Ameryka po rajdzie snajpera-psychopaty 


Inna lekcja terroru

Mateusz Flak z Nowego Jorku



23 dni. Tyle trwała eskapada 41-letniego Johna Allena Muhammada, który razem ze nastoletnim pasierbem terroryzował 5 mln mieszkańców przedmieść Waszyngtonu, dowodząc – podobnie jak zamachy z 11 września – jak bezbronni są Amerykanie we własnym kraju. Czy przywódcy światowego mocarstwa wyciągną wnioski z tej lekcji? 


Kiedy 2 października w Wheaton na północ od Waszyngtonu 55-letni James Martin zginął, zastrzelony na parkingu sklepu spożywczego nikt nie przypuszczał, że to początek długiej serii. Dzień później nieznany sprawca daje upust furii i w dwie godziny zabija 4 osoby: białego mężczyznę koszącego trawnik, Hindusa tankującego benzynę, latynoską kobietę na ławce i białą kobietę odkurzającą samochód. W ciągu następnych 10 dni uderza jeszcze 6 razy, zabijając 4 i raniąc 2 osoby. Podczas gdy w CNN trwa 24-godzinny thriller pt. „Snajper na wolności”, w którym tłum pseudo-ekspertów analizuje każdy krok policji, Thomas L. Friedman, komentator „New York Timesa” i trzykrotny laureat Pulitzera gromi prezydenta, który nie odnosi się do sytuacji, za to ciągle przekonuje o potrzebie rozbrojenia Iraku: „Administracja ma obsesję na punkcie Saddama i straciła kontakt z prawdziwymi zmartwieniami Amerykanów. Bush chce zgromadzić wokół siebie naród, by wycelować broń na Bagdad, ale nie kiwnie palcem, by ustanowić kontrolę posiadania broni 9 kilometrów od Białego Domu” – pisze.
Friedman jako jeden z pierwszych stwierdza, że sprawa snajpera może być częścią szerszego trendu, jaki zapanował po 11 września: „Ten trend, to stała erozja naszego poczucia bezpieczeństwa i przekonania, że nawet jeśli świat może być szalony, my możemy zawsze wczołgać się do naszego amerykańskiego kokona; poczucia, że »tu« jesteśmy bezpieczni, nawet jeśli »tam« śpią demony”. Tymczasem „tu” zaczyna przypominać „tam”: ludzie chowają się za samochody na stacjach benzynowych, rodzice osłaniają dzieci w drodze do szkoły. „Tam Saddam zniewala swój naród, a tu moje córki stają się ekspertami w odróżnianiu kodów: Kod Niebieski oznacza, że są zamknięte w szkole, bo potencjalny snajper jest w pobliżu; Kod Czerwony: są zamknięte w klasie, bo facet z karabinem może być w budynku”. Nie chcę słyszeć o Iraku, pisał Friedman, chcę usłyszeć, że prezydent i Kongres podejmuje poważne kroki – jak kontrola posiadania broni i zdrowa polityka ekonomiczna – niezbędne, by powstrzymać przesuwanie się USA w stronę tego „tam”. 
Wreszcie, po trzech tygodniach pogoni – pełnej mylnych tropów i przegapionych okazji – w nocy z 23 na 24 października następuje pokazowa akcja od Tacomy na Zachodzie przez Alabamę po Maryland, w której policjanci kojarzą ze sobą kilkanaście różnych wątków. Horror dobiega końca, ale podobno kluczowy był telefon od... samego snajpera, który nieopatrznie wspomniał o dokonanym przez siebie miesiąc wcześniej zabójstwie. Rzekomo biały, 20-30-letni zimnokrwisty morderca z profilu opracowanego przez ekspertów, okazał się parą ubogich czarnoskórych mężczyzn śpiących w niebieskim Chevrolecie przy autostradzie.
Dziś wszyscy pytają, co kierowało snajperem. I jak to było możliwe? Muhammad odmawia zeznań, ale raczej nie uniknie kary śmierci: stan Maryland już postawił mu zarzut 6-krotnego morderstwa pierwszego stopnia. Były żołnierz (służył 16 lat), uczestnik wojny w Zatoce Perskiej i posiadacz najwyższej odznaki strzeleckiej, 17 lat temu przeszedł na islam, po opuszczeniu wojska próbował sił w biznesie – otworzył warsztat samochodowy, potem szkołę karate – ale bez powodzenia. Jego eks-wspólnik twierdzi, że był „wybuchowym manipulantem, który zrobiłby wszystko, żeby było tak, jak chciał”. Ale sąsiedzi wspominają go jako „uczynnego i pracowitego”. Jego drugie małżeństwo rozpadło się i sąd zabronił mu zbliżać się do rodziny. Na początku roku Muhammad i jego przyszły pomocnik, nastoletni John Lee Malvo, zaczęli mieszkać w schronisku dla bezdomnych. Chłopiec nazywał Muhammada ojcem i jadł jak on specjalną dietę: krakersy, miód i witaminy. Na więcej nie było ich stać? Od lipca obaj jeździli po kraju: byli u krewnych Muhammada na południu, kupili w New Jersey Chevroleta, napadli na sklep w Alabamie... 
Psycholodzy podkreślają teraz, że Muhammad miał nieudane życie, ale winą za to obarczał innych: rodzinę, społeczeństwo, rząd. „W tej sprawie widać plusy i minusy społeczeństwa otwartego – tłumaczy mi prof. Jan Kubik z Rutgers University w New Jersey, socjolog i antropolog. – Mimo wszystkich regulacji, mimo że w USA więcej kwestii niż w innych krajach natychmiast przekładanych jest na sferę prawa, system kontroli obywateli jest luźniejszy niż w Europie. Tu łatwiej się poruszać, zniknąć, zostać bogatym czy stoczyć się na dno, jak ten szaleniec. Amerykanin jest »Zosią-samosią«, wszystko jest zostawione jednostkom. To mit, ale i część rzeczywistości”. Tej, w której obowiązuje zasada „płyń albo utoniesz”, a 13 tys. najbogatszych rodzin ma roczny przychód równy przychodom 20 mln najbiedniejszych.
Częścią winy za tę serię zbrodni można też obarczyć zbyt łatwy dostęp do broni. „Prawdopodobieństwo przypadku samotnego człowieka, który z zimną krwią zabija dzień po dniu przypadkowych ludzi, jest większe w Ameryce niż w innych państwach prawa w Europie, Australii czy Kanadzie – mówi Kubik. – Najważniejsza przyczyna to łatwiejszy dostęp do broni. To straszne, że ktoś, kto nauczył się strzelać w wojsku, bez problemu może kupić karabin i trzymać w domu!”.
Sprawa snajpera rzeczywiście nadała kolejnego impetu „odwiecznej” w USA dyskusji o powszechnym dostępie do broni, zapisanym w konstytucji. Na razie szala przechyla się na korzyść demokratów i ich zwolenników, zaniepokojonych mieszkańców przedmieść – oraz tych wszystkich ludzi ze zdrowym rozsądkiem, którzy chcą wprowadzenia systemu identyfikacji broni palnej (np. sklepy sprzedające broń miałyby przekazywać policji ślady z wystrzelonych próbnych pocisków). Oczywiście przeciwne jest Krajowe Stowarzyszenie Strzeleckie (National Rifle Association) z aktorem Charltonem Hestonem na czele. Sam Bush – republikanin i zwolennik posiadania broni – dostosowuje się nieco do nastrojów i (jak twierdzi jego rzecznik) „chce, by sprawa została zbadana”. Być może wahanie to – politykowi trudno dziś otwarcie popierać powszechną dostępność broni... – ma związek z bliskimi wyborami do Kongresu. „Ich wynik może zależeć od tego, jak demokraci i republikanie rozegrają publicznie tę dyskusję” – twierdzi Kulik.
Ameryka ciągle zagrożona... „Czy wszyscy czują się teraz bezpiecznie?” – pyta Frank Rich, publicysta „New York Timesa”, podkreślając podobieństwo między 11 września a atakiem snajpera, i nazywając obie sprawy najważniejszymi wydarzeniami ostatnich lat: „Dwaj uzbrojeni mężczyźni byli zdolni do sparaliżowania na 3 tygodnie stolicy najsilniejszego narodu na świecie”. Także zdaniem senatora Johna McCaina „nawet jeśli snajpera nic nie łączy z Al-Kaidą, to pokazał naszą słabość”. 
Symbolicznego wymiaru nabiera, że niemal równocześnie z ujęciem zabójców Rada Stosunków Zagranicznych opublikowała alarmujący dokument, którego tytuł mówi wszystko: „Ameryka ciągle nieprzygotowana, Ameryka ciągle zagrożona”. Następny atak „przyniesie jeszcze większą liczbę ofiar – piszą jego autorzy – i będzie ciosem dla amerykańskiego stylu życia i gospodarki”, gdyż instytucje państwa, lokalne i stanowe, na prowincji i w miastach, nie są lepiej przygotowane niż były przed 11 września. A po rajdzie snajpera, który skutecznie zastraszył kilka milionów ludzi, „nasi wrogowie otrzymali lekcję, jak łatwo jest przeprowadzić taki rodzaj terroru” – stwierdza Frank Rich w „New York Times”. I pyta retorycznie: „Tylko czy my ją odrobiliśmy?”. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 44 (2782), 3 listopada 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl