13 lat mija, odkąd pierwsi homoseksualiści stanęli w urzędzie stanu cywilnego


Spór o „małżeństwa homoseksualne”

Wojciech Pięciak



Mimo że dzień był świąteczny i urzędy nie pracowały, w październikową niedzielę 1989 r. w ratuszu w Kopenhadze dokumenty podpisali Axel i Eigill – dwaj homoseksualiści, żyjący wspólnie od 40 lat. Było to pierwsze „partnerstwo homoseksualne” w świecie zarejestrowane w urzędzie stanu cywilnego. Po Danii „partnerstwa” takie wprowadzały inne kraje. Ich zwolennicy argumentowali, że to krok ku likwidowaniu dyskryminacji gejów i lesbijek, rozwiązujący realne problemy społeczne, i że społeczeństwo winno formalizować miłość także między homoseksualistami. 


Po 13 latach można podsumować doświadczenia z funkcjonowania „małżeństw homoseksualnych” – bo takie pojęcie weszło już do języka, zgodnie z intencją ustawodawcy, którą było stworzenie instytucji równej zwykłemu małżeństwu albo przynajmniej pierwszy krok w tym kierunku. 
Krok finalny uczyniły na razie dwa kraje. W kwietniu 2001, w trzy minuty po wejściu w życie ustawy podnoszącej „zarejestrowane partnerstwo” – istniejące w Holandii od kilku lat – do rangi małżeństwa równego małżeństwu heteroseksualnemu (jedyna różnica to niemożność adopcji dzieci z zagranicy), urzędnik stanu cywilnego udzielił w Amsterdamie ślubu 63-letniemu Louisowi i 72-letniemu Toniemu, dwóm gejom, żyjącym razem od 36 lat. Wkrótce, w sierpniu 2002, Szwecja – gdzie „zarejestrowane partnerstwo” także istniało wcześniej – niemal zrównała „małżeństwa homoseksualne” ze zwykłymi, zezwalając im na adoptowanie dzieci także z zagranicy.
Czy ruch gejów i lesbijek „zmieszczaniał”, walcząc o dostęp do małżeństwa, tej tak „przestarzałej” ich zdaniem instytucji? Okazuje się, że rzeczywistość jest bardziej złożona. Wbrew prognozom, homoseksualiści nie rzucili się do urzędów stanu cywilnego: w krajach, gdzie „małżeństwo homoseksualne” najbardziej przypomina małżeństwo zwykłe, z licznymi obowiązkami wobec partnerki (partnera), są one zjawiskiem marginesowym, i to nawet w skali społeczności homoseksualnych, a argumenty praktyczno-życiowe za „małżeństwami” odnoszą się zaledwie do „mniejszości w mniejszości”. 
Okazuje się też, że spór o „małżeństwa” nie jest sporem „za” czy „przeciw” tolerancji wobec homoseksualistów. Jego istotą jest pytanie o kształt współczesnej kultury. O to, czy miłość dwojga ludzi tej samej płci powinna otrzymać od państwa prawną sankcję – i co z tego wynika dla społeczeństwa?
Pierwszą ustawę dotyczącą par homoseksualnych wprowadziła w 1987 roku Szwecja: dwie osoby „żyjące w związku homoseksualnym” mogły odtąd korzystać z przepisów, które dotyczyły przedtem par heteroseksualnych, żyjących w związkach niemałżeńskich. Ale dopiero Duńczycy stworzyli nową instytucję społeczną: „małżeństwo homoseksualne” wymagające urzędowej rejestracji i w warstwie ceremonialnej nie różniące się specjalnie od tradycyjnych ślubów.

Równość coraz pełniejsza
Dlaczego pierwsza była Skandynawia? Może dlatego, że wysiłki środowisk homoseksualistów trwały tam najdłużej, od lat 70. W każdym razie po Danii inne kraje skandynawskie (poza Finlandią) legalizowały „małżeństwo homoseksualne”, prawie zrównując je z małżeństwem zwykłym: Norwegia (1993), Szwecja (1995) i Islandia (1996). Za nowym prawem głosowały zazwyczaj partie lewicowe i liberalne, przeciw konserwatywne i chadeckie. Protestowały Kościoły: katolicki bardziej zdecydowanie, ewangelickie mniej. Skandynawscy homoseksualiści za dyskryminację uważają, że Kościoły ewangelickie – mające tam takie uprawnienia jak udzielający ślubów konkordatowych Kościół katolicki w Polsce – nie godzą się na „małżeństwa” gejów i lesbijek (choć są pastorzy gotowi to czynić).
Przepisy są wszędzie podobne: „małżeństwo homoseksualne” niemal nie różni się od małżeństwa w sferze praw i obowiązków partnerów, podatków i dziedziczenia. Partner jest traktowany przez urzędy jak najbliższy krewny, ma prawo do odmowy zeznań itd. Początkowo „małżeństwa homoseksualne” nie miały prawa do adopcji. Prawodawcy uważali, że decydujące jest dobro dziecka, które zostaje naruszone, jeśli zmusza się je do posiadania dwóch ojców lub matek. Jednak to się także zmienia: w Danii homoseksualistom wolno adoptować dziecko, jeśli rodzicem jest jeden z partnerów; w Szwecji i Holandii możliwa jest także adopcja dzieci spoza związku.
W Holandii zarejestrowane partnerstwo wprowadzono w 1998 r. (na wzór skandynawski), we Francji zaś w 1999 r. – w obu krajach z myślą nie tylko o homo-, ale i heteroseksualistach. Podobne regulacje, dotyczące homo- i heteroseksualistów, wprowadzono też pod koniec lat 90. w Belgii i dwóch regionach Hiszpanii (Aragonii i Katalonii).
Regulacja francuska (pacte civil de solidarité; pakt solidarności) jest odmienna od skandynawskiej także dlatego, że nie idzie tak daleko w zrównaniu statusu par z małżeństwami: wspólne opodatkowanie umożliwia dopiero po 3 latach, partnerzy nie dziedziczą po sobie, po „rozwodzie” nie mogą zgłaszać roszczeń dotyczących utrzymania przez partnera, a sam „rozwód” jest prosty: wystarczy, że partner przekaże drugiemu pisemną deklarację, że odchodzi i pośle kopię do urzędu. Tymczasem w Skandynawii procedura „rozwodu” jest podobna jak w przypadku małżeństw – trudniejsza i bardziej żmudna.
W Niemczech ustawa o Homo-Ehe (jak je popularnie nazwano od Ehe – małżeństwo) weszła w życie w 2001 r. Przeforsowała ją koalicja SPD–Zieloni i choć chadecja zaskarżyła ją do Trybunału Konstytucyjnego, ten latem 2002 orzekł większością głosów, że Homo-Ehe jest zgodne z konstytucją i nie narusza przepisu o szczególnej ochronie małżeństwa. 

Homoseksualiści protestują
Tak jak regulacje skandynawskie, ustawa o Homo-Ehe daje partnerom nie tylko przywileje, ale nakłada zobowiązania. Dotyczą one np. płacenia na utrzymanie partnera w przypadku „rozwodu” czy odpowiadania za jego (jej) długi. Co ciekawe, forsowany przez rząd SPD–Zieloni projekt wywołał sprzeciw także w organizacjach homoseksualistów. Dlaczego? Wedle jednych był nie dość daleko idący, wedle innych narzucał społeczności homoseksualnej przestarzałą ich zdaniem instytucję małżeństwa. W jednym z protestów czytamy, że nowe prawo przenika „duch dyscypliny” lat 50. i jest to „najgorsza prowokacja rządu” przeciw różnorodności stylów życia od czasów „haniebnego »antypedalskiego paragrafu« z 1871 r.”. 
Krytycy podnosili również, że liczby podawane przez Niemiecki Związek Gejów i Lesbijek (LSVD), który uczestniczył w pracy nad ustawą, są zawyżone. Rzecznik LSVD twierdził, że 80 proc. homoseksualistów chce zawrzeć „małżeństwo”, tymczasem – ripostowali krytyczni wobec ustawy geje i lesbijki – „poważne badania w krajach skandynawskich mówią o 5 proc.” Potem i ten szacunek okazał się zawyżony. 
Rzecznik jednej z protestujących grup twierdził, że ustawa o Homo-Ehe wręcz dyskryminuje pary homoseksualne, gdyż obejmuje tylko pary gotowe na „małżeństwo”. Pozostali, „jakiejkolwiek są orientacji seksualnej, czy we dwoje, czy we troje, czy w większej liczbie, mają być nadal pozbawieni praw. A sytuacja tych, którzy dadzą się zarejestrować, będzie trudniejsza, np. za sprawą utraty uprawnień do pomocy socjalnej czy wprowadzenia dożywotniego zobowiązania do materialnej troski o partnera. Fakt, że takie prawo przyjmuje się pod naciskiem jednej organizacji, która liczy tylko 2 tys. członków – to jest 0,0005 proc. wszystkich homoseksualistów w Niemczech [szacowanych więc na 4 mln], pokazuje, że nie chodzi tu o wolę większości”.
Z prawnym formalizowaniem „innych tożsamości seksualnych” jest więc i tak, że problem zaczyna się w warstwie opisu, a zgody nie ma nawet w środowiskach, których rzecz dotyczy. Wraz z rozpoczęciem dyskusji nad „małżeństwami homoseksualnymi”, w społecznościach tych ujawniły się podziały: co dla jednych – powiedzmy: konserwatywnych gejów i lesbijek – było upragnionym sformalizowaniem ich uczuć, innym kojarzyło się z Bismarckiem i narzucaniem przestarzałych form społecznych. Pewna lesbijka, zwalczająca „małżeństwa”, argumentowała: „Nietolerancji nie da się zwalczyć, próbując żyć grzecznie i z błogosławieństwem państwa jako ci lepsi homoseksualiści”. 
Sądząc po liczbie zawartych potem „małżeństw”, ci pierwsi byli w mniejszości, nawet jeśli to ich głos był dominujący w mediach popierających ideę „małżeństw”.

Mniejszość w mniejszości
Doświadczenie funkcjonowania ustaw o „małżeństwach homoseksualnych” pokazuje, że argument o „palącej sytuacji społecznej” był przedwczesny. Jest on, owszem, zasadny, gdy chodzi o wprowadzenie jakiejś formuły prawnej dla stałych heteroseksualnych par niemałżeńskich, bo ich liczba w Europie rośnie szybko (w Niemczech 2 mln, na 19,5 mln małżeństw) i zostawienie ich w prawnej „szarej strefie” staje się faktycznie problemem społecznym. 
W przypadku homoseksualistów tak jednak nie było – „małżeństwa” pozostały zjawiskiem marginesowym. W latach 1989-97 w Danii zawarto ich 2200, w Norwegii w latach 1993-97 – 520, w Szwecji w latach 1995-2000 – 620 (dane za analizą prof. Heinza Kötza, „Frankfurter Allgemeine Zeitung” z 2 maja 2000 r.; Kötz jest dyrektorem Instytutu Maxa Plancka ds. prawa zagranicznego, przygotowującego ekspertyzy dla rządu RFN). 
Dalej: w Holandii w latach 1998–2001 zawarto ok. 7 tys. „partnerstw”, zaś po wejściu w życie niemieckiego pakietu prawnego o Homo-Ehe (pakietu, bo zmieniano 130 istniejących ustaw) w pierwszym roku zawarto 4,5 tys. takich związków. Dla porównania: w Niemczech zawiera się 420 tys. zwykłych małżeństw rocznie. 4,5 tys. par na kilka milionów homoseksualistów – to niewiele, zwłaszcza że w 80-milionowym społeczeństwie niemieckim żyje wedle oficjalnych statystyk 47 tys. stałych par homoseksualnych (w co ósmej są dzieci, będące owocem wcześniejszych związków jednego z partnerów/-ek). Mitem okazuje się więc teza, eksponowana w nazwie ustawy: „Ustawa o zakończeniu dyskryminacji trwałych wspólnot tej samej płci”. Czyżby pozostali homoseksualiści nie czuli się dyskryminowani?
Być może liczba „małżeństw homoseksualnych” okazała się skromna dlatego, że większość tych, do których były one adresowane, nie zamierza angażować się w tak sformalizowane związki – zwłaszcza że nakładają one na partnerów także zobowiązania. Do takiego wniosku doszedł prof. Kötz, skądinąd zwolennik Homo-Ehe. Ale czy można wtedy mówić, że „małżeństwa” to dostosowywanie prawa do nowych zjawisk społecznych? 
Wyjątkiem pozostaje Francja, gdzie „pakt” podpisało kilkadziesiąt tysięcy par, w tym część homoseksualnych. Mogło to jednak wynikać z mniej zobowiązującego charakteru „paktu”. Ale i tak skromna to liczba, zważywszy że wcześniej organizacje homoseksualistów twierdziły, iż „paktem” zainteresowanych jest do 2,5 mln homo- i heteroseksualistów.

Prawo i normy publiczne
Instytucja „małżeństw homoseksualnych” – która odnosi się nie tylko do prawa, ale też do etyki seksualnej, socjologii, psychologii rozwoju, moralności, teologii – zdaje się służyć przede wszystkim nie rozwiązaniu spraw życiowych, ale sankcjonowaniu jako równoprawnego takiego stylu życia. Jeśli tak, spór o „małżeństwa homoseksualne” jest także częścią sporu o kształt współczesnej kultury. Ich legalizacja – nawet jeśli nie uderza bezpośrednio w rodzinę (większym dla niej zagrożeniem jest np. liczba rozwodów) – to jednak podważa jej pozycję. Rodzina nie jest jednym z wielu stylów życia, lecz instytucją społeczną, od której zależy trwanie społeczeństw.
Jeśli para dorosłych tej samej płci chce dobrowolnie wspólnie żyć, to z prawnego punktu widzenia jest to ich prywatna sprawa. Jeśli chcą podjąć za siebie odpowiedzialność także formalnie, mogą to uczynić również tam, gdzie nie ma „małżeństw homoseksualnych”: mogą zabezpieczyć się na wypadek choroby lub śmierci partnera, spisując u notariusza umowę regulującą istotne kwestie (testament, pełnomocnictwa tak bankowe, jak i uprawniające do bycia traktowanym jako osoba najbliższa np. w szpitalu itd.). 
Jest to jednak kłopotliwe. Być może dlatego, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom tej „mniejszości w mniejszości”, która – żyjąc w stałych związkach – chciałaby uregulować kwestie praktyczno-życiowe, nawet przedstawiciele Kościoła katolickiego (wszędzie najmocniej protestującego przeciw „małżeństwom homoseksualnym”) sygnalizowali pewną gotowość do zaakceptowania rozwiązań cywilno-prawnych na niższym szczeblu, regulujących kwestie finansowe, spadkowe czy mieszkaniowe. Zresztą takie rozwiązania istnieją w niektórych regionach USA i Kanady: tzw. domestic partnership daje tam parom (homo- i heteroseksualnym) pewne możliwości uregulowania wspólnego życia w sferze majątkowej, spadkowej, uznania za osobę najbliższą itp. 
Skoro o stanowisku Kościoła mowa, warto zacytować dwóch kardynałów: Joachima Meisnera (uważanego za przedstawiciela „tradycjonalnego skrzydła”w Episkopacie) i Karla Lehmanna, przewodniczącego Episkopatu i postaci integrującej różne poglądy wśród biskupów. W tekście poświęconym stanowisku Kościoła wobec Homo-Ehe Meisner pisał: „Można się zastanowić, czy prawna sytuacja ludzi żyjących poza związkami małżeńskimi, którzy przez całe życie troszczą się o siebie nawzajem, nie mogłaby być jakoś polepszona. Nie może to jednak w żadnym wypadku oznaczać zrównania tych wspólnot z małżeństwem i rodziną” („Frankfurter Allgemeine” z 19 stycznia 2000). 
Z kolei Lehmann mówił: „Bez wątpienia, pary osób tej samej płci potrzebują pewnych ustaleń prawnych, jeśli tego pragną”, np. „ustawowych uregulowań w sferze wzajemnego zabezpieczenia materialnego, dziedziczenia czy kwestii mieszkaniowych itd. Zdecydowanie sprzeciwiam się jednak, by dokonywało się to w kontekście [formalizowania] nowej formy wspólnego życia, na podobnej płaszczyźnie co małżeństwo” (wywiad z 5 listopada 1998).
Łatwo burzyć granice, gorzej potem z wyznaczaniem kolejnych. Gdy ich upadek wynosi się do rangi zdobyczy prawnie usankcjonowanej, trudno potem znaleźć inną linię już nieprzekraczalną. Po realizacji jednych postulatów pojawiają się następne. Tymczasem w społeczeństwie istotne jest nie tylko prawo, ale i system norm publicznego postępowania. Nie dla satysfakcji moralistów, ale równowagi między wyznaczającym granice prawem a wolnością. 
Prof. Ernst-Wolfgang Böckenförde, były sędzia Trybunału Konstytucyjnego RFN mówił, że porządek prawny to ramy, organizujące relacje w społeczeństwie: prawo reguluje to, co konieczne, by we współżyciu między ludźmi nie zapanował chaos, co prowadziłoby do rozpadu instytucji społecznych. Wewnątrz tych ram istnieją przestrzenie wolności i to, w jaki sposób zostaną one wykorzystane przez obywateli, jest kwestią moralności – a prawo reaguje dopiero, gdy przekraczane są granice, które wyznacza.
Spór o „małżeństwa homoseksualne” jest zatem także sporem o kulturę, którą takie normy współtworzą. „Małżeństwa homoseksualne” zmieniają punkty odniesienia dla norm: ich prawna formalizacja narzuca części społeczeństwa (która nie uważa, by formalizowanie takiego stylu życia w sferze publicznej było obojętne) pogląd, iż jest inaczej.

Polityka pro(?)rodzinna
Wprowadzenie „małżeństw homoseksualnych” odnosi się też do polityki państwa wobec rodziny. Do przeszłości odeszły na szczęście czasy, gdy (jak w pierwszej połowie XX w.) propaganda państw totalitarnych nawoływała do posiadania dużej liczby dzieci. Dziś nie chodzi już o ideologie bądź prestiż państw, którego kryterium były kiedyś liczne armie i zaludnione terytoria. 
Brak dzieci staje się problemem, gdyż odwróceniu ulega „drabina” demograficzna: na coraz większą liczbę ludzi starszych, oczekujących na wypracowane emerytury bądź inne świadczenia od państwa, przypada coraz mniej młodych, wypracowujących dochód kraju i mogących zajmować się tymi, którzy wymagają opieki. Grozi to załamaniem systemów społecznych (jakkolwiek by je reformowano) i paraliżem gospodarki. 
W Niemczech, wedle analizy Statistisches Bundesamt, do 2050 r. liczba mieszkańców spadnie z 82 mln dziś do 59 mln, przy czym odsetek obywateli w tzw. wieku aktywnym (między 20. a 60. rokiem życia) spadnie do 40 proc. populacji. Ponieważ spadnie też liczba dzieci, ponad 50 proc. społeczeństwa tworzyć będą ludzie powyżej 60. roku życia; wśród nich liczba wymagających stałej opieki zwiększy się do 3,6 mln. Wniosek: systemy socjalne będą mogły funkcjonować, jeśli składki osób pracujących (na ubezpieczenie rentowe, chorobowe, opiekuńcze itd.) zostaną drastycznie podniesione, podnosząc też koszty pracy i pogarszając warunki rozwoju gospodarczego (za: miesięcznik „Die politische Meinung”, 9/2002). 
Wychowanie i wykształcenie dzieci staje się zatem wkładem rodziny w funkcjonowanie społeczności – obojętne, czy pod pojęciem rodziny rozumie się małżeństwo, związek niemałżeński z dziećmi, czy samotną matkę (ojca). Celem polityki rodzinnej powinno być więc tworzenie rodzinie warunków do nie tylko posiadania, ale też wychowania przyszłych obywateli, przy uwzględnieniu możliwości państwa i założeniu, że faktycznie chce ono chronić rodzinę, a nie przedkłada nad jej interes interesu innych grup, mających większą siłę przebicia. 
Intencja ochrony małżeństwa i rodziny, zapisana w konstytucji wielu krajów, wynika dziś nie z ideologii, ale z interesu społeczeństwa i wyjątkowości tej instytucji. A jeśli już państwo rezygnuje ze wspierania rodziny, nie powinno przynajmniej jej karać. Tymczasem równouprawnienie związków homoseksualnych prowadzi do braku równouprawnienia: dyskryminowana jest teraz rodzina. Nie kto inny, ale obecne dzieci, wychowywane przez rodziców w nie inwestujących, będą kiedyś gwarantować, by także geje i lesbijki mogli cieszyć się wiekiem emerytalnym (nawet jeśli ci zamożniejsi zadbają sami o siebie) i np. oczekiwać, że ktoś się nimi zaopiekuje, gdy sami nie będą w stanie tego uczynić.

Korzystaj, a inni niech płacą 
Bo gdy o „małżeństwach homoseksualnych” mowa, chodzi nie tylko o idee, ale i o pieniądze, a ściślej: ich redystrybucję przez państwo. Także dlatego w instytucji „małżeństw” niektórzy ich krytycy widzą kolejny przejaw rozpadu społeczeństw na dwie grupy: tych, którzy „inwestują w rodzinę, wnosząc poważny wkład gospodarczy, i tych, którzy z tego rezygnują, także z powodów ekonomicznych” (socjolog Franz-Xaver Kaufmann). Rzecz w tym, że tylko druga grupa otrzymuje przywileje od państwa.
W nowoczesnym społeczeństwie widać coraz większe różnicowanie się stylów życia. Oczywiście kwestia, jak żyć, jest prywatną sprawą obywateli. Przestaje nią być, gdy zaczynają oni domagać się od państwa, by nie tylko sankcjonowało ich wybór, ale obdarzało go przywilejami. 
Niemiecki publicysta Konrad Adam pisał: „Cóż jest warta szczególna ponoć ochrona, jaką konstytucja obiecuje małżeństwu jako formie poprzedzającej rodzinę, skoro rozszerza się ją na połowę kraju? Fakt, że rodzina daje coś, na co – dosłownie – nie ma ceny, na promujących takie równouprawnienie polityków działa niemal jak wezwanie, by nawet nie próbowali wynagrodzić rodzinie jej wysiłku, a przywileje stworzone z myślą o niej rozdzielali między wszystkich” („Die Welt” z 26 sierpnia 2001). Także między tych, którzy w „małżeństwie homoseksualnym” otrzymują status prawie równy małżeństwu.
Skutek jest taki, że rodzina – jako wspólnota dzieci i rodziców, którzy inwestują w ich rozwój – ląduje może nie na obrzeżach społeczeństwa, ale na pewno nie zajmuje pozycji, na jaką zasługuje. Co dotyczy i Polski, bo nasz system karze podatników mających dzieci: można odliczyć inwestycję w nowe okna, ale wysokość podatku jest niezależna od liczby dzieci i inwestowania w nie. 
Skoro o Polsce mowa: szacunek wobec gejów i lesbijek – bywa, że naszych krewnych, sąsiadów i przyjaciół – często jest u nas towarem deficytowym. Nigdy dość przypominania, że trzeba go budować, przez kształtowanie norm zachowania czy języka. Wątpliwe jednak, czy drogą ku temu jest instytucja „małżeństwa homoseksualnego”, która w praktyce odpowiada na potrzeby niewielkiego odsetka gejów i lesbijek, może mieć natomiast skutki dotyczące całego społeczeństwa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl