chcą wejść do Unii. Tymczasem choć, wedle sondaży, zwolennicy Unii mają przewagę, do końca nie wiemy, jakie będą wyniki referendum, ani jakie warunki członkostwa postawi nam ostatecznie Unia. 
Dlatego polska polityka powinna być dziś podporządkowana naszemu wejściu do Unii. Tym bardziej że następne lata, rok 2003, a może i 2004, będą trudne politycznie i społecznie: wiszą nad nami zaległa reforma finansów publicznych czy nie podjęte dotąd redukcje wydatków budżetu; towarzyszyć temu będzie nadal wysokie bezrobocie i niewystarczająca koniunktura gospodarcza. Wszyscy liczą na pieniądze unijne, ale co się stanie, jeśli nie będzie ich w oczekiwanej wysokości?
Wszystko to jeszcze bardziej utrudni funkcjonowanie PO i PiS, którym nie może przecież zależeć na tym, aby na ulice wyszły tysiące ludzi... Jak w tej sytuacji może wyglądać polityczna rola opozycji? PO i PiS będą musiały podkreślać konieczność oszczędności budżetowych: alarmować, że trzeba skończyć z rozdawaniem publicznych pieniędzy wszystkim grupom społecznym, które tylko się zbuntują (dziś stoczniowcy, jutro górnicy, pielęgniarki itd.). Dopóki nie wejdziemy do Unii – PO i PiS powinny tak postępować, nawet gdyby miały chwilami wydawać się bardziej prorządowe niż... PSL. 
Bowiem ze wszystkich partii w Sejmie pozycja PSL-u jest dziś najlepsza: i rząd, i siły proreformatorskie oraz prounijne są w takiej sytuacji, że muszą się godzić z dyktatem PSL-u. Choć oczywiście i on ma granice. Nawet PSL jest świadome, że do Unii wejść możemy tylko na unijnych warunkach i ustępuje – ostatecznie zgodzi się, by unijne pieniądze zamiast na dopłaty dla rolników wydawane były na rozwój i infrastrukturę terenów wiejskich, a nie na utrwalanie przestarzałej struktury wsi, czym groziłoby dopłacanie rolnikom jak leci, wszystkim – i tym, co mają jeden, dwa hektary ziemi, i tym, co mają ich kilkadziesiąt czy kilkaset.
 
Wstrząs, ale ozdrowieńczy?

Jest wreszcie stare pytanie: jak demokracja ma radzić sobie z tymi, którzy korzystając z niej, równocześnie ją negują – i jak Lepper nie są demokratami, zrywają Sejm bądź grożą użyciem siły? Fakt, że człowiek, którego ścigają sądy, i to dalece nie bez podstaw, był wicemarszałkiem Sejmu, jest tylko kolejnym dowodem na słabość polskiej demokracji i na braki naszej kultury politycznej. 
Ale na zjawisko Leppera i LPR można spojrzeć także w kontekście międzynarodowym: obie partie są typowe dla Europy końca XX i początku XXI w., gdzie populistów popiera jakiś procent wyborców, głównie, choć nie jedynie, zagrożonych czy upośledzonych przez rozwój gospodarczy. Także poparcie Samoobrony i LPR wynika z poczucia zagrożenia zakorzenionego w naszej historii. Na takich emocjach grają eurosceptycy, i pod tym względem wejście do Unii zmieni niewiele. „Bliższa koszula ciału” – takie podejście będzie istnieć zawsze. Już dziś okazuje się zresztą, że za wejściem Polski do Unii najchętniej się wypowiadają Szwedzi czy Hiszpanie, a mniej chętnie Francuzi, Niemcy czy Austriacy. Jeśli kraje, które mają być naszymi promotorami, obawiają się nas, to dość oczywiste okazują się reakcje społeczne, które wygrywa np. Radio Maryja – zwłaszcza tam, gdzie bezrobocie sięga 30 proc. 
„Nie ma demokracji dla wrogów demokracji”... Systemy polityczne oparte są na ludziach: to ludzie są ich siłą i słabością. Być może to, że marszałek Borowski zdecydował ostatecznie o wyniesieniu z Sejmu posła Janowskiego, okaże się w przyszłości korzystne dla parlamentu. Zakreślono bowiem granicę – i groźby Leppera, że on teraz dopiero wszystkim „pokaże”, mogą przy następnej okazji skończyć się tak, że zamiast jednego straż marszałkowska wyniesie kilkudziesięciu posłów Samoobrony. 
Jak zachowa się reszta opozycji, jeśli dojdzie do tak dramatycznego starcia? Pierwsza próba nie wypadła dla PO i PiS najlepiej: opozycja, która uważa się za merytoryczną, okazała się niezbyt odpowiedzialna. Bo choć dopuszczalne spektrum postaw demokratycznych jest szerokie, nie mogą one podważać tego, co politologia określa jako konsens demokratyczny, a język potoczny jako „zdroworozsądkowe” centrum. 
Polskie społeczeństwo pokazywało dotąd, że w większości jest umiarkowane i nie akceptuje ekscesów. W naszej historii takie sytuacje już się zdarzały, choć w innych warunkach – i także dziś można wyobrazić sobie, że mimo spadku popularności parlamentu i partii stanie się coś, co unaoczni obywatelom, iż są granice nie do przekroczenia. I że jeden poseł, czy nawet grupa posłów nie mogą zdestabilizować demokracji.

Autor jest politologiem – profesorem w Uniwersytecie w Białymstoku i w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Był współzałożycielem, a w l. 1982-94 redaktorem naczelnym niezależnego kwartalnika politycznego „Krytyka”. Wydał m.in.: „Lewiatan a podstawowe zagadnienia ekonomiczno-polityczne II RP. Z dziejów ideologii kół wielkokapitalistycznych w Polsce” (1986) , „Nacjonalizm gospodarczy – szansa czy bariera rozwoju” (1992) oraz (z Wojciechem Roszkowskim) „Transformacja i postkomunizm” (2000).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44 (2782), 3 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl