Polska morska choroba wyborcza

Andrzej Kaczmarczyk



Po trzynastu latach wolnej Polski spadkobiercy PRL-owskich ugrupowań zajmują fotele prezydenta, premiera, ministrów i mają większość w parlamencie. Według sondaży wygrają też wybory do sejmików samorządowych we wszystkich województwach. Nie to jednak jest najgorsze. 


Otóż okazuje się, że przy podejmowaniu decyzji wyborczych Polacy zachowują się tak, jakby chorowali na morską chorobę. By wziąć pod uwagę tylko szczebel parlamentu: w ciągu 13 lat podjęliśmy przynajmniej 5 ważnych decyzji wyborczych. I tak, w 1989 r. porzuciliśmy PRL. W 1991 potwierdziliśmy wolę zmian. Ale już w 1993 zdecydowaliśmy o ich zamrożeniu. W 1997 wybraliśmy zaś rozbudowany pakiet socjalny połączony karkołomnie z monetarystyczną polityką i wolą czterech, tyleż wielkich co szybkich, reform. Z kolei w roku 2001 uznaliśmy, że reformatorski kurs należy zmienić, a najlepiej nawet zawrócić. 
Rzuca nas od burty do burty. Co cztery lata coś w rodzaju buntu załogi. Zmiana kapitana, oficerów i celu podróży, a wody nieznane. Z trudem zniosłyby to mocniejsze organizmy państwowe. To cud, że nasza krypa jeszcze się nie rozpadła.

Widziały gały, co brały
Nie zawsze mądre wybory w pierwszych latach III RP (np. przypadek Stana Tymińskiego), można byłoby usprawiedliwiać zaskakującym odzyskaniem wolności, brakiem doświadczenia i słabością sceny politycznej. Jednak z czasem powinniśmy zacząć stawiać sobie wymagania wyborów racjonalnych. Tymczasem w odstępie ledwie czterech lat, w roku 1997 i 2001, zdecydowaliśmy o realizacji dwóch zupełnie odmiennych wizji państwa. Na dodatek nie możemy się usprawiedliwiać, że najpierw prawica, a potem lewica zwiodły nas obietnicami, których nie dotrzymały. Jeśli ktoś patrzył uważnie, to „widziały gały, co brały”.
Pięć lat temu AWS nie ukrywała przecież wcale, że po dojściu do władzy położy kres dryfowi państwa z lat 1993-97. Akcja Wyborcza zapowiadała, że zamierza przeprowadzić cztery wielkie reformy i nie ukrywała, w jakich dziedzinach. Wprowadziła je i okazało się... że wyborcy tego nie akceptują. Ocena była druzgocząca. AWS i jej koalicjant, czyli Unia Wolności, nie tylko przegrały wybory, ale zniknęły z ogólnopolskiej sceny politycznej. Ugrupowania te ukarano nie za sprzeniewierzenie się przedwyborczym obietnicom, ale za ich dotrzymanie.
Polacy mieli nowych ulubieńców: SLD-UP-PSL. Tym razem również dzieją się rzeczy ciekawe. PSL to partia, na której wyborcy mogą polegać. Od lat zgodnie z deklaracjami zapobiega zmianom w strukturze polskiego rolnictwa. Ostatnio zabiega o przesunięcie środków przeznaczonych na strukturalny rozwój całych regionów wiejskich do działu dopłat bezpośrednich. Z kolei SLD przed wyborami zapowiadał, na przykład, likwidację Kas Chorych oraz powstrzymanie reformy edukacji i obietnic dotrzymał. Pomimo tego jedynie 31 proc. Polaków dobrze ocenia roczną działalność rządu. To znacznie mniej niż suma głosów oddanych na koalicję w wyborach. 
Okazuje się, że poparcie dla poszczególnych, sztandarowych działań rządu (np. likwidacji Kas), jest większe niż akceptacja działań rządu w całości. Mało tego: premier jest oceniany znacznie lepiej niż cała rada ministrów, zupełnie jakby to nie on odpowiadał za jej pracę. Ale to nie koniec morskiej choroby.

Jestem za, a nawet przeciw
Z sondaży wynika, że koalicja rządząca wygra wybory do sejmików wojewódzkich. Zapewne wygra również w wielu powiatach i gminach. Oznacza to, że w wyborach samorządowych sukces odniosą ugrupowania, które wolą państwo scentralizowane od zdecentralizowanego i w tym sensie są antysamorządowe. 
Dwa przykłady. Pierwszy związany jest znowu z reformą ministra Mariusza Łapińskiego: otóż w jej efekcie pieniądze wydzielone jako składka na ubezpieczenie zdrowotne w przyszłym roku nie pozostaną, jak obecnie, w Regionalnych Kasach Chorych, lecz powędrują do Warszawy. Dopiero później, na podstawie centralnie ustalonego planu redystrybucji, mają być rozsyłane do 16 Funduszy. 
Drugi przykład to przeciągające się w nieskończoność prace nad nową ustawą o dochodach jednostek samorządu terytorialnego, czyli nad tym, skąd samorządy będą miały pieniądze. W tej chwili 80 proc. samorządowych dochodów to subwencje i dotacje z budżetu centralnego. Nowa ustawa miała dać samorządom większą swobodę finansową poprzez zwiększenie bezpośredniego udziału w podatkach od osób fizycznych i prawnych oraz VAT. Miała dać od początku roku, ale nie da, bo do parlamentu trafi najwcześniej w roku przyszłym. Co ważniejsze, ustawodawstwo regulujące źródła i wielkość samorządowych dochodów, reguluje również swobodę działań regionów przed i po wejściu do Unii. Poważna część unijnych pieniędzy, na które liczymy, to fundusze na restrukturyzację uboższych regionów, ale żeby z nich skorzystać, potrzebne są środki własne. Lecz bez zwiększenia dochodów regiony, czyli województwa, mieć ich nie będą. Pieniądze na zmiany regionalne pozostaną w rękach rządu i to znów on centralnie zdecyduje, kto je dostanie i ile.
Więcej: PSL chce, jak wiadomo, uszczuplenia środków na zmiany systemowe i wykorzystania ich na dopłaty bezpośrednie w rolnictwie. Takie rozwiązanie wzbogaci dużych producentów żywności, ale nie właścicieli małych gospodarstw, których jest 96 proc. Nie pozwoli także na strukturalne zmiany w województwach z terenami popegieerowskimi.
Opublikowane niedawno wyniki egzaminów na koniec nauki w szkołach podstawowych i gimnazjach pokazały obraz Polski, którego nikt się nie spodziewał. Okazuje się, że podstawowy podział na lepiej i gorzej wykształcone dzieci nie przebiega bynajmniej pomiędzy miastem a wsią, lecz między regionami na północy i północnym zachodzie kraju, a południem i południowym wschodem. Oświatą administrują i finansują ją samorządy. To one muszą zmienić ten stan rzeczy. By tak się stało, muszą mieć pieniądze.
Równocześnie wzrasta poparcie dla przystąpienia do Unii: 70 proc. deklarujących udział w referendum odpowiada: tak. Takie sprzeczności zamierzamy wybrać.

Skąd przychodzimy, dokąd idziemy
Ewentualne zwycięstwo lewicy w wyborach samorządowych oznacza objęcie władzy na wszystkich szczeblach przez jedną stronę sceny politycznej, ale nie jest to śmiertelnym zagrożeniem dla demokracji. Trzecia rekomendacja wyborców dla tych samych ugrupowań może nawet przynieść pewną stabilność i zapobiec wstrząsom. Może, ale pod warunkiem, że polityka tych ugrupowań nie jest wewnętrznie sprzeczna i sama z siebie takich wstrząsów nie generuje. Z takim właśnie przypadkiem mieliśmy do czynienia za rządów AWS-UW.
Za trzy lata zbiegną się terminy wyborów parlamentarnych i prezydenckich. Ledwie rok później odbędą się kolejne wybory samorządowe. Jeżeli ponownie wybierzemy lewicę lub koalicję lewicowo-chłopską skutki wewnętrznej sprzeczności ich polityki zobaczymy w całej krasie. Jeżeli zaś wybierzemy zmiany tak radykalnie, jak robiliśmy to do tej pory, narazimy kraj na kolejny wstrząs.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl