O Śmierci – bez lęku

Agnieszka Sabor


Przełom tysiącleci uhonorowano w krakowskim Muzeum Narodowym wielką wystawą „Obrazy Śmierci w sztuce polskiej XIX i XX wieku”; w Warszawie pokazano wtedy przedstawienia Śmierci w sztuce staropolskiej. Teraz w Krakowie trwa trzecia ekspozycja, dopełniająca ten milenijny tryptyk: pokaz funeralnej grafiki ze zbiorów Uniwersytetu w Düsseldorfie.
„Taniec Śmierci” w Muzeum Narodowym zdaje się przełamywać poważny ton poprzednich wystaw; jest bowiem przede wszystkim ruchliwą, oswajającą temat, czasem złośliwą, a czasem dobroduszną zabawą. Na twarzach zwiedzających częściej widać rozbawienie niż strach. Śmiechem oswajano największą tajemnicę ludzkiego życia od zawsze: najstarsze prezentowane na wystawie prace pochodzą z późnego średniowiecza i wbrew stereotypowemu wizerunkowi tamtej epoki, wcale nie zieją grozą. 
Podobne myślenie znaleźć można w sztuce nawet po hekatombie II wojny światowej. I nie zależy to wcale od nazwiska autora: na wystawie są zarówno prace artystów nieznanych, jak i takich mistrzów jak Dürer, Holbein, Rembrandt, Nolde, Kubin czy Kokoschka. Śmiech jest najwyraźniej wszystkim potrzebny, by sobie poradzić ze śmiercią.
Tańczące szkielety z drzeworytu Norymberczyka Michaela Volgemuta (1493) są tak beztroskie i zajęte sobą, że wcale nie potrzebują towarzystwa Biskupów, Królów, Dziewic czy Lichwiarzy, tak charakterystycznych dla złowrogich korowodów ze ścian dawnych kościołów. Jeden z kościotrupów, przykryty jeszcze całunem, za chwilę dołączy do zabawy. Inny gra na flecie. Najsympatyczniejszy jest ten najbardziej zdyszany, z czerwonym językiem przynależącym uśmiechniętej czaszce. 
Zresztą „żywot” Śmierci nie zawsze jest radosny: stara baletnica Féliciena Ropsa w zeschniętym wianku i stęchłej spódnicy, z kokieteryjnym uśmiechem zębów pozbawionych warg wywołuje współczucie wobec kogoś, kto przegrał swoją szansę, a jednocześnie jakąś Schadenfreude, że nawet Ona podlega prawom starzenia się i przemijania. Więcej współczucia niż grozy budzi też „Wędrująca Śmierć” Ernsta Barlacha (litografia, 1922). Otulona płaszczem, w znoszonych chodakach i z fajką w zębach, wspierająca się na kosturze, ma najwyraźniej dosyć swojej ciężkiej, niewdzięcznej pracy. Może dlatego w litografii Alfreda Kubina (1922) przypomina opuszczonego, smutnego pierrota?
Satyra albo uśmiech nie są jednak ucieczką w zapomnienie o tym, co nieuniknione i straszne. Gdy poprzez zabawę oswoimy śmierć, odbierając jej piętno bezrefleksyjnej grozy, łatwiej przyswoić sobie treści poważne – co wcale nie musi oznaczać rezygnacji, podporządkowania się nieuchronności losu czy braku nadziei. A wtedy mówi się o śmierci często bez jej bezpośredniej obecności. 
Na akwatintach Maxa Klingera (1889 r.) widać wzburzone „Morze”, na którym tonie właśnie okręt, wietrzną „Noc”, „Heroda” leżącego u stóp swego tronu. Śmierć pojawia się dopiero w ostatniej pracy cyklu jako Chrystus-Zbawiciel – odziana w królewski płaszcz z palmą zwycięstwa w kościstej ręce. Większość ludzi ucieka, ale jeden odkrył już jej tajemnicę: „Śmierć jest w gruncie rzeczy życiem”. Paradoksalnie „Taniec Śmierci” w krakowskim Muzeum Narodowym zapowiada już radość, nadzieję i witalizm nowego wieku.

„TANIEC ŚMIERCI” od późnego średniowiecza do końca XX wieku. Grafika ze zbiorów Uniwersytetu im. Heinricha Heinego w Düsseldorfie, MN w Krakowie, wrzesień – październik 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl