Zmuszony do różańca


Moja historia z różańcem zaczęła się podczas studiów we Lwowie. Poszliśmy 
kiedyś coś załatwić z moim starszym kolegą, przyszłym zakonnikiem – o. Michałem Czartoryskim. Trzeba było czekać w ogromnej kolejce. Niecierpliwiłem się, więc mój kolega powiedział: „Pamiętaj, że ilekroć masz taką chwilę, w której nie bardzo wiesz, co robić, zabieraj się od razu do modlitwy – najlepiej do różańca”. Ale na różaniec przeszedłem właściwie z konieczności. Oboje z żoną przez lata wspólnie odmawialiśmy tzw. małe oficjum: modlitwy brewiarzowe do Matki Boskiej. Dopiero gdy wzrok pogorszył się nam na tyle, że nie mogliśmy już czytać, musieliśmy się rozstać z ukochanym modlitewnikiem. Kiedy kilka lat temu odwiedził nas starszy ode mnie o kilka lat o. Rene Voillaume, pierwszy przełożony Małych Braci Jezusa, powiedziałem mu: „Wie Ojciec, ja się czuję wyobcowany z tego świata, bo już nie mogę czytać: straciłem kontakt z Pismem Świętym i z modlitwą brewiarzową, jestem więc zmuszony do różańca”. A uśmiechnięty Ojciec Voillaume: „Panie kochany, ja tak samo. Nie mogę już czytać i jestem całkowicie związany z różańcem. Ale to jest właściwie wspaniała modlitwa. Przecież, jak się nad tym zastanowić, w jej tajemnicach jest cała teologia”.
Modlitwa różańcowa powinna być szkołą kontemplacji. Słowa, które się wymawia, są jakby akompaniamentem; powinny służyć otwarciu się na rzeczywistość prawd, które się rozważa. Te prawdy są ważniejsze niż słowa samej modlitwy. A jeżeli tajemnice różańca rozumiemy i przeżywamy naprawdę głęboko, to właściwie wchodzimy w samo sedno wiary. Oczywiście są niezliczone przeszkody, żeby do tego dojść. Jedną z nich jest tzw. „odklepywanie”. Ale przecież każda modlitwa może się przeobrazić w klepanie.
Jeden z moich przyjaciół, Włoch, który dobrze znał Padre Pio, poszedł do niego do spowiedzi. Było to coś w rodzaju spowiedzi generalnej, więc wyliczył cały pakiet grzechów i dostał za pokutę... odmówienie jednego „Zdrowaś Mario”. Popełnił gafę i spytał: „Ojcze, po tych wszystkich grzechach, czy to jest dostatecznie dużo?”. Został straszliwie zbesztany: „Co ty sobie myślisz, że pokuta ma być proporcjonalna do twoich grzechów? Gdyby tak było, to nawet gdybyś modlił się całe życie, nie uzyskasz tej proporcji”. Miłosierdzie Boże jest tak wielkie, że nawet jedna zdrowaśka może wystarczyć.
My z żoną w jakimś niewielkim sensie jesteśmy prekursorami tego, co zrobił dziś Ojciec Święty. Otóż, kiedy odmawiamy różaniec... zmieniamy słowa „Zdrowaś Mario”. Zamiast mówić o „godzinie śmierci naszej”, mówimy o godzinie, w której dzieje się coś ważnego. O oczekiwaniu jakiejś decyzji, spotkania, albo o tym, co nas czeka po śmierci. Żeby to nie była tylko myśl o śmierci, ale nadzieja na przyszłość.

 
Stefan Swieżawski

(ur. 1907, filozof i historyk filozofii, autor m.in. „Dziejów filozofii europejskiej w XV w.”, uczestnik Soboru Watykańskiego II; nakładem wydawnictwa Biblos ukazuje się właśnie „Pełny wymiar” – korespondencja Profesora z Janem Pawłem II i ks. Tadeuszem Fedorowiczem).

  




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl