Votum separatum

Kwestia słownika

JÓZEFA HENNELOWA



Kiedy tylko zaczęła się tragedia moskiewskiego teatru, każdy kto zabierał głos w mediach– wszystko jedno, komunikując coś czy komentując, jako polityk, korespondent czy zwyczajny spiker – od razu musiał wybierać między dwoma słowami. O sprawcach porwania zakładników w Domu Kultury można było mówić: bojownicy, albo: terroryści. Ktokolwiek sprzyjał dotąd czeczeńskim dążeniom wyzwoleńczym, rozstrzygał teraz słownikową kwestię, daleko wykraczającą poza sprawy językowe. W wyborze terminu i w konsekwencji jego używania zawierał się cały sąd o dobru i złu, za którym albo przeciw któremu trzeba było się opowiedzieć. I nic nie pomagała tu cała najszersza nawet wiedza o dotychczasowej wojnie rosyjsko-czeczeńskiej i o wszystkich bliższych i dalszych przyczynach tego, co dotąd działo się w małym górzystym kraju. Był po prostu nowy fakt: zawładnięcia kilku setkami niewinnych, przypadkowych ludzi, w tym kobiet i dzieci, i postawienia ich samych a także świata przed groźbą, że zostaną wymordowani.
Było wielu zabierających głos, którym aż do samego końca tragedii słowo „terrorysci” nie chciało przejśc przez usta. Zdawali się wierzyć, że jeśli go użyją, zdradzą całą sprawę wolnej Czeczenii, która jest im tak bliska. Niejeden z nich robił również wrażenie, jakby to antyrosyjskość za każdą cenę była postawą najbliższą mu ideologicznie. Tylko tak potrafię sobie wytłumaczyć, że spiker telewizji Puls o dawnej historii Budionnowska, kiedy jako zakładnicy wzięci byli chorzy i lekarze szpitala, a owocem owego działania stała się masakra, potrafił powiedzieć, że była „brawurowa”. Na temat uzbrojonych w kałasznikowy i obwieszonych trotylem ludzi więżących kobiety i dzieci, szarpani rozterką przyjaciele czeczeńskiej sprawy powtarzali uparcie, że są „doprowadzeni do rozpaczy” albo że „nie mają innego wyjścia”. Tak jakby śmierć ludzi niewinnych mogła być kiedykolwiek uznana za „wyjście” dla choćby i najgoręcej pragnących wolności swojego kraju. A już zwłaszcza jakby usprawiedliwieniem mogło być dla nas kiedykolwiek pragnienie zemsty kierujące nawet tymi, którym bardzo sprzyjamy.
To nie jest kwestia słownika. Nie oszukujmy się. To kwestia najgłębiej moralna. Kiedy czytam u publicysty „Niedzieli” o ataku na wieżowce nowojorskie jako o „śmiertelnym akcie rozpaczy i odwetu” (Krzysztof Nagrodzki „Zaduszki”, nr na 27 X), to mam poczucie, że autor jakby udawał niewiedzę, iż do owego „aktu” użyto niewinnych pasażerów samolotu, i to aby razem z nimi pozbawić życia tysiące równie niewinnych ludzi, a nie tylko zburzyć wieżowce. I jeszcze, że daje nam do zrozumienia, iż „odwet” w tym kształcie miałby szansę być usprawiedliwiony. A tymczasem nie ma takiej szansy.
Nie może być manipulacji słowem „terrorysta”. Nie może być manipulacji słowem „bojownik”. Ten drugi jest nim, gdy walczy metodami walki i polityki o dobrą sprawę swojej wspólnoty z tymi, co owej dobrej sprawie zagrażają. Ten pierwszy wybiera drogę nie do przyjęcia, wybiera zło. Dotychczasowy bojownik, kierując swoje pociski przeciw niewinnym , bojownikiem przestaje być . Jedno nie jest sprzeczne z drugim, przeciwnie, tylko tak jasne rozróżnienie ratuje nas przed zakłamaniem, kiedy w imię zawiłych kalkulacji zaczynamy gubić kryteria dobra i zła.



 











 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44 (2782), 3 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl