Spory–polemiki


Wojna polsko-polska

Piotr Gruszczyński



Jeden z arcypolskich kompleksów to kompleks arcydzieła. Wszyscyśmy w cieniu wieszczy i noblistów, niegodni tego, by się odezwać, bo grozi nam potworna kompromitacja, że z ust naszych nie wypłynie dzieło zdolne świat zadziwić. Tak przynajmniej uważa Jarosław Klejnocki, który w „TP” nr 42 dał wyraz swej niechęci do „Wojny polsko-ruskiej” Doroty Masłowskiej.


Myślenie Klejnockiego biegnie następującym torem: debiutancka powieść Masłowskiej nie jest arcydziełem, a skoro nim nie jest, to nie jest w ogóle nic warta. Może autorka ma i talent, więc w twarzowej hipokryzji trzymajmy za nią kciuki, ale „»Wojną polsko-ruską« nie zawracajmy sobie po prostu głowy”. Takie właśnie opinie i oceny sprzyjają jedynie nadętym bąblom pretensjonalności, które wypuczają się na powierzchni polskiego stawu kulturalnego i wypuszczają z siebie pełne nieprzyjemnego zapachu arcydzieła grafomanii. 
Szczegółowe zarzuty Klejnockiego są jeszcze bardziej kuriozalne. Powieść Masłowskiej jest „dojmująco nudna i płytka poznawczo”, charakteryzują ją jedynie „umiejętności naśladowcze, biegłość językowa i stylistyczne mistrzostwo”, a te przecież „nie budują rangi dzieła”. Klejnocki odkrywa też, że wszystko już było, więc Masłowska także, tylko że jej zwolennicy są niedouczeni i tego nie zauważyli. Przede wszystkim jednak autor książki „Jak nie zostałem menelem” czuje się dotknięty tym, że bohaterem powieści Masłowskiej jest dresiarz. Tego już naprawdę za dużo dla wrażliwego czytelnika: „Ludzie kulturalni czynią wiele, by się z takimi osobnikami nie stykać (choć to trudne). Ale nie, teraz zaatakowali nas w powieści.” Ojejku, jejku!
Szanuję fakt, że Klejnockiemu „Wojna polsko-ruska” się nie podoba. Zgadzam się nawet z tym, że nie jest arcydziełem i w dodatku cieszę się z tego, bo to przecież dopiero debiut literacki maturzystki. Ale trzeba być naprawdę ślepym i głuchym, żeby nie zauważyć, że ta książka, mimo nierówności, jakich życzyłbym każdemu debiutantowi, jest znakomicie napisana, że Masłowska ma absolutny słuch literacki i wreszcie, że jej książka jest ważna i mówi o rzeczach ważnych. Bo nie jest tak, jak uważa Klejnocki, że mamy tu do czynienia z jakimś wygłupem i przebieranką za dresiarza, dla efektu, dla zabawy czy dla poklasku. Masłowska nie tworzy też socjologicznego świadectwa. Jej książka jest czymś zupełnie innym. Czym?
Po pierwsze, odkryciem nowego języka. Poetyckiej kalumnii i metafizycznego bełkotu rozpadającej się świadomości. To język całkowicie ukształtowany przez nową polską rzeczywistość. Ale Masłowska nie tworzy żadnej imitacji. Raczej tworząc portret tego języka poddaje go od razu błyskotliwej i głębokiej analizie. „Wojna polsko-ruska” cała zawarta jest w języku. Nie w anegdocie, nie w dziejach podbojów samczych Silnego. I ten język ma niesamowitą siłę obrazowania. Także w końcówce książki, w której rozstajemy się już ze światem Silnego.
Po drugie, ostrzeżeniem. Dla całej, jak mówi autorka w tendencyjnie cytowanym przez Klejnockiego wywiadzie w „Wysokich Obcasach”, Inteligencji Polskiej SA. Ostrzeżeniem przed zamykaniem się w zatęchłym świecie własnych miazmatów. Silny nie jest zagrożeniem dla IP SA. Ale ignorowanie Silnego i jego świata takim zagrożeniem dla IP SA jest. Masłowska jest młoda, nie traci więc energii na opisywanie butelek oranżady z ceramicznym kapslem, które zawładnęły ostatnio młodszą polską literaturą. Udało jej się napisać o czymś znacznie ciekawszym, bo współczesnym. W dodatku nie tylko o Silnym, którym Klejnocki pogardza, ale przede wszystkim o sobie i pokoleniu, które właśnie wkracza w dorosłe życie.
Po trzecie, diagnozą. Nie wiem, skąd w tak młodym wieku wie się tyle o życiu, miłości i śmierci. Proszę wybaczyć górnolotność tych słów, ale tak naprawdę o tym jest książka Masłowskiej. O życiu w czasach pogardy dla człowieka. O miłości w czasach pogardy dla wartości i o śmierci w czasach pogardy dla życia. A poza tym, oczywiście, „Wojna polsko-ruska” jest fantastycznym portretem Polski i Polaków, bo w naszym pięknym kraju już prawie wszyscy są Silni. Wystarczy włączyć telewizor albo popatrzeć na ludzi jadących autobusem do pracy, albo tych, którzy jedzą kolację w drogiej restauracji. 
Warto uważniej przyjrzeć się Silnemu i zauważyć, że jest to bohater tragiczny. Nie odwracać się z obrzydzeniem od wyrzyganego przezeń świata, przedmiotu pożądania i nienawiści. Zastanowić się nad halucynacyjno-historycznym charakterem tytułowej wojny polsko-ruskiej toczącej się w miasteczku Silnego. Pomyśleć o tym chwilę i wyciągnąć wnioski, zamiast zawracać sobie głowę Jarosławem Klejnockim, wierząc, że napisał swój tekst z ojcowskiej troski o młodszą koleżankę pisarkę. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44 (2782), 3 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl