Pytania Mistrza Kracika

Ks. Grzegorz Ryś



Warto pamiętać – mówi ks. prof. Jan Kracik – że „prawda Boga domaga się prawdy historii”, i że „nie każdy spokój jest święty”.


Autor tych słów obchodzi właśnie 30. rocznicę swej pracy naukowej (tzn. uzyskania doktoratu), o czym przypomniano 17 października na promocji jego najnowszej książki pt. „Relikwie”. Właściwie słowo „obchodzi” nie do końca odpowiada rzeczywistości, ponieważ Profesor zrobił wszystko, co mógł, by ta rocznica przeszła bez echa. Po pierwsze dlatego, że nie cierpi „rocznicowego” uprawiania historii; po drugie, iż jeszcze bardziej nie cierpi celebrowania własnej osoby. No cóż, jemu wolno, a nawet wypada. Nam w równym stopniu – nie! Mówiąc „nam”, mam na myśli nie tylko jego środowisko, grono przyjaciół, kolegów i uczniów, ale także (jakkolwiek patetycznie by to zabrzmiało) Kościół krakowski, zważywszy choćby na fakt, iż od z górą ćwierć wieku ks. Kracik przez 4 semestry wykłada historię Kościoła kolejnym rocznikom alumnów – przyszłych księży.
Doktorat napisał na KUL-u, pod kierunkiem ks. prof. Mieczysława Żywczyńskiego (2 lata wcześniej, w 1970, obronił tam swoje drugie magisterium – z historii Kościoła). Od Żywczyńskiego przejął z całą pewnością przynajmniej dwie cechy: niezwykłą odwagę myślenia (ks. Żywczyński był autorem książek w swoim czasie napiętnowanych – np. pracy: „Kościół i rewolucja francuska”) oraz wielki szacunek dla odrębności i samodzielności uczniów (co przekłada się z kolei na ich różnorodność – tak w doborze tematów, jak w metodzie pracy i w interpretacji przeszłych wydarzeń).
Za drugiego swego mistrza uważa do dziś Tadeusza Żychiewicza. Ile razy znajdzie czas, by wybrać się do Tyńca (najczęściej na rowerze), wędruje do jego grobu na parafialnym cmentarzu... Prowadzi tam też swoich uczniów, opowiada o swym pierwszym spotkaniu z panem Tadeuszem, które miało miejsce jeszcze w czasie studiów na KUL-u. Od Żychiewicza – jak mówi – bardziej niż z akademickich wykładów uczył się rozumienia Kościoła w duchu Vaticanum II; w jakiejś mierze chyba przejął także jego styl pisarstwa – zamiłowanie do eseju, umiejętność wykładania najtrudniejszych nawet kwestii w sposób przystępny i atrakcyjny.
Po doktoracie było jeszcze roczne stypendium w Louvain u prof. Rogera Auberta, a w następnym roku (1973) ks. Kracik podjął już wykłady z historii Kościoła na Papieskim Wydziale Teologicznym; od 1981 – także na Wydziale Historii Kościoła Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie. Habilitacja w roku 1979; profesura – w 1990. Jest autorem 13 książek; setek artykułów naukowych i popularno-naukowych.
W gronie uczniów bez wahania nazywamy go „Mistrzem”. Dlaczego?
Dla wielu powodów. Na płaszczyźnie naukowej fascynuje nas niezwykłą umiejętnością zadawania pytań. Nierzadko są one chyba nawet ważniejsze od odpowiedzi. Tych zresztą on sam nigdy nie jest tak do końca pewien: każdą traktuje jedynie jako etap na długiej drodze dochodzenia do prawdy. To bywa nawet męczące: uczeń ks. Kracika musi być przygotowany na to, że z tygodnia na tydzień straci pewność nie tylko co do wyników swojej pracy, ale nawet co do samej jej konstrukcji – wymyślonej przecież wspólnie z Profesorem tydzień wcześniej, na poprzednim seminarium.
Ale wróćmy do pytań. Idą one zawsze w głąb: nie wystarcza im opis instytucji Kościoła, analiza struktur, podejmowanych urzędowo decyzji, stan prawa czy refleksji teologicznej. Trzeba zapytać, ile z tego realizowano w parafiach, a następnie ile zostawało w religijnej świadomości przeciętnego chrześcijanina. Czy znajomość społecznych i kościelnych elit wystarczy, by opisać przeszłą rzeczywistość? Czy nie trzeba też poznać ludzi marginesu? Ale po jakie źródła wówczas sięgnąć? A jak wtedy uchronić się od jednostronności (wszak akta sądowe nie opisują całej rzeczywistości, ale jej patologie). Obraz przestaje być jednowymiarowy; zacierają się uproszczone oceny: czy św. Augustyn zawsze miał rację? Czy Luter zawsze się mylił? Czy wiara w święty Kościół musi w historyku owocować postawą ultra-apologetyczną? Albo: wszyscy wiedzą, jak ważną rolę odegrał Raków w rozwoju reformacji w Polsce, ale może warto opisać także dzieje istniejącej tam katolickiej parafii? Niektóre pytania są niewygodne: czy rzeczywista pobożność ludzi w prosty sposób stosowała się do zalecanych jej „odgórnie” kanonów? Jak mierzyć proporcje między właściwą religijnością a zabobonem czy wręcz bałwochwalstwem w takich obszarach, jak kult obrazów czy relikwii, lub np. praktyki pokutne (post)? Jeśli trzymać się źródeł, może się okazać, że nie tylko pytania, ale także i niektóre odpowiedzi są niewygodne. Wtedy – mówi Profesor – warto pamiętać, że „prawda Boga domaga się prawdy historii”, i że „nie każdy spokój jest święty”.
Poza płaszczyzną zawodową „Mistrz” imponuje chyba przede wszystkim wrażliwością na dobro (choć nierzadko postrzega je jakby gdzie indziej niż dyktowałaby to „polityczna poprawność”), pokorą i prostotą. Zbiera makulaturę, pisze swoje teksty nawet na porozcinanych wykorzystanych kopertach (oszczędza drzewa); jest z urodzenia (nie z mody) ekologiem. Pije wodę źródlaną; i jedynie z takiej przyrządza herbatę swoim gościom. Równie dobrze jak piórem posługuje się – gdy trzeba – kosą i grabiami. Jest prawdziwy i pełen pasji: tak w swoich radykalnych i krytycznych tekstach o Kościele, jak i w swojej niezwykłej, szczerej pobożności. Jest wielkim szczęściem uczyć się od niego warsztatu historyka; a jeszcze większym – weryfikować przy nim swój świat wartości. Choć zapewne sam Profesor powie, jak zwykle: „ja tylko staram się nie przeszkadzać”...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl