Votum separatum

Mam wątpliwości

JÓZEFA HENNELOWA



Nie podam, gdzie znajduje się rodzinny dom dziecka, o którego powstaniu właśnie przeczytałam, ani jaka poważna i godna zaufania instytucja powołała go do życia, bo tu nie chodzi o interwencję ani tym bardziej o atak. Ale dziennikarski opis powstającej, tak potrzebnej przecież placówki na nowo ożywia we mnie wątpliwość dosyć generalną. Zaraz wytłumaczę, o co chodzi.
Para rodziców, po odchowaniu własnej trójki dzieci, postanowiła być rodziną zastępczą dla sierot społecznych. Powierzono im pięcioro dzieci z domu dziecka, w wieku od siedmiu do dwunastu lat, w tym dwie pary rodzeństwa. Docelowo może ich być nawet ośmioro. Zaczęli już swoje wspólne życie. Zaczęli je w nowym pięknym domu, który stanowi dar serca jakiegoś możnego sponsora. Został on wykończony i wyposażony specjalnie dla nich przez instytucję odpowiedzialną za całą inicjatywę. I czytam:
„W pięknym, piętrowym domu znajduje się osiem pokoi dla dzieci, dwa przeznaczone są dla rodziny prowadzącej dom. Mieści się tu także bawialnia, kuchnia, pralnia, salon z jadalnią oraz łazienki. (...) Pokoje dziecinne są urządzone bardzo estetycznie, jednak ich mieszkańcy muszą pamiętać, że do ich obowiązków należy dbanie o porządek. To na razie sprawia im pewną trudność. W Domu Dziecka, w którym przebywały, wykonywanie takich czynności należało do zatrudnionej kadry. To była dla nich instytucja (...). Teraz są u siebie i muszą wyrobić w sobie prawidłowe nawyki (...)”.
Daj Boże tym dzieciom i ich zastępczym rodzicom jak najlepiej, niech ich los potoczy się pomyślnie; ale traktując tę relację jako przykład pewnego zjawiska, nie sposób powstrzymać się od pytania, czy aby na pewno dzieci z instytucji, która, to wiemy nie od dziś, wychowuje w dużej mierze kaleki z zakodowaną postawą roszczeniowości i bierności, weszły w warunki choć trochę przypominające przeciętny dom rodzinny w Polsce. Osobny pokój dla każdego dziecka, osobna enklawa dla rodziców, i jeszcze bawialnia, i jeszcze salon z jadalnią czy jadalnia z salonem, itp. itd.? A dlaczego trzeba było wprowadzać dzieci na gotowe, zamiast pozwolić nowej rodzinie samej się urządzać, realizować kształt rodzinności domowej? Chodzi przecież o dzieci, które tyle lat już (albo wręcz od urodzenia) były pozbawione doświadczenia domu: wspólnoty także kłopotów i obowiązków, braków i niewygód, konieczności dzielenia się i ustępowania sobie nawzajem, rezygnacji na rzecz najbliższych, oczywistej jak samo życie. 
To nie jest wina ani zastępczych rodziców w opisywanym domu, ani tym bardziej dzieci. Ale to chyba błąd koncepcji charytatywnej, nastawionej na szczodrość bez miary, wcale nie dobroczynną, tylko nieodpowiedzialnie utrwalającą nieprzygotowanie do życia dorosłego. Bo jak sobie wyobrazić oczekiwania tej piątki dzieci, gdy dorosłość osiągną: że spodziewać się będą osobnej (darmowej przecież) willi dla każdego z nich?
Nieraz, czytając o alarmujących brakach społecznych, mam wrażenie, że braki te autorzy alarmów widzą niedokładnie tam, gdzie one są. Gdy na przykład czytam biadania, iż tak wysoki procent dzieci wiejskich nie wyjeżdża na wakacje, zastanawiam się, o co właściwie chodzi społecznikom: czy koniecznie o kolonie poza rodzinnym domem, gdzie gromada nieletnich bez pomysłów na spędzanie wolnego czasu miałaby codzienne dyskoteki, jak to się dzieje na większości kolonii? Bo przecież nie o brak przyrody i świeżego powietrza, które wiejskie dziecko i tak ma dokoła siebie. Tak, potrzebni są mu mądrzy przewodnicy po świecie, np. instruktor sportowy (ale na to wystarczyłoby boisko na miejscu i nauczyciel dodatkowo opłacony), klub z ciekawymi propozycjami i biblioteką, przyparafialne pomysły na wycieczki lokalne, wreszcie zielone przedszkole dla najmłodszych na te godziny, które matki muszą spędzić w polu. Ale, zwłaszcza dla starszych dzieci, ich izolacja od trudu rodziców byłaby akurat lekcją przewrotną i szkodliwą: wiem z własnego przedwojennego jeszcze doświadczenia, jakie znaczenie ma udział w pracy, realny, namacalny, byle miarkowany do sił dziecka. Owo wzywanie do mnożenia kolonii, czyli izolacji dziecka od jego realnego życia, wydaje mi się czasem dobrą wolą udzielania antylekcji życiowych.
W jednym z tygodników ilustrowanych opublikowano dopiero co pamiętnik czternastolatka, mający relacjonować jego zajęcia dzień po dniu. Zajęć tych – po szkole – jest akurat dużo: ping-pong i kibicowanie zawodom sportowym, kucharzenie i nawet lektura (o odrabianiu lekcji nie wspominając). A jednak nieustannym refrenem tych raportów jest sygnał: jak nudno. Nudno przez cały rok. Może dlatego, że ogromną połać czasu po szkole zajmuje życie na niby: ekran komputera migający grami, ekran telewizora z następnym programem rozrywkowym, komórka przekazująca coraz zwięźlejsze komunikaty. To wszystko najwyraźniej zawieszone w jakiejś idealnej próżni. A może nuda też dlatego, że w tych wszystkich relacjach brak jakichkolwiek odniesień do drugiego człowieka: wyczekiwanego spotkania z przyjacielem, rozmowy z matką czy ojcem o czymś ważnym dla chłopca, niechby i obowiązku zajęcia się na chwilę młodszym, utrapionym bratem. 
Bieda w tym, że w rezultacie komentatorzy pamiętnika biją się w piersi: za mało ich, naszych nastolatków, zabawiamy, za mało mają od nas ofert. Ofert, które może by ich zajęły. I raz jeszcze wraca „filozofia ryby”, z którą nie sposób się rozstać. Co tam wędka. Chodzi zdaje się o to nawet, aby ryba była przyrządzona i obrana z ości przed podaniem na stół...



 











 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl