Uniwersytet i polityka, smakowanie i pożeranie


O trudnej sztuce jedzenia 

Tadeusz Sławek



Uniwersytet to permanentny „kryzys” odpowiedzi i jurysdykcja pytań. 
W kategoriach politycznych można go więc pojmować jako miejsce kształcenia do nieposłuszeństwa obywatelskiego, czyli działania rodzącego się ze świadomości problematycznych relacji między wartością dobra a instrumentalną literą prawa.



Skolonizowani przez rynek
Żyjemy w epoce, w której kurczy się przestrzeń publiczna; w której działa coraz mniej mechanizmów pomagających przełożyć prywatne problemy na język publicznej, powszechnej troski. „Jesteś bezrobotny, to twoja wina” – ta argumentacja, którą słyszymy coraz powszechniej, zatrważa nie tylko dlatego, że redukuje społeczny wymiar etycznej odpowiedzialności człowieka, ale również służy części młodego pokolenia jako kryterium autodefinicji, której efektem jest bezładna agresja. 
Wymiar obywatelski świata zastąpiła żarłoczność konsumentów, którzy wypełniają swoje życie informacjami na temat osób, z którymi nigdy nie połączy ich jakakolwiek relacja. Konsument zachłannie pochłania wiedzę na temat „gwiazd” i „sław”, czyli tych, którzy znajdują się poza jego zasięgiem. Owa niedostępność idola jest warunkiem niezbędnym, bowiem konsument nie jest w stanie znieść żadnej intensywnej, bezpośredniej relacji łączącej go z kimkolwiek i wprowadzającej kogokolwiek do jego życia.
Zdrowa sfera publiczna przeżywa problemy swoich uczestników (takie jak np. bezrobocie czy ubóstwo) i próbuje znaleźć dla nich wiele różnych rozwiązań; stąd niezbędna wielorakość form obywatelskiego zaangażowania. Zasadą rynku jest natomiast wyszukiwanie „okazji”, polegające na beznamiętnym poddawaniu wszystkiego i wszystkich spojrzeniu czujnego oka drapieżnika. Jak pokazała dyskusja o wstydzie, toczona przed kilku laty w „Tygodniku”, dzisiejsze czasy poddane są hegemonii gapienia się, a ich charakterystyczną cechą jest nieumiejętność, czy wręcz niemożność odwracania spojrzenia w zażenowaniu, czy chęci uszanowania odrębności Drugiego. Gapię się nie po to, aby bliźniego ujrzeć w jego odrębności, lecz przeciwnie – po to, stracić go z oczu.
Każdy z nas zna owo doświadczenie gapienia się, aby uszczknąć coś dla siebie. Któż nie przepatrywał z chłodnym wyrachowaniem długich rzędów regałów w supermarkecie nie po to, aby znaleźć to, co potrzebne, lecz trafić na to, co stanowi „okazję”. Trwałość angażowania i interesowania się została zastąpiona przez doraźność okazyjności. Komentarze do ostatniego zjazdu rodzimych organizacji pozarządowych podkreślały, że w Polsce w ogóle nie mamy języka umożliwiającego stałe i efektywne porozumiewanie się rządu z organizacjami obywatelskimi. Władza działa więc coraz bardziej w kokonie swoich własnych trosk i interesów, starając się jedynie wyczekiwać i reagować na „okazję”, jaką jest odpowiednia interwencja pomagająca w danej chwili zbić polityczny kapitał wyborczy.
Mamy więc do czynienia z procesem skolonizowania społeczeństwa przez rynek i ekonomię. Zygmunt Bauman trafnie diagnozuje: w dzisiejszym społeczeństwie następuje proces „brutalnego niszczenia tkanki ludzkich solidarności”1. Warto podkreślić ową liczbę mnogą. Nie chodzi bowiem o jedną ideę porywającą ludzi (taką ideą była w Polsce „solidarność”), ale o skromne, lecz trwałe angażowanie się w wielość wydarzeń tworzących i organizujących życie codzienne. Jednym z dramatów polskiego życia jest to, że po 1989 roku nie potrafiliśmy płynnie przejść od pięknego i godnego szacunku doświadczenia bycia porwanym przez wspaniałą ideę, do koniecznego, choć niewidowiskowego, codziennego organizowania otoczenia wedle jej wskazówek. Być może zadaniem intelektualisty jest dzisiaj odbudowywanie w mikroskali ludzkiej solidarności, obejmującej prawo do spełniania siebie i swoich marzeń. 
Republika żarłoków
Mówiąc językiem filozofa gastronomii Anthelme’a Brillat-Savarina: polityka i życie publiczne pomieszały smakoszostwo z obżarstwem i żarłocznością. Pierwsze polega na czynieniu rzeczy w należytym porządku i ze stosownym umiarem przy czynnym udziale innych, bowiem gościnne podejmowanie przy stole jest fenomenem społecznym, któremu towarzyszy rozmowa: „Dobremu jedzeniu przydawano jeszcze więcej ceny miłą rozmową; jej prowadzenie stało się sztuką”2. Jedzenie traci znaczną część swej wartości kulturowej jeśli jest milkliwe, bowiem nie jest dziełem przypadku, że usta są zarówno matecznikiem smaku, jak i ogrodem języka. Samo pojęcie „smaku” jest zresztą pięknie dwuznaczne: „albowiem taki jest już człowiek – wywodzi Savarin – że nie zazna pełnego szczęścia dopóki smak jego nie zostanie ukontentowany. Ta przemożna potrzeba objęła nawet gramatykę; tak dalece, że dla określenia doskonałości rzeczy powiadamy, że zrobiono ją ze smakiem”. 
Żarłoczność natomiast czerpie satysfakcję z izolacji i milczenia. Pragnie zjeść samotnie jak najwięcej i uniemożliwić innym zjedzenie czegokolwiek, poza okruchami spadającymi ze stołu. Obżarstwo również, w przeciwieństwie do smakoszostwa, nie potrafi spocząć w doznawaniu tego, co znajduje się w jego dyspozycji, lecz nieustannie przeżywa brak tego, czego jeszcze nie ma, a co mogłoby mieć w swoim zasięgu.
Zaślepiony swoimi możliwościami człowiek żarłoczny nie daje przed sobą pierwszeństwa nikomu i odcina się od jednej z podstawowych społecznych cnót – gościnności, której powołaniem jest służenie, a więc ustępowanie miejsca innym. Atrofia politycznej, społecznej i towarzyskiej wreszcie gościnności wyznacza duchowy nastrój Polski początku wieku. Gościnność jest domeną umiaru smakowania i dyskrecji, natomiast żywiołem obżarstwa jest publiczne afiszowanie się nim, jako ostentacyjnym znakiem powodzenia. Smakuje się w prywatności jadalni, żarłoczność natomiast najlepiej czuje się na scenie, bowiem ta zaspokaja zarówno jej pragnienie bycia „na widoku”, jak i bezpieczną odległość od podziwiającej scenicznych gwiazdorów gawiedzi. Honorowane licznymi fotografiami w kolorowych tygodnikach przyjęcia i rauty w tzw. „wyższych sferach”, przyciągając czytelników, są dowodem na to, że cicha gościnność domu ustąpiła miejsca głośnemu, jarmarcznemu widowisku. 
Praktyka polskiej polityki niszczy filozofię gościnnego domu otwartego na innych; dom taki został wyparty przez jarmark, handlowy pasaż lub przez ksenofobię nacjonalistycznych ideologii domu rodzinnego jako twierdzy broniącej nas przed wszystkim, co nie swojskie.
Żarłoczność jest sposobem bycia w rzeczywistości, w której trwałość cierpliwego angażowania się w organizowanie świata ustąpiła pola doraźnym działaniom, „wypadom”, „interesom”. W świecie tym nie mówi się, lecz nagłaśnia, nie „u-bywa” umniejszając siebie, lecz zachłannie, agresywnie „jest” poprzez gromadzenie dóbr i egocentryczne dążenie do sukcesu. Nieznośna partyjność polskiej polityki, otaczanie się wyłącznie ludźmi własnej, jak mówi aktualny dyskurs, „formacji” zdaje się być efektem strachu przed tym, iż można by nic nie mieć i niewiele znaczyć. Ten, który smakuje, z godnością godzi się na utratę; człowiek żarłoczny przed stratą drży i chroni za plecami swoich stronników. Paniczny lęk przed utratą władzy deprawuje polskie życie polityczne. Jeżeli życie publiczne i system kształcenia nie zdołają odnowić w nas przekonania, iż powodzenie winno ustąpić pierwszeństwa dobru, a dom nie jest ani jarmarkiem, ani twierdzą, będziemy w naszej rzeczywistości czuć się coraz bardziej obco, jak Rilke’owski tragarz, który „za obcym kosz coraz pełniejszy/ dźwiga, obładowany, a nie może/ powiedzieć: Panie, dla kogóż ta uczta?”3.
Żarłoczność jako sposób prowadzenia polityki, doprowadziła do społecznego zniechęcenia i wreszcie porzucenia zainteresowań sceną życia publicznego. Fakt, iż na jedno miejsce radnego przypada w obecnych wyborach 23. kandydatów świadczy nie o rozumnym i realistycznym angażowaniu się obywateli w życie publiczne, lecz o narcystycznej chęci zaistnienia i o bezwzględnym wykorzystaniu tej słabości przez zawodowych polityków upatrujących w niej dobre narzędzie odebrania głosów liczącej się konkurencji. 
Życie politycznej hordy 
Elity polskiej klasy politycznej ponoszą więc winę za hordyzacją życia publicznego. Definicja hordy – według Emile’a Durkheima – wskazuje jasno, iż jest to najbardziej pierwotny rodzaj więzi społecznej, spajającej jednostki bezpośrednią wspólnotą losu i interesu, wspólnotą, w której główną rolę odgrywają silne zbiorowe emocje. W przeciwieństwie do np. „klanu”, horda jest na ogół nietrwała, bowiem jej członkowie przestają interesować się wspólnym losem z chwilą osiągnięcia upragnionego celu, tworząc kolejne hordy, o innym już składzie, które mają zapewnić im powodzenie w dążeniu do następnego celu. Gwałtowne przeszeregowania składów partyjnych przed wyborami, „przeskakiwanie” z jednej grupy do innej, obsadzanie „swoimi ludźmi” wszystkich możliwych stanowisk kierowniczych, nominacje nie pozostające w żadnej relacji do kompetencji, a związane wyłącznie z przynależnością do określonej partii, oto wydatne i znane z codziennej prasy przykłady działania hordy jako sposobu funkcjonowania w życiu publicznym. Tendencje te niepokoiły już w pracach poprzedniego rządu, dla obecnej ekipy stały się wszakże normą. Nikogo nie dziwi już, że Sławomir Wiatr, mimo pełnionych w przeszłości obowiązków mało sprzyjających jego obecnej funkcji, nie tylko pozostał na stanowisku ministra odpowiedzialnego za kampanię upowszechniającą idee Unii Europejskiej w Polsce, ale także zauważył, że – jak zapamiętałem z relacji radiowej – pozostanie przy obecnych zadaniach, bowiem odwołując go premier podważyłby wiarygodność formacji, z której się obaj wywodzą, a która aktualnie sprawuje władzę. Tak oto dobro „formacji” wzięło górę nad wiarygodnością sprawy o wielkiej wadze dla całego społeczeństwa i państwa. Nikogo zaś to szczególnie nie kłopocze, bowiem życie publiczne upadło już tak nisko, że nawet zwykła przyzwoitość ustąpiła przed bezlitosnym prawem hordy. 
Można zrozumieć, iż nie ma ściśle prawnych powodów bezwzględnie zobowiązujących nas do takiego czy innego postępowania, że regulacje prawne nie zabraniają powzięcia pewnych decyzji; trudniej natomiast przyjąć, że w tak delikatnej materii jak polityka elity władzy odrzuciły problem wartości podejmowanych postanowień. 
Idąc tropem Comte-Sponville’a można spostrzec, że dobra polityka to ta, która potrafi wyważyć racje między normą prawną a wartością, między tym, czego prawo nie zabrania, a tym, czego wymaga zwykła przyzwoitość. Triumf instrumentalnej strony prawa nad wartością jest znamieniem działania politycznego w Polsce. Jeżeli przyjąć, że jest wartością, by obywatel nie czuł się nadmiernie i niepotrzebnie eksploatowany przez administrację państwa, to patrząc na skalę dokuczliwych i groźnych nonsensów zawartych w przyjętych normach deklaracji majątkowych (by wymienić tylko przymus zgłaszania wszelkich przedmiotów wytworzonych przed rokiem 1945, czy pogląd, iż 70. metrowe mieszkanie jest szczególnym luksusem) można jasno zdać sobie sprawę z tego, jak bardzo posunięta nad wszelką miarę i w gruncie rzeczy szkodząca sama sobie (urzędy finansowe zasypane milionami deklaracji nie będą w stanie uporać się nawet z drobną ich cząstką, co skuteczne zamrozi działanie prawa tam, gdzie byłoby ono w istocie pożądane) praworządność przerosła wszelką sferę wartości społecznych. Gdy dawniej polityka „przeoczała” ludzi w imię swoich abstrakcyjnych, często obłąkańczych celów ideologicznych, dzisiaj czyni to samo, bowiem tylko tak może dochodzić do realizacji swoich ekonomicznych i kadrowych planów. 
Sejm niemy
Nic bardziej przygnębiającego, niż ceremoniał uroczystego odsłaniania wyborczych bon-mots, które po wielu zapowiedziach mówiących o nowości i odkrywczości okazują się zużytą sztampą, w której króluje „edukacja” – najbezpieczniejszy i najbardziej chwytliwy element wyborczych obietnic, a jednocześnie ten, który pierwszy wypada z pamięci polityków po objęciu władzy. Słusznie pisze Michel de Certeau, iż polityka przestała mieć na celu dobrostan społeczeństwa, stając się ozdobną fasadą, za którą toczy się brutalna gra technokratów i menedżerów4, pozbawionych społecznej wyobraźni. To wyobraźnia społeczna dyktuje nam działania wolne od partyjnych zobowiązań i wyborczych haseł, bowiem nie dopuszcza, by zdominowały język, którym posługuje się polityka oraz przyjmuje, że zwycięstwo i pozostawanie przy władzy nie zawsze jest najwyższym celem polityki. W wojnie, jaką stała się polityka, wyobraźnia społeczna jest ostoją pokoju. 
Pozbawiona wyobraźni społecznej polityka sprawia, że w społeczeństwie nasila się chłód wzajemnych relacji. Brak prawdziwego kontaktu i komunikacji społecznej (trudno o kogoś bardziej bezbarwnego i niekomunikatywnego niż rzecznik rządu), centralizowanie się państwa, hordyzacja życia publicznego oznaczają także kryzys idei politycznego sąsiedztwa. Ten, kto sprawuje władzę, odgradza się od pozostających poza jej magicznym kręgiem, przy czym odgradzanie to przybiera charakter egzorcyzmowania obcego, innego, drugiego. Polityka wspiera się dzisiaj na zasadzie schorzałego sąsiedztwa, wedle której mieszkający obok jest podejrzanym konspiratorem zmierzającym do przejęcia mojej własności. Jak nigdy przedtem trybuna sejmowa stała się miejscem inwektywy, pomówień, niewybrednego epitetu. Rdzenna przestrzeń prawa została zdeprawowana, a dyskusja w znacznej mierze przerodziła się w monolog lub agresywne, pozaprawne, lecz bezkarne działanie (leperyzacja życia publicznego była widoczna rażąco w niedawnym dramatycznym wydarzeniu w szczecińskiej stoczni, na które minister spraw wewnętrznych w osławionym wystąpieniu nakazuje patrzyć przez palce).
Zamiast wysiłku języka, żmudnej pracy formułowania myśli, zamiast przywoływania słowami tego, co trudne, pokazujemy palcem, zwalniając się z obowiązku objaśniania, interpretowania, rozumienia. Widać to w jałowych hasłach wyborczych rozmaitych ugrupowań, widać w dyskursie ministra finansów, który jakby niedowierzając inteligencji i wyobraźni słuchaczy, gdy mówi o nożycach, pokazuje je do kamery, gdy przywołuje metaforę chleba jako budżetu państwa, dźwiga ze sobą ogromny bochen. W rzeczywistości, w której rzecz, jako przedmiot własności, odgrywa istotną rolę, w której władza stała się rzeczą zazdrośnie strzeżoną przed innymi, język polityki sam staje się przedmiotem, rzecz zaczyna powoli zastępować słowo. Przewidział taką sytuację mądry i zgryźliwy dziekan Swift, gdy opisywał wizytę Gulliwera wśród uczonych miasta Lagado: „...wiele wyższych w tej Akademii dowcipów nie zaniedbało stosować się do nowego sposobu wyrażania rzeczy przez rzeczy same, w czym natrafiali na trudność tylko wtenczas, kiedy im trzeba było mówić o różnych materiałach. W takim przypadku musieli dźwigać niezmierne ciężary, osobliwie jeżeli nie mieli jednego lub dwóch sług silnych dla ulżenia sobie w pracy. Nieraz widziałem takich mędrców, uginających się jak nasi kramarze pod ciężarem rzeczy, które dźwigać im przyszło”5

Jurysdykcja pytań
Czy edukacja może zmienić ten stan rzeczy? Uniwersytety i inne instytucje wyższego szkolnictwa znalazły się w sytuacji niełatwej. Dyplom przestał być magicznym cyrografem, na którym widniało zapewnienie wszelkiego powodzenia. Bezrobocie młodych rani samo serce uniwersytetu. Lecz chodzi nie tylko o ścisłe dopasowanie programów uniwersyteckich do aktualnego kształtu rynku pracy. Moralny kryzys elit politycznych, ich ucieczka od zobowiązań wobec społeczeństwa i katastrofalna jakość życia publicznego, oznaczają również porażki uniwersytetu. Rażąca doraźność krótkowzrocznej polityki reguluje bezlitośnie sprawy nauki, sztuki i kształcenia, których żywiołem jest daleka perspektywa długiego trwania.
Gdy widnokrąg polityki jest ograniczony i z konieczności zawężony, horyzont Uniwersytetu nie jest nigdy zamknięty. Jego żywiołem jest prawda, a ta ma wiele oblicz i dróg; tak samo wiele twarzy ma uniwersytet jako instytucja kształtująca postawę dociekliwości wobec złożonych dróg człowieka w świecie. Na uniwersytecie nic nie może być wyjęte spod jurysdykcji pytania. Można powiedzieć, iż (zgoła inaczej niż w świecie polityki, która – wedle aforyzmu Nietzschego – nie uczy się, ale po prostu wie) rządzi nim pytanie, a odpowiedzi są jedynie postaciami kolejnych pytań. Według Jacquesa Derridy uniwersytet pozostaje ostatnim szańcem krytycznego oporu przeciwko wszystkiemu, co demagogiczne, populistyczne, niesprawiedliwe, ideologicznie zacietrzewione. Uniwersytet to permanentny „kryzys” odpowiedzi. W kategoriach politycznych można go więc pojmować jako miejsce kształcenia do nieposłuszeństwa obywatelskiego, czyli działania rodzącego się ze świadomości problematycznych relacji między wartością dobra a instrumentalną literą prawa.
Zacznijmy od marności
Szerzy się dziś pogląd, iż wiedza jest li tylko towarem. Płynie z niego przeświadczenie, że w edukacji nie chodzi o wykształcenie, czy o uczenie się, lecz wyłącznie o zapewnienie dobrego startu na rynku pracy. Zaczęliśmy wierzyć, że stawką edukacji jest awans i sukces. Ucząc się dbamy wyłącznie o siebie, zabiegamy o to, co mi się „należy”, zostawiając na boku kwestię tego, do czego jesteśmy zobowiązani wobec społeczności. 
Czas zatem przypomnieć, że – oddając należytą sprawiedliwość wadze profesjonalnej doskonałości – kształcenie polega nie tylko na nabywaniu zawodowych umiejętności, lecz także na przechowywaniu i rozwijaniu w sobie dyspozycji do przedkładania dobra nad powodzenie. Jest to zadanie szczególnie ważne i trudne; ważne, ponieważ to ono reguluje poziom wzajemnych relacji w społecznościach; trudne, gdyż niewątpliwie temperuje ambicje ludzkiego „ja”. Owa dyspozycja zaczyna od uznania mojej marności i – co gorsza – mierności, a czyni tak po to, aby moderująco oddziałać na przekonanie o moich zasługach. Ludwig Wittgenstein pisze o tym następująco: „Jestem człowiekiem miernego talentu; obym jednak dokonał czegoś dobrego. Jest to bowiem możliwe!”6. Kształcenie troszczy się więc o to, by początkiem działania zarówno w życiu prywatnym, polityce, jak i w nauce, było poczucie własnej mierności, a nie – jak to utrwaliło się w przyjętych społecznie wzorach zachowań praktykowanych przez polityków sfer rządowych – przekonanie o własnej doskonałości i bezbłędności. Dobro wypływa z umniejszania siebie, to dictum musi skupić naszą uwagę, chociaż jak dowodnie wykazuje myśl Wittgensteina nie jest to rzecz łatwa: wymaga najpierw przekonania samego siebie, że czynienie czegoś dobrego „jest możliwe!”. Wykrzyknik umieszczony przy tej wypowiedzi przekonuje jak dalece „ja” nowoczesnego człowieka straciło ze swego horyzontu widok dobra zastępując je korzyścią. Przypomnieć o zapomnianym przez świat polityki obowiązku czynienia dobra (nie przez nachalny dydaktyzm, lecz w codziennej pracy nauczyciela i uczonego) jest jednym z zadań uniwersytetu.

Szkoła smaku
Erozja zaangażowania, postawa typu „to mnie nie dotyczy”, „pozostawia mnie obojętnym” jest największym zagrożeniem dla społeczeństwa, a więc i dla uniwersytetu i edukacji. Dominującej dzisiaj kulturze nudy, uniwersytet przeciwstawia kulturę interesowania się, głośnego, spokojnego i rozważnego mówienia o sprawach publicznie doniosłych. Przypomnijmy, że słowo „profesor” wywodzi się od profiteor, oznaczającego „ogłaszać publicznie, wyznawać”. Profesor zatem to ten, kto angażuje się publicznie, kto przechodzi od właściwego profesji „scjentyzmu” do zaangażowania i odpowiedzialności. „Profesorować” to posługiwać się słowem, nadawać mu moc sprawczą w kształtowaniu postaw i czynieniu dobra. Kto uprawia „profesję” nauczyciela akademickiego, musi być bez wątpienia kompetentny w swej dziedzinie wiedzy, ale także musi przed uniwersytetem zdać sprawę ze swojego zaangażowania i odpowiedzialności.
Gdy rzeczywistość rysuje się jako dyktat niespokojnej i niepewnej przyszłości, starajmy się odzyskać sens przyszłości powstającej z godnie i należycie przeżytego „dzisiaj”. Odwołajmy się znów do Brillat-Savarina i powiedzmy, że uniwersytet winien działać tak, aby kształcenie sprzyjało smakowaniu mojego „dziś” i tego, co je wypełnia. Jak pisze filozof stołu: „W zwyczaj weszły bankiety polityczne; urządza się je od trzydziestu lat za każdym razem, kiedy trzeba wywrzeć wpływ na znaczną liczbę osób; na takich bankietach jedzenie jest znakomite, ale nikt nie zwraca na nie uwagi, o przyjemności zaś wspomina się tylko w sprawozdaniach”7. Gdy świat polityki charakteryzuje się „słabą pamięcią kulturową”, kultywuje jedynie chwilowe porozumienia, zawieszenia broni i sojusze, które zapewne zostaną zapomniane, wypowiedziane lub złamane już za kilka dni, człowiek uniwersytetu (a tyczy się to w takim samym stopniu profesora i studenta) winien zapamiętywać „smak” tekstów, myśli, prac, z którymi styka się na co dzień. Uniwersytet jest zatem szkołą będącego źródłem satysfakcji smakowania pracy i wysiłku. Gdy w polityce chodzi o „wywieranie wpływu”, uniwersytet „zaznacza swoją obecność”; pierwsze jest efektem nerwowych i zmiennych układów, drugie jest niemożliwe bez długotrwałej pracy, w której jesteśmy „rozsmakowani”.

Uniwersytet musi bronić swojej niezawisłości w sytuacji, w której suwerenność wielu podmiotów słabnie pod naporem presji politycznej, nacisku ekonomicznego, wpływów ideologicznych, globalizacji, czy konsumerystycznych tęsknot. Praktykowanie i obrona niezawisłości i autonomii jest ściśle związana z formami edukacji obywatelskiej, której zadaniem jest krytyczna analiza rzeczywistości, ukazująca działania jawnych i ukrytych sił rozszerzających lub zawężających przestrzeń społeczną. Autonomia jest sercem uniwersytetu jako miejsca, z którego płyną głosy krytyczne wobec hegemonistycznych tendencji. Jest zatem obowiązkiem intelektualistów, aby ich głos rozbrzmiewał głośno we wszystkich sferach życia publicznego, w których czują się kompetentni. Pojawiające się wypowiedzi mówiące o tym, iż należy „sprofesjonalizować” zarząd uczelni, czyli pozbawić uniwersytet samorządu uczonych, są groźnym zamachem na mechanizmy społeczeństwa demokratycznego.

Autor zajmuje się historią i teorią literatury oraz filozofią i historią sztuki. Ostatnio wydał „Antygonę w świecie korporacji” i „U-bywać. Człowiek, świat, przyjaźń w twórczości Williama Blake’a”. W latach 1996-2002 był rektorem Uniwersytetu Śląskiego.

1 Z. Bauman, „In Search of Politics”. Stanford University Press: Stanford 1999, s. 40.
2 A. Brillat-Savarin, „Fizjologia smaku”, przeł. J. Guze. PIW: Warszawa 1973, s. 175.
3 R. M. Rilke, „Tryptyk hiszpański”, w: „Sonety do Orfeursza i inne wiersze”, przeł. A. Pomorski. Oficyna Literacka: Kraków 2001, s. 478.
4 M. de Certeau, „Culture in the Plural”, przekł. ang. T. Conley. Minnesota University Press: Minneapolis, London 1997, s. 134.
5 J. Swift, „Podróże Gulliwera”, przekł. anonimowy. PIW: Warszawa 1956, s. 245.
6 L. Wittgenstein, „Ruch myśli. Dzienniki 1930–1932, 1936–1937”, przeł. R. Reszke. Wydawnictwo Spacja: Warszawa 2002, s. 106.
7 A. Brillat-Savarin, „Fizjologia smaku”, s. 191.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl