Pierwsza rocznica śmierci ks. biskupa Jana Chrapka


Wdzięczność

Katarzyna Kolenda-Zaleska



Biskup Chrapek lubił opowiadać, jak w 1999 r. przewoził mnie w bagażniku samochodu do Kuźnic, żebym mogła razem z Papieżem wjechać na Kasprowy Wierch. Uśmiechał się przy tym filuternie i puszczał oko. Wiadomo było, że ta historia nie może być prawdziwa. Choć... niemal się zdarzyła.


Biskup i zarazem koordynator pielgrzymki papieskiej doskonale rozumiał istotę naszej pracy. Wiedział, że czasem trzeba wejść tam, gdzie wcale nas nie chcą. Myślał po dziennikarsku. Wiedział, jak mi zależy, żeby choć w części sfilmować prywatną część pobytu Ojca Świętego w Zakopanem. I udało mu się przekonać dostojników z Watykanu. Zaufał mi całkowicie, choć wówczas znaliśmy się krótko. Co prawda nie jechałam w bagażniku biskupiego samochodu, ale instrukcje były wyraźne: nieoznakowany samochód (bez telewizyjnego logo) na rondzie w Kuźnicach, ja schowana, żeby inni dziennikarze mnie nie przyuważyli. 
I nikomu ani słowa. Zastosowaliśmy się do wszystkiego. Na Kasprowym Wierchu staliśmy z boku, wzruszeni i przejęci. Zdjęcia filmowe były piękne. Majestat Tatr w popołudniowym słońcu, samotna biała postać i wszechogarniająca cisza. Nie zakłócaliśmy jej ani słowem. Od tego dnia zaczęła się moja przyjaźń (tak on sam określał naszą znajomość) z biskupem Janem Chrapkiem.
Przez następne lata dopingował mnie do intelektualnego wysiłku. Podsuwał lektury, zawsze miał czas na rozmowę. Potrafił sprawić, że jego rozmówca czuł się najważniejszy. Czasem wpadałam do niego na uczelnię. W maju przynosiłam konwalie. Nie wiem dlaczego wymyśliłam sobie, że to jego ulubione kwiaty. Nigdy nie prostował i pozwalał mi wierzyć, że sprawiam mu radość.
Swoją życzliwością mógł obdzielić jeszcze kilkanaście osób. Miał szczególny dar szukania w ludziach tylko dobra, nigdy zła. Gdy widział czyjś zły postępek, szukał jaśniejszych stron. Usprawiedliwiał, doszukiwał się przyczyn. Nigdy nie moralizował, nie mówił, że ma rację i koniec. Rzadko kogokolwiek krytykował, a jeśli już, to z taką delikatnością, że trudno to było uznać za krytykę. Kochał życie i kochał ludzi. Rzadko widziałam jego twarz bez uśmiechu. Był księdzem i jego życie było poświęcone Bogu. Ale służył Mu, miłując ludzi.
Gdy wpadałam do Niego, zawsze zaczynał rozmowę od najbardziej gorących politycznych spraw. Był znakomicie zorientowany. I miał swoje – powiedzmy, nienajlepsze – zdanie o polskiej klasie politycznej. Ale tak jak i innych ludzi, polityków usprawiedliwiał. Dopiero gdy widział, że komuś dzieje się krzywda, nie miał pobłażania. Dosadnie wyrażał swoje zdanie. Bez dyplomacji.
Lubiłam z Nim pracować. Przed pielgrzymką w 1999 roku zaprosił mnie do Episkopatu. W gabinecie Prymasa Polski omawialiśmy punkt po punkcie kolejne etapy wizyty. Mówił: Tu wykuć na blachę encyklikę „Fides et Ratio”. Tu – teksty o ekumenizmie. Tu – w tym momencie uśmiechnął się przebiegle – Papież zmieni program i pojedzie do sióstr Urszulanek przy ul. Wiślanej. Czekają już na panią, pani Kasiu.
Po jakimś czasie biskup Jan zauważył, że wiercę się niemiłosiernie na krześle. Bez słowa wstał i przyniósł popielniczkę. Zamurowało mnie. Ale taki właśnie był. Uważający, tolerancyjny. Miał zrozumienie dla ludzkich słabości. Nikogo nie osądzał, bo – jak często mówił – osądzać będzie Bóg.
W czasie pielgrzymki ’99 – choć był zagoniony i miał mnóstwo spraw na głowie – odbierał każdy mój telefon. Pamiętam dzień, w którym Papież zachorował. Panika i nerwy ogarnęły nas wszystkich. A on wprowadzał spokój, uspokajał. Potem pojechaliśmy do Wadowic, gdzie Ojciec Święty odbył swoją podróż do krainy dzieciństwa. W którymś momencie biskup Chrapek podszedł do mnie i mówi: Natychmiast do Krakowa, za godzinę Ojciec Święty będzie jeździł po Rynku, a potem pomodli się w Kościele Mariackim. Niech pani dzwoni do swoich rodziców. Niech wezmą wnuczkę i idą na Rynek. Znów mnie zamurowało. W tym całym kołowrocie miał czas, żeby pomyśleć i o mojej pracy, i o mojej rodzinie. A potem, tego samego dnia, a raczej tej samej nocy telefon: Pani Kasiu, wiem, że jest druga nad ranem – dodam, że głos Biskupa był rześki jak poranek – ale musi pani niedługo jechać do Gliwic. Papież jednak tam pojedzie, chociaż na chwilę. (Papież z powodu choroby musiał odwołać wcześniejsze spotkanie z mieszkańcami Gliwic.)
Gdy tylko dowiedziałam się, że jadę z Papieżem na Ukrainę, pierwszy telefon wykonałam właśnie do Biskupa Jana. Nie krył radości. I natychmiast posypały się lektury, telefony, kontakty, bez których ani rusz. Zrobił wszystko, żeby mi ułatwić pracę: poznał mnie z wszystkimi ważnymi ludźmi w kurii metropolitalnej we Lwowie. Przy mnie tłumaczył biskupowi Stanisławowi Dziwiszowi, jakie to ważne, żeby Telewizja Publiczna miała dostęp do Papieża. Już po pielgrzymce zadzwonił i chwalił. To były najwspanialsze komplementy, jakie usłyszałam.
Były okresy, kiedy rzadko się widywaliśmy. Ale po jakimś czasie Ksiądz Biskup dzwonił i mówił, że modlił się za mnie, moją córkę i moją rodzinę. Pytał, co słychać. Żartował. Uwielbiał się śmiać. Tak było właśnie w ostatnią niedzielę przed jego śmiercią. Długo rozmawialiśmy. 5 listopada 2001 miałam być u niego w Radomiu.
Pamiętał o wszystkich drobnych sprawach i drobnych radościach, które można sprawić drugiemu człowiekowi. My, niestety, wykorzystywaliśmy jego dobroć bez zastanowienia. A on nie miał chwili na odpoczynek. Może zbyt nieuważnie patrzyliśmy na jego życie. Za mało dawaliśmy mu z siebie. Za to od niego braliśmy pełnymi garściami.
Jestem mu wdzięczna za zaufanie, którym mnie obdarzył, za przyjaźń i dobroć, którą mnie otaczał, a która trwała o wiele za krótko. Nigdy Go nie zapomnę. Ani jego, ani tego, czego mnie nauczył. Był najlepszym człowiekiem, jakiego znałam.

Katarzyna Kolenda-Zaleska jest dziennikarką „Wiadomości” TVP i autorką książki „Pielgrzymka 2002”. Powyższy tekst powstał dla serwisu KAI kilka dni po śmierci biskupa Chrapka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl