Kultura w szponach polityki


Przestrzeń dla słowa

Anna Nasiłowska



Chętnie się zgodzę z opinią, że polityka ma „szpony”. Doświadczenie
ostatniego dziesięciolecia nie świadczy jednak o tym, by wysuwały się one w stronę kultury. Gdyby tak było, może zamiast szponów (które oczywiście osadzone muszą być na czymś odpowiednim, czyli łapskach) częściej oglądalibyśmy czystą dłoń z przyzwoicie obciętymi paznokciami. Tymczasem w Polsce po 1989 roku kultura jest najczęściej sferze polityki kompletnie i arogancko obojętna. Toteż tytuł „Tygodnikowej” dyskusji wywołanej artykułem Andrzeja Wernera wydaje mi się mało trafny i nic dziwnego, że sam przedmiot rysuje się mgliście.
Jeśli jednak spojrzymy na to od strony środowiska artystycznego, to owe „szpony” okażą się wyrazem głębokiej niechęci i zawodu. Każdy zawód (także miłosny) da się jakoś przemyśleć, opisać, przeanalizować. Czasami jednak się tego nie robi, panicznie uciekając od tematu. Psychiczna strategia wyparcia bywa skuteczna w pozbywaniu się ciężaru toksycznych związków. Ale literatura nie może wyrzec się mówienia o polityce, ukazywania politycznego wymiaru wyborów życiowych i analizowania moralnych skutków związanych z różnymi postawami wobec polityki. A jeśli się tego wyrzeka, to zarazem wyraża zgodę na zamknięcie się w sferze pięknoduchostwa. Każda estetyka po jakimś czasie staje się mdła.
Literatura PRL nieustannie oscylowała wokół polityki, nie tylko dlatego, że była na to skazana tocząc nieustanne wojny podjazdowe z cenzurą instytucjonalną i z – jeszcze dotkliwszymi – próbami ideologizacji. Po 1956 roku całkiem nieźle poradziła sobie z sytuacją, wywalczyła własne miejsce. Najbardziej ogólnym modelem relacji wobec polityki okazała się opozycyjność – co rozumieć można bardzo szeroko, nie tylko jako zaangażowanie w „drugi obieg” i ruch polityczny, ale jako wszelkie formy niepodporządkowania i mozolne próby powiększania obszaru wolności, choćby o aluzję czy celny żart. To sprawiało, że literatura, ale również film czy plastyka, mówiły rzeczy intrygujące i ważne.
 
Bez nowej formuły
Z oczywistych względów formuła opozycyjności wyczerpała się w 1989 roku. Uhonorowano tego czy owego spośród działaczy dawnej opozycji (bynajmniej nie wszystkich i nie tak, jak na to zasługiwali). Na początku lat 90. niektórzy ludzie kultury ozdobili swoimi nazwiskami listy wyborcze partii politycznych (nie wszystkich, niektóre nie były tym zainteresowane). Niektórzy tego żałują. Coraz bardziej widoczne było stopniowe marginalizowanie kultury, niechęć do przeznaczania na nią jakichkolwiek pieniędzy, a przede wszystkim zalew komercji i tandety we wszystkich mediach, począwszy od telewizji, a na rynku kolorowych magazynów skończywszy. 
Mówienie rzeczy ważnych okazało się też trudniejsze niż przedtem, przede wszystkim dlatego, że kultura straciła swoją pozycję arbitra w sporze między władzą a społeczeństwem. Już nie wystarcza „być przeciw”, bo wygłaszając jakikolwiek zdecydowany sąd łatwo być przypisanym do tej lub innej opcji. Między polityką a kulturą brak tej przestrzeni, której całkiem sporo w PRL wygospodarowała formuła opozycyjności. 
Literatura często wycofywała się z dotykania sfery publicznej na własne życzenie. Decydowały urazy i euforia wolności. Wśród młodych pisarzy deklaracja, że „rzeczywistość społeczno-polityczna mnie nie obchodzi”, w latach 90. zaczęła być „na topie”. Nie ma się co dziwić, że spośród różnych wersji postmodernizmu w Polsce przyjęła się przede wszystkim ta najgłupsza: polegająca na zabawie wielopiętrowymi aluzjami i czystym estetyzmie. Tymczasem postmodernizm jest szansą na to, by przełamać bariery między sztuką wysoką a pop-kulturą, by zająć się multimedialnym otoczeniem, które coraz agresywniej narzuca się odbiorcom, czy chcą tego, czy nie.

Mówić inaczej
Odwracanie się od polityki jest głupie. Jak odzyskać przestrzeń dla kultury, jak mówić, by nie znajdować się na tym samym poziomie, na którym toczą się przepychanki i pyskówki? Stopień absurdu, jaki powoli osiąga polska scena polityczna, musi w końcu doprowadzić do powstania zdrowego dystansu. Dystans nie powinien jednak oznaczać braku zainteresowania, ale potrzebę mówienia inaczej, własnym językiem, według własnych reguł. Polityka posługuje się deklaracjami, hasłami i nieustannie grozi jej demagogia. Literatura to język konkretów, potoczności, życia społecznego. Wszystko w prozie, co nie zostanie przełożone na zdarzenia, dialogi, prawdę postaci, będzie tu tylko komentarzem, zawsze problematycznym i do zakwestionowania.
Bez literatury (czy filmu o współczesności) dyskurs publiczny jest chory. Grozi mu jednowymiarowość, spłaszczenie, zanik dyskusji. Niestety, nie są to abstrakcyjne groźby. Ten proces postępuje na naszych oczach.

ANNA NASIŁOWSKA (1958) – badaczka literatury współczesnej, krytyk, pisarka, dr hab. w Instytucie Badań Literackich PAN, współredaktor „Tekstów Drugich”. Ostatnio wydała „Księgę początku” (2002).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl