Komentarze

 


Marek Orzechowski (Bruksela) Europejskie sumienie

Bogumiła Berdychowska Ukraina w Warszawie

Piotr Bernardyn (Tokio)
Kim zasiada do pokera






 

 




  
Europejskie sumienie

Teraz, kiedy wiadomo już, że Irlandczycy zaakceptowali traktat z Nicei, można 
powiedzieć, że istnieje coś takiego jak europejskie sumienie. Argumentacja przeciwników traktatu nie różniła się bowiem od tej sprzed roku. Inna była natomiast argumentacja zwolenników: widzieli oni cały kontynent, a na nim przede wszystkim państwa kandydujące. I w referendum zagłosowali na „tak”, chociaż niekoniecznie zrezygnowali z zastrzeżeń.
Teraz, kiedy wiadomo już, że traktat wejdzie w życie zgodnie z planem, można powiedzieć, że nie jest on wcale najlepszym takim dokumentem w historii Unii Europejskiej. W gruncie rzeczy jest to spis poprawek do traktatu z Amsterdamu, robionych pod presją czasu i wstydu. Jako pierwszy do naprawy nadaje się przede wszystkim skomplikowany mechanizm głosowania w Radzie Unii, który jest dziełem politycznych biurokratów, a nie politycznych wizjonerów. Ale w Konwencie Europejskim nadzieja, że to skoryguje.
Teraz, kiedy wiadomo już, że Irlandia jest po stronie Europy, można wreszcie powiedzieć, że gdyby odmówiła nam po raz kolejny, Unia pogrążona byłaby w niewyobrażalnym kryzysie. Konstytucyjnym i politycznym. Wyjście z pierwszego byłoby bodaj niemożliwe: albo trzeba byłoby uznać, że Irlandia się nie liczy – i złamać wszystkie unijne zasady, albo przyjąć irlandzki werdykt do wiadomości – i machnąć na wszystko ręką. Jeszcze gorszy byłby kryzys polityczny: irlandzkie „nie”, nie ma co do tego żadnych wątpliwości, uruchomiłoby spiralę wrogości i w konsekwencji podzieliło Europę. W obu przypadkach Europa sprzeniewierzyłaby się sama sobie.
Teraz, kiedy wiadomo już, że coś takiego jak „europejskie sumienie” naprawdę istnieje, dowiemy się, czy gryzie ono także Holendrów. Sprzeciw wielu holenderskich polityków wobec przyjęcia dziesięciu nowych państw, wyraża pojawiające się w Unii opinie, że wspólnota zrobiłaby lepiej, gdyby przyjmowała nas etapami, po kolei. Pod holenderskim pręgierzem stoi przede wszystkim Polska: Holendrzy mówią nam wprost, że nie spełniamy w tej chwili kryteriów członkostwa w Unii. Oczekują od nas, że nim wejdziemy, staniemy się unijnym prymusem, lepszym od nich samych. Lecz jeżeli mają europejskie sumienie, zgodzą się z nami, że nie powinniśmy świecić Unii przykładem, nim nie staniemy się jej członkiem. 

Marek Orzechowski, Bruksela






Ukraina w Warszawie

Pomimo napięć i dyplomatycznych niezręczności, które towarzyszyły warszaw-
skiej konferencji Ukraina w Europie nie ma wątpliwości, że zakończyła się ona sukcesem. Przynajmniej z kilku powodów. Zacznijmy od najbanalniejszego. W Warszawie za jednym stołem usiedli przedstawiciele obozu prezydenckiego (m.in. szef administracji Kuczmy, Wiktor Medwedczuk) oraz liderzy opozycji (Wiktor Juszczenko z Naszej Ukrainy, socjalista Ołeksandr Moroz i Anatolij Matwijenko z Bloku Julii Tymoszenko). Przedstawiciele obozu prezydenckiego musieli wysłuchać wielu gorzkich słów. Przy okazji kolejny raz okazało się, że ze strony opozycji tylko Wiktor Juszczenko jest w stanie nie tylko narzekać, ale i przedstawić konstruktywny program polityczny dla Ukrainy (samodzielne stworzenie większości w Radzie Najwyższej; powołanie koalicyjnego rządu; pakt na rzecz stabilizacji zaakceptowany przez parlament, rząd i prezydenta; gwarancje dla wolności mediów oraz stały dialog polityczny).
Ważnym elementem warszawskiego spotkania były głosy przedstawicieli Unii Europejskiej. Nie ukrywali oni jak niepokojący jest obecny stan spraw na Ukrainie. Ograniczenie wolności mediów, zarzuty o handel bronią, korupcja, niestabilne ustawodawstwo oraz nienajlepsza kondycja ukraińskiego sądownictwa – to wszystko odsuwa od Ukrainy perspektywę wejścia do UE. Javier Solana stwierdził nawet, że integracja to nie pociąg, którym można dojechać do Brukseli, lecz żmudny wysiłek na rzecz dochodzenia, w różnych dziedzinach, do europejskich standardów. Ważne w kontekście europejskich aspiracji Ukrainy było wystąpienie Gorana Perssona. Szwedzki polityk nie tylko zauważył problemy, które na drodze do Europy ma Ukraina, ale i, co rzadkie wśród przedstawicieli Unii, mówił o braku spójnej i klarownej polityki Brukseli wobec Kijowa.
Końcówka samej konferencji i kilkugodzinna wizyta w Warszawie Leonida Kuczmy pokazały, że solidarne głosy przedstawicieli UE i polskich gospodarzy, namawiające Ukraińców do dialogu nie poszły na marne. Najpierw Medwedczuk, a potem Kuczma, zadeklarowali wolę prowadzenia takiego dialogu. Ale również od opozycji zależy, czy dotrzymają słowa.
Warszawskie spotkanie pokazało także, że dzięki polityce wobec Ukrainy z ostatniej dekady, Polska ma wyjątkową pozycję nad Dnieprem. W efekcie Warszawa może podejmować misję dobrych usług nawet w wewnątrzukraińskich sporach.   
 

Bogumiła Berdychowska






Kim zasiada do pokera

We wrześniu 1978 r. 19-letnia pielęgniarka Hitomi Saga, wracając z matką z 
zakupów na japońskiej wyspie Sado, została uprowadzona do Korei Północnej przez tamtejszą bezpiekę. Podobny los spotkał 12 innych Japończyków: przez niemal ćwierć wieku ich rodziny nie miały wiadomości o ich losie. Jeszcze w ub. r. władze w Phenianie zaprzeczały, że stoją za porwaniami. Dopiero gdy Tokio oświadczyło, że wyjaśnienie tej sprawy stanowi warunek formalnego nawiązania stosunków (a zatem i ewentualnej pomocy finansowej dla Korei), komunistyczny rząd zmienił zdanie. 
Na pierwszym w historii szczycie japońsko-północnokoreańskim w Phenianie we wrześniu b.r., Kim Dzong Il przyznał się do uprowadzeń i przeprosił Japończyków. Z listy, którą wręczył japońskiemu premierowi wynikało, że pięciu porwanych żyje i mieszka w Phenianie. Pozostała ósemka miała stracić życie w wyniku chorób, wypadku i samobójstwa. W Tokio przyjęto te rewelacje z dystansem. Wysoka liczba zmarłych budzi podejrzenia, że zostali zamordowani albo żyją w warunkach, których Kim nie ma odwagi ujawnić. Trudno też uwierzyć, że wszystkie, z jednym wyjątkiem, groby ofiar rozmyła powódź.
Teraz pięcioro porwanych przybyło z dwutygodniową wizytą do ojczyzny. Oprócz Hitomi Saga, do Japonii przyleciały dwie pary – uprowadzono ich jako narzeczonych, później zezwolono na ślub w Korei. Porwani uczyli japońskiego koreańskich szpiegów. Cała piątka nosi dziś koreańskie imiona i nazwiska, znaczki z północnokoreańską flagą, na co dzień posługuje się koreańskim. Kim są po latach przymusowego pobytu w „komunistycznym raju”? Czy poddano ich indoktrynacji, torturom? Co wiedzą o pozostałych uprowadzonych? Na razie indagowani przez media i najbliższych goście milczą bądź powtarzają wyuczone kwestie. Boją się: ich dzieci zostały w Korei jako zakładnicy. 
Opinie co do intencji Phenianu są podzielone. Sceptycy twierdzą, że Kim – jak wiele razy w przeszłości – pozoruje reformy, by wyłudzić pieniądze na podtrzymanie dyktatury. Zresztą wybrał świetny moment na nawiązanie kontaktów z Japonią: Waszyngton zaliczył jego kraj do tzw. osi zła, a koreańskie zbliżenie z Tokio może nieco skruszyć lojalność japońskiego sojusznika w wojnie z terroryzmem. Pod koniec października w Kuala Lumpur rozpoczną się rozmowy na temat uregulowania stosunków. Oprócz zażegnania wieloletnich animozji, w grę wchodzi także ok. 10 miliardów dolarów – na tyle szacuje się wysokość odszkodowań, które Japonia winna wypłacić Korei Pn. za wojnę i okupację. Obie strony mają silne karty: Japończycy – gotówkę, Koreańczycy – broń jądrową (ostatnio przyznali się do jej posiadania) oraz nadal nie do końca wyjaśnioną sprawę uprowadzeń. Czas pokaże, kto lepiej wykorzysta atuty. Ale czy północnokoreańskie karty nie okażą się znów być znaczone? 

Piotr Bernardyn, Tokio








 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl