Niesprawiedliwość przejściowo niezbędna

Z Sergiuszem Kowalskim, socjologiem oraz wiceprzewodniczącym Stowarzyszenia „Otwarta Rzeczpospolita” rozmawiają Krzysztof Burnetko i Jarosław Makowski



TYGODNIK POWSZECHNY: – Kiedy komplement wobec koleżanki z pracy możemy uznać za element flirtu czy niewinną towarzyską grę, a kiedy za molestowanie seksualne? Albo: kiedy kawał o Żydach jest antysemickim chamstwem, a kiedy tylko dowcipem? 
SERGIUSZ KOWALSKI: – W przypadku komplementów sprawa wydaje się prosta: decydują sami zainteresowani. 
A dowcipy o Żydach z pewnością nie są antysemickie, jeśli opowiada je Żyd. Wówczas są tylko autoironią. Podobnie jest z góralami, którzy uwielbiają opowiadać kawały na swój temat. Liczy się intencja.
Obowiązująca w wielu środowiskach reguła tzw. politycznej poprawności każe chyba uznawać za niesmaczny i naganny każdy komplement i każdy dowcip o Żydach. 
– Pojęcie political correctness jest próbą nazwania zjawiska, które narodziło się na początku lat 80. w Stanach Zjednoczonych: przede wszystkim na uniwersytetach i w college’ach. Zaczęto tam dostrzegać, że pochodzenie lub kolor skóry mogą być źródłem wielu, powiedzmy, problemów. Tym samym podjęto próbę ustalenia, jak powinno się mówić o innych rasach i wyznaniach. I oczywiście o kobietach... 
Polityczna poprawność jest więc przede wszystkim kodeksem językowym. Kłopot w tym, że nie istnieje żaden sztywny kodeks PP. I że język to podłoże społecznej rzeczywistości.
Chyba nie była to jedynie korekta językowa: PP wpływa na relacje międzyludzkie, ale także na życie społeczne – dowodem choćby akcje afirmatywne w Ameryce, czyli preferencje dla grup społecznych, które uważa się za pokrzywdzone – a to przy przyjmowaniu na studia, a to przy zatrudnianiu.
– Stany Zjednoczone to osobliwy kraj. Ameryka uważa się za wzór demokracji, chętnie poucza innych, czym ten ustrój w istocie jest. Jednocześnie jest to kraj, który jeszcze na przełomie lat 50. i 60. uprawiał segregację rasową. To przecież obraza naszych demokratycznych odczuć. W wielu stanach USA całkiem niedawno były jeszcze osobne klozety dla białych – z tabliczkami „whites only”, jednoznacznie kojarzącymi się Polakom z „nur für Deutsche”. 
Przypomnienie początków PP jest ważne także dlatego, że pokazuje, iż była to społeczna reakcja na określoną rzeczywistość. Jak biały Amerykanin mówił o Murzynie, bez złych intencji? Ano dobrotliwie „niger” – czyli czarnuch. W pewnym momencie uznano to za obraźliwe. Także Murzyni uznali, że są obrażani. Więcej: dostrzeżono, że stosowanie tego pojęcia odzwierciedla stosunki charakterystyczne dla społeczeństwa niewolniczego: niger znaczyło niewolnik, a biały – pan. Stąd też wprowadzony w imię politycznej poprawności „zakaz” używania pewnych określeń, symbolizujący koniec systemu niewolnictwa i segregacji rasowej. Czy wiecie, że w języku amerykańskim nadal funkcjonuje termin „octaroon”, tzn. ktoś, kto wygląda właściwie jak biały, ale ma jedną ósmą czarnej krwi? To tak jak z Eskimosami, którzy mają więcej niż my określeń na śnieg, bo śnieg, i jego subtelne odmiany, jest dla nich istotny w codziennym życiu.
Ale akcja afirmatywna – efekt PP – prowadzi do innej niesprawiedliwości: oto teraz Murzyni czy – by to zabrzmiało poprawnie – Afroamerykanie, stali się społecznością chronioną i uprzywilejowaną. 
– Oczywiście: akcja afirmatywna jest niesprawiedliwa. Ale jest to niesprawiedliwość przejściowo niezbędna. Czarna społeczność Ameryki to potomkowie niewolników. Dziś my, biali, możemy jedynie zadośćuczynić okrutnym praktykom z przeszłości. Teraz ironizujecie: „by to zabrzmiało poprawnie”. Czy wasze prababki były, przepraszam, niewolnicami?
Takie naprawianie rzeczywistości niesie różne koszty społeczne. Więcej: może nawet prowadzić do nowej niesprawiedliwości – tym razem wobec nas, białych. Mimo to jest ona niewspółmierna wobec naszych win z czasów niewolnictwa i apartheidu. Stąd wydaje się konieczna jako element korekty skutków przeszłości. 
Pamiętać też warto o innym niebezpieczeństwie: punkty preferencyjne mogą być odbierane jako krzywdzące przez samych Murzynów. Wyobraźmy sobie zdolnego, czarnego studenta, który dostaje stypendium czy nagrodę. Może on odnieść wrażenie – i inni też – że wcale sobie na to nie zasłużył, bo o jego sukcesie zadecydował tylko kolor skóry i reguły politycznej poprawności. 
PP może prowadzić do absurdu i swego rodzaju terroru. Przykładowo: jeśli konstruuje się w USA władze jakiejś instytucji, nie może zabraknąć w nich Afroamerykanina, by ktoś nie posądził jej o rasizm. Powinna zasiąść w nich także kobieta, a i niepełnosprawny by się przydał. Przypuszczam, że wielofunkcyjnym ideałem byłaby czarna kobieta żydowskiego pochodzenia bez lewej nogi, lesbijka rzecz jasna.
Stąd też sceptycyzm wielu ludzi wobec takich akcji. Próby naprawiania zła z przeszłości odgórnymi nakazami czy sposobami instytucjonalnymi często wiodą w ślepy zaułek. Przypomina się historia z Heglem, który, gdy mu powiedziano: „mistrzu, rzeczywistość jest inna”, odparł: „tym gorzej dla rzeczywistości”. 
– Tyle że są to koszta trudne do wyeliminowania. „Nie-poprawianie” rzeczywistości byłoby grzechem zaniechania. Nauczycielką jest historia: bez takich korekt, bez emancypantek i abolicjonistów, zapewne żylibyśmy dziś w innym, dużo mniej znośnym świecie.
Czy społeczną mentalność – a to z nią związana ma być polityczna poprawność – trzeba zmieniać metodami administracyjnymi? Postulat równouprawnienia płci prowadzi m.in. do tego, że dziś wiele ugrupowań politycznych z góry ustala, że kobiety będą stanowić 30 proc. kandydatów na ich listach wyborczych, nawet gdyby były gorzej przygotowane od mężczyzn. 
– Idea równouprawnienia opiera się na niekwestionowanym chyba przez nikogo założeniu, że kobieta nie jest ani gorsza, ani głupsza od mężczyzny. Oraz na – równie zasadnej – świadomości, że w tradycyjnych społeczeństwach była skutecznie odsuwana od niektórych ról społecznych, m.in. właśnie od polityki. Jeszcze nie tak dawno kobiety nie mogły nawet głosować (w niektórych kantonach Szwajcarii prawo to przyznano im dopiero w latach 70.). Regulacje służą najwyżej korekcie tego, co dziś byśmy uznali za patologię.
Polscy przeciwnicy sztucznych parytetów na listach wyborczych twierdzą – może nie bez racji? – że takie rozstrzygnięcia mogą obniżyć jakość parlamentu i debaty publicznej. 
– Czy poziom debat w parlamencie III RP można jeszcze obniżyć?
Postulaty emancypacyjne są jednak ciągle traktowane w Polsce z przymrużeniem oka, jeśli nie z niechęcią. Przykładem głośne stwierdzenie bpa Tadeusza Pieronka, który propozycje zgłaszane przez pełnomocniczkę rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn Izabelę Jarugę-Nowacką uznał za przejaw „feministycznego betonu”. Niektórzy – choćby „Gazeta Wyborcza” – ocenili to jako nietakt. A może bp Pieronek naruszył reguły PP w imię autentyczności? 
– Betonu, którego i kwas solny nie naruszy. Z pewnością biskup zachował się autentycznie; sądzę, że bp Pieronek wierzył w to, co mówił. Martwi mnie tylko, że jeden z najświatlejszych hierarchów Kościoła rzymskokatolickiego kwestie feminizmu postrzega w takich właśnie kategoriach. 
Może największą zaletą PP jest to, że łagodzi obyczaje? Że zmusza ludzi do odrzucania skrajnych poglądów – tak prawicowych, jak lewicowych? Że skłania do formułowania tez umiarkowanych, które są wynikiem społecznej zgody na pluralizm postaw, stylów życia, światopoglądów, religii? 
– Otóż właśnie: m.in. dlatego nie lubię prostego przekładu z angielskiego political corectness. Rozumiem: „poprawność”, ale dlaczego „polityczna”? Przecież owa poprawność dotyczyć winna nie tylko polityki czy życia społecznego, lecz szerszej sfery stosunków międzyludzkich. 
Po prostu: mamy tu do czynienia ze starym zjawiskiem – z ludzką obyczajowością. Odkąd istnieje ludzkość, tworzone były kodeksy i reguły taktownego postępowania oraz odnoszenia się do bliźnich: do znajomych i obcych, w domu czy miejscach publicznych. Także poprawność zwana dziś „polityczną” polega w istocie na respektowaniu zasad dobrego wychowania. 
Nawet jeśli tak jest, postrzegana jest ona w wymiarze niemalże ideologicznym. Tzw. lewica ma bezkrytycznie hołdować PP, a tzw. prawica PP atakuje, choć tym samym też ulega poprawności – tyle że a rebours.
– Pojęcie politycznej poprawności funkcjonuje jako etykietka przypinana przez tych, którzy uważają się za prawicę, czy, powiedzmy, konserwatystów tym, których uważa się za lewicę lub, co gorsza, lewaków. Podobny los spotkał zresztą inne niejednoznaczne terminy, choćby postmodernizm i relatywizm. Wedle niektórych postmodernista relatywizuje wszystko i na swój, skądinąd ohydny sposób, próbuje narzucić innym swoje pomysły posługując się terrorem politycznej poprawności. 
Czy w Polsce zapanowała już polityczna poprawność?
– Przeciwnie: jest jej stanowczo za mało. W Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza na niektórych campusach, można dostrzec oznaki przesady, jeśli nie nonsensu. Kiedyś rozmawiałem na ten temat z pewnym amerykańskim profesorem i zażartowałem: czy w imię PP na łysego nie należałoby mówić „differently haired”. Sądziłem, że ten dowcip pokaże, iż istnieje granica PP, po przekroczeniu której człowiek popada w śmieszność. Niestety, ów profesor moje pytanie potraktował serio. Wedle niego już stawiając tę kwestię, naruszyłem dobre obyczaje.
W Polsce daleko nam do takiego stanu rzeczy. Jako społeczeństwo jesteśmy zbyt tolerancyjni w stosunku do obraźliwego słownictwa; mam na myśli nie zwyczajne wulgaryzmy, ale wypowiadanie się w sposób pejoratywny – niekiedy zamierzony, niekiedy nie – o innych nacjach, religiach, sposobach na życie... Powiada się, na przykład: „Żyd, ale porządny człowiek”. Podtekst jest oczywisty: Żydzi porządni nie są, porządny Żyd to wyjątek. Nie przez przypadek właśnie słowo „Żyd” występuje w polszczyźnie w niezliczonych kontekstach, nie mających nic wspólnego z narodem żydowskim, właśnie jako obelga: „chytry Żydek”, „Balcerowicz--Żyd”, „Cracovia – Żydy” itd. 
Nie są też zupełnie przypadkowe durne, antysemickie napisy, graffiti, na które można się natknąć w całej Polsce – są one naturalnym następstwem takiej, a nie innej kultury życia codziennego, anachronicznym dziedzictwem retoryki przedwojennej endecji. To przykre, że ktoś je wypisuje, ale może i zrozumiałe: to ich język. Jednak zupełnie nie da się pojąć, dlaczego reszta społeczeństwa spokojnie to toleruje. Skoro niewielu z nas czuje się w obowiązku usuwać te napisy, to znaczy, że one nas nie rażą. „Żydzi do gazu”? No cóż...
Może jednak w kwestii żydowskiej jesteśmy przewrażliwieni? Stowarzyszenie „Otwarta Rzeczpospolita” piętnuje publicznie – w imię walki z nietolerancją, nienawiścią i rasizmem – antysemickie treści w takich pismach, jak „Nasz Dziennik” czy „Głos”. Nie skomentowaliście jednak głośnego ostatnio tekstu Jerzego Urbana na temat Papieża, choć też był pełen niechęci, by nie powiedzieć nienawiści. Można wam wypomnieć, że reagujecie wybiórczo: tylko na wybryki środowisk prawicowych. 
– Często spotykamy się z tym zarzutem. Dlaczego przeszkadza nam antysemityzm „Radia Maryja” czy „Naszej Polski”, a nie przeszkadza tygodnik „Nie” albo pornografia? Owszem, skrajny nacjonalizm traktujemy jako poważne zagrożenie. Natomiast Urban ze swoim „Nie” jest według nas co najwyżej skandalistą. Błędem byłoby twierdzić, że reprezentuje on w Polsce jakąś siłę polityczną, czy że można go utożsamiać z „lewicą”, którą się niezbyt zresztą czujemy. 
Można uznać Urbana za siłę polityczną, bo na czytelnikach jego tygodnika bazował Ruch „Nie”, który wspierał SLD. 
– Ale kiedy wybuchł skandal z tekstem o Papieżu, SLD odciął się od Urbana. Pisma podobne do tego, które wydaje Urban, są na całym świecie. Funkcjonują na granicy tego, co można tolerować – kolportują oszczerstwa, obelgi... i dużo czasu spędzają na salach sądowych. 
Dlatego pismo „Nie” nie jest takim zagrożeniem, jak „Radio Maryja” czy skrajnie nacjonalistyczna prasa. Ich atrakcyjność mierzę liczbą odbiorców. Radio Maryja ma ich ok. 5 milionów, „Nasz Dziennik” jeszcze rok temu sprzedawał się ponoć w 350 tys. egzemplarzy, choć tu podawanie liczb jest ryzykowne, opieram się na „Katalogu Mediów Polskich” wydawnictwa UJ. Media te nieustannie, dzień w dzień, sączą dawkę nienawiści, piętnują tych, którzy są „inni”, nie pasują do ich koncepcji Polski, Europy, katolicyzmu… 
Ale można pytać dalej: niby czemu fundamentalizm ma być gorszy od nihilizmu? Innymi słowy: dlaczego dla demokracji fundamentalizm Radia Maryja ma być groźniejszy od nihilizmu Urbana?
– Bo w Polsce, jak w całej Europie, mamy do czynienia z przemianą generacyjną. Boję się niepamięci i – kto to wykluczy – powrotu do jakiejś nowoczesnej formuły Endlösung. Wydawało się dotąd, że traumatyczne przeżycie zbrodni dokonanych podczas drugiej wojny światowej nauczyło nas, czym grozi radykalny nacjonalizm: śmiercią milionów, niewiarygodnym cierpieniem, zniszczeniem, upadkiem obyczajów. I można było sądzić, że o tym doświadczeniu zła XX wieku nikt, przynajmniej w Europie, nie zapomni. Tymczasem generacja, która pamięta tamte dni grozy, przemija. Na scenę wchodzi pokolenie, dla którego wojna jest doświadczeniem równie odległym, jak bitwa pod Grunwaldem. Więcej: wchodzi ono w te same koleiny, które poprzedziły tamtą wojnę – nie bez przyczyny w całej Europie mamy do czynienia z renesansem partii i polityków skrajnie prawicowych. To zaś jest ważną oznaką stanu życia społecznego. I trudno doprawdy zestawiać te zagrożenia z pornograficznymi gazetkami czy wyskokami rozmaitych skandalistów. Pilnujmy, proszę, proporcji.
Na wszelkie przejawy fundamentalizmu czy antysemityzmu trzeba natychmiast reagować – i stowarzyszenie „Otwarta Rzeczpospolita”, którego jestem współzałożycielem, stara się to robić. Ale nie mam nic przeciwko temu, żeby i zwykłymi wulgaryzmami ktoś się zajął. 
Na życie społeczne składa się sfera publiczna i prywatna. Na poziomie publicznym, jak się zdaje, dopracowaliśmy się już w Polsce pewnych standardów, bo poważny polityk raczej nie będzie w programie telewizyjnym bądź w parlamencie żartował z kobiet, ludzi innych wyznań czy narodowości. Ale już w sferze prywatnej granice swobody są dużo większe. Czy tak ma być, czy też i tu należy się kontrolować? 
– Standardy zachowań w sferze publicznej, których dopracowała się nasza zachodnia cywilizacja, stanowią pewne minimum. Można uznać, że to na poziomie publicznym zupełnie wystarczy. Choć byłoby wspaniale, gdyby ludzie byli częściej dla siebie mili i wykazywali więcej zdrowego rozsądku… 
PP w polityce może mieć też groźne skutki. Jeśli polityk o poglądach nacjonalistycznych nie zdradza ich w kampanii, bo chce zdobyć głosy mniejszości czy umiarkowanego elektoratu, to jest hipokrytą. A nadmierna hipokryzja zabija życie publiczne. 
– Nie wiem, czy to hipokryzja, czy raczej takt. Jeśli rozmawiacie z Żydem, nie powiecie mu, powiedzmy, że Żydzi to złodzieje i pachciarze. A nawet jeśli Żydzi istotnie kradną i parają się lichwą, w domu powieszonego nie mówi się wszak o sznurze. Takt jest potrzebny również w życiu społecznym.
Niekiedy jest to oznaka konformizmu.
– Żadne społeczeństwo nie jest w stanie egzystować bez pewnej dozy konformizmu. Nasze współistnienie z innymi ludźmi wymaga stosowania odwiecznej zasady: „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”.
Jakich tematów w Polsce nie objęto jeszcze regułami politycznej poprawności? 
– Przeciwnicy PP mówiliby o totalitarnych zamysłach objęcia kontrolą wszystkiego. Ale jeśli nie uważa się PP za kompletny idiotyzm, pytanie jest co najmniej dziwne. Sprowadza się do tego: w jakich jeszcze obszarach należałoby się zachowywać taktownie, przyzwoicie? 
...ale czy do końca jest to zarzut nieuzasadniony? W imię PP twierdzi się choćby, że wszystkie kultury i cywilizacje są równe, że nie możemy wartościować, która książka jest lepsza, a która jest chłamem. 
– Do przerysowań, owszem, dochodzi, jeśli ideę tolerancji dla różnych kultur próbuje się sprowadzić do obowiązku powstrzymywania się od oceny ich poszczególnych dokonań. W efekcie – co zdarzało się ponoć na niektórych campusach w Ameryce – podczas zajęć z poezji tyle samo uwagi poświęcano Szekspirowi, co nikomu nieznanym, czarnym autorom. Mają rację ci wykładowcy, którzy się buntują i powiadają, że mają prawo nauczać studentów, iż Szekspir „wielkim poetą był”. Ba, największym – i to mimo, że był „białym mężczyzną”. 
Jednak znowu: na rodzimym podwórku daleko nam do takiej sytuacji. Przeciwnie...
Przecież w Polsce PP zakorzeniła się wśród – zdawałoby się – jej przeciwników. Żaden antysemita nie powie o sobie, że jest antysemitą.
– Faktycznie; o ile kiedyś mówiono o paradoksie antysemityzmu bez Żydów, to dziś mówi się o kolejnym paradoksie: antysemityzmu bez antysemitów. Nikt, z panami Bublem, Macierewiczem i Benderem włącznie, nie powie o sobie, że jest „antysemitą”. 
To dowód, że PP zwycięża...
– To element pozytywnej ewolucji. Co uchodziło 50 lat temu, nie uchodzi dziś. 
Na przykład Mircea Eliade, jeden z najwybitniejszych intelektualistów XX stulecia, w 1937 r pisał: „W imię tej Rumunii, która powstała przed tysiącami lat i przetrwa do Apokalipsy, reformy społeczne zostaną przeprowadzone w sposób brutalny, każdy zakątek prowincji rojący się dziś od obcokrajowców zostanie ponownie skolonizowany, wszyscy zdrajcy zostaną ukarani, mit naszego państwa rozgłoszony będzie po całym kraju, a wieść o naszej potędze obiegnie świat. Od Żydów aż roi się w wioskach Maramuresz i Bukowiny, stanowią oni przytłaczającą większość we wszystkich miastach Besarabii”. I dalej: „Od tych, którzy tyle wycierpieli, których przez stulecia spotykały upokorzenia z rąk Węgrów, a przedtem Bułgarów, narodu najdurniejszych imbecyli jacy kiedykolwiek istnieli. Od politycznych przywódców bohatersko umęczonego Siedmiogrodu oczekujemy stworzenia nacjonalistycznej Rumunii, natchnionej furią i szowinizmem. Zbrojnej i mocnej, bezlitosnej i mściwej”. Jeśli ktoś nie wie: młody Eliade był ideologiem „Żelaznej Gwardii”, która wsławiła się rytualnym mordem na dwustu Żydach. Miejscem kaźni była miejscowa, bukareszteńska rzeźnia, a w trakcie egzekucji patrioci śpiewali hymny narodowe i kościelne. Zabijali z własnej inicjatywy, Niemców jeszcze tam nie było. 
Kiedyś podobne rzeczy można było mówić – i robić – publicznie, w zgodzie z ówczesną „polityczną poprawnością”. I nie trzeba było być wyrzutkiem społeczeństwa, człowiekiem bez czci, wiary i sumienia. Ale potem się coś wydarzyło: koszmar drugiej wojny światowej, Zagłada. Dziś, na szczęście, taki język nie jest już dopuszczalny. 
Dzięki PP uda się zbudować raj na ziemi?
– Ależ skąd. Raj jest może gdzie indziej. Na tej ziemi możemy tylko starać się być lepsi. 

Sergiusz Kowalski jest socjologiem i publicystą. Pracuje w Instytucie Studiów Politycznych PAN. Współzałożyciel Stowarzyszenia Przeciw Antysemityzmowi i Ksenofobii. Autor książek „Krytyka solidarnościowego rozumu” i „Narodziny III Rzeczypospolitej”. Współautor „Rytualnego chaosu. Studium dyskursu publicznego” oraz (z Magdaleną Tulli) „Raportu o mowie nienawiści” (wkrótce nakładem WAB).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl