Europejskie dziwactwa

Marcin Król



Z jednej strony czeka nas jeden z najważniejszych momentów w historii Polski, a z drugiej dowiadujemy się, że nasz los zależy od przypadkowego (być może) głosowania Irlandczyków, od rozpadu i ewentualnie losów nowej koalicji w Holandii, a za moment okaże się, że jeszcze od innych zdarzeń dalece nie związanych z Polską, a nawet z całą Europą Środkową. 
Rozmaici politycy europejscy wypowiadają zależnie od sytuacji, humoru czy też tego, kto ich słucha, zupełnie odmienne poglądy. Raz słyszę, że nawet jeżeli nas przyjmą do Unii Europejskiej, to nasz los będzie na początku ciężki, kiedy indziej, i to od tych samych ludzi, że wszystko będzie po prostu cudownie. Do tego jeszcze wszyscy z upodobaniem podkreślają, że Polska stała się koniem trojańskim Ameryki w Europie, jakby nie pamiętali ani trochę, po co był koń trojański, lub jakby sądzili – czego przecież nie sądzą – że Ameryka chce zająć i podbić Europę, a my mamy jej w tym pomóc. W sumie zdarzenia przed nami niesłychanie poważne, ale nie ma się poczucia, że ktokolwiek traktuje je naprawdę poważnie, poza kilkoma dosłownie europejskimi politykami. 
Z czego to wynika? Obawiam się, że Europa, do której tak bardzo chcemy i do której praktycznie musimy wejść, cała jest w swoistym stanie nieważkości. Na moment niemal przed jedną z najważniejszych decyzji, jakie Europa ma podjąć, bałagan jest nie tylko w krajach kandydackich, ale w całej Europie. Nie potrafi owa zjednoczona Europa odpowiedzieć jednym głosem na pytania dotyczące polityki wewnętrznej, a tym bardziej zagranicznej, co chwila powstają nowe zagrożenia, w katalogu zaniedbań państw kandydackich najczęściej wytykanym brakiem jest niedostateczny rejestr kutrów rybackich, co na pewno jest szalenie ważne, ale chyba nie centralne? Wydawać by się mogło, że w takim bałaganie i stanie nieważkości nic dobrego z tego wszystkiego nie będzie.
Jednak jeżeli przypomnieć sobie, w jakich okolicznościach i w jaki sposób podejmowane były podstawowe decyzje w nowożytynych dziejach Europy, to okaże się szybko, że dobry i jasny plan, skuteczne wykonanie oraz sprawność biurokracji wcale nie gwarantują, że przyjęte rozwiązania będą dobre i trwałe. Przecież Kongres Wiedeński, który może dla Polski nie był zbyt korzystny, ale też i nie był bardzo niekorzystny, tylko potem szanse zostały zmarnowane zarówno przez Polaków, jak i przez Rosjan, odbywał się raczej na salonach i w tańcu (jeszcze nie w rytm walca), a w tym czasie Talleyrand, Metternich i kilku innych (w tym książę Adam Czartoryski) pokątnie podejmowali podstawowe decyzje, które okazały sie trwałe. Natomiast w sto trzy lata później, w Wersalu, czy raczej w Trianon, prezydent Wilson miał jasny plan, debatowano miesiącami i to jak najpoważniej, a nic dobrego z tego wszystkiego nie wyniknęło (dla Polski akurat przypadkiem tak, ale dla Europy – nie). 
Z tego zaś, bo przykłady można mnożyć, wynika, że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi, a już na pewno jest tak w dziedzinie wielkiej polityki międzynarodowej. Nikt nie przewidział największego wydarzenia drugiej połowy XX wieku, czyli rozpadu Związku Radzieckiego i jego bloku, i nikt mi nie powie, jak to będzie, kiedy już wreszcie powstanie naprawdę zjednoczona Europa. A że teraz jest więcej zamieszania niż jasności – nie przejmowałbym się tym zanadto. Zawsze w polityce najważniejsze są fakty dokonane. Jak już raz wejdziemy na przyzwoitych zasadach do zjednoczonej Europy, to potem będą się działy rzeczy niespodziane – ale czy nam to rzeczywiście aż tak bardzo przeszkadza? Dziwny jest ten świat i nic na to nie poradzimy. Kto zaś od świata woli ład, niech posprząta u siebie na biurku, ale niech nie oczekuje globalnego porządku, bo taki porządek mógłby być bardziej groźny niż przydatny. 









 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl