Talent nadmierny

Bogusław Deptuła



Zdarzają się, choć rzadko, artyści z nadmiarem talentu. Mają niemal nieograniczone umiejętności i zdolności i nie do końca wiedzą, co z nimi począć. Takim właśnie artystą jawi się Bolesław Cybis na swej pierwszej monograficznej wystawie.


Życiorys Cybisa, członka-założyciela „Bractwa św. Łukasza”, jest jak na polskie warunki dość niezwykły i nieoczywisty. Pierwsze artystyczne kroki stawiał w 1917 roku w Charkowie w kubistyczno-futurystycznym „Związku Siedmiu” jako rzeźbiarz. Uciekając przed uściskiem rewolucji, wylądował w Konstantynopolu. Malował szyldy i dekoracje teatralne, a głównie głodował. O tym jest jego dziennik, publikowany we fragmentach w katalogu wystawy. 
Przybywszy do Warszawy, Cybis został uczniem Tadeusza Pruszkowskiego, wybitnego pedagoga, ale bardzo konserwatywnego twórcy. Dość prędko zdobył uznanie i pozycję w tym artystycznym kręgu, będąc może najciekawszym malarzem w całym Bractwie. Odbył podróż do Włoch, ale również do Afryki Północnej; ta druga wyprawa będzie miała ważne artystyczne następstwa. Wiosną 1939 wyjechał do Ameryki na Wystawę Światową w Nowym Jorku. Do Polski nigdy nie wrócił, do malarstwa też. W Ameryce założył studio ceramiki artystycznej, którego wyroby zyskały wielką popularność w Stanach, a Cybisa uczyniły człowiekiem bardzo zamożnym. Umarł na atak serca na Florydzie w 1957 roku, pochowano go w Princeton. 

Nietuzinkowy żywot, nieprzewidywalne artystyczne koleje Bolesława Cybisa nie ułatwiają oceny jego spuścizny. Można powiedzieć nawet coś bardziej zaskakującego: ta wystawa znacznie powiększa kłopot z jednoznaczną oceną jego twórczości. Paradoksalnie, znając mniej prac mogliśmy łatwiej, choć zarazem może prymitywniej o jego dokonaniach sądzić. 
Lata najmłodsze, spędzone na Ukrainie ogarniętej rewolucją i w Konstantynopolu, były czasem wdrażania się młodego artysty w dokonania sztuki ówcześnie awangardowej. Ocalałe z tego czasu niezbyt liczne szkice, rysunki i drobne prace malarskie pokazują Cybisa jako pojętnego ucznia. Sklejanie wielu przestrzeni na powierzchni jednej akwarelki, mieszanie porządków, kolażowe cytowanie rzeczywistości, dobrze świadczą o talentach młodego artysty. Wcześnie też można zobaczyć skłonność do patrzenia na świat w sposób pozbawiony czułostkowości, a może wręcz nieco szyderczy. Prawie karykaturalny charakter mają „Kobieta lekkich obyczajów” czy „Turecki dom publiczny” (1920-22). 
Może najlepiej o borykaniu się z nowoczesnością świadczy częsty u Cybisa motyw schodów. Schody to bardzo dynamiczny kompozycyjnie element, a dla Cybisa były chyba wręcz synonimem dynamizmu nowych czasów. Znajdziemy je zarówno w szkicach o futurystycznej stylistyce, jak i w symbolicznej wizji, ale też jako tło do akademickiego wręcz studium aktu. Schody pojawiały się u rosyjskich futurystów, niemieckich ekspresjonistów czy malarzy kubistów, jak choćby w słynnym „Akcie schodzącym po schodach” (1912) Marcela Duchampa. Znalazł się więc Cybis blisko wątków powszechnie w sztuce tego czasu podejmowanych. 
Nie inaczej było z manekinami, które dość licznie obecne są na jego rysunkach w 1925 roku. Cybis był już wtedy w kręgu oddziaływania Tadeusza Pruszkowskiego, już brał udział w malarskich plenerach w Kazimierzu Dolnym – a mimo to w jego dziele zjawia się manekin, inny wyróżnik nowoczesności. „Pittura metafisica” de Chirico i innych Włochów, czy potem lalka Bellmera, a bliżej nas literackie odpowiedniki w „Balu manekinów” Jasieńskiego i opowiadaniach Schulza, ponownie wpisują poszukiwania Cybisa w dość szeroką artystyczną perspektywę. 

Ostatecznie jednak Bolesław Cybis wybiera drogę bardziej tradycyjną, podąża za przykładem swojego nauczyciela „Prusza”, włączając się w szeroki nurt realizmów lat 20. i 30. We Francji ten nurt ma swego prekursora w osobie Picassa, który powraca do klasycznych wzorów, ale umie je też nonszalancko mieszać z doświadczeniami kubizmu i surrealizmu. Polska wersja powrotu do porządku przybiera formę najbliższą temu, co działo się w sztuce niemieckiej pod szyldem „Neue Sachlichkeit”, czyli Nowej Rzeczowości. 
Ideałem staje się doskonały warsztat, dbałość o kontakt ze sztuką dawnych mistrzów, szczególnie tych technicznie najsprawniejszych. Stąd główki rysowane sangwiną, jako żywo przypominające fizjonomiczne typy z kręgu Leonarda da Vinci. Ważne było, żeby proste nosy zaczynały się wprost od czoła, tak jak w posągu Wenus z Milo. Najbliżej tego ideału byli w naszej sztuce Eugeniusz Zak i Wacław Borowski. Bolesław Cybis nieco już się od tego ideału oddalał, bo do jego prac przeciekała groteska, do której miał chyba naturalną skłonność. Owa groteskowość na twarzach łowiczanek kryje w sobie niestety zapowiedź sztuki Jerzego Dudy-Gracza, o czym taktownie milczy w swoim tekście „Bolesław Cybis w kręgu europejskich inspiracji. Od Nowej Rzeczowości do Balthusa” Teresa Grzybkowska, choć pojawia się u niej inne, mniej ważne przywołanie Franciszka Starowieyskiego. Gdy tymczasem Duda-Gracz zawdzięcza Cybisowi prawie wszystko, a co nie jemu, to Linkemu, który też przeważnie od Cybisa się wywodzi. 
Łukaszowcy na swoich obrazach ścigali się z rzeczywistością, chcąc ją jak najwierniej na powierzchni obrazu oddać. Taka jest „Staruszka” (1927), siedząca nad gładkim i pustym talerzem na tle chropowatej ściany. Jednak najsensowniej doświadczenia te i poszukiwania zostały przez Cybisa zastosowane w serii kilku obrazów namalowanych po powrocie z afrykańskiej podróży. Szkicując w 1930 roku negroidalne typy, wyraźnie uległ fascynacji ich niezwykłą, rzeźbiarską urodą. Wykonane na miejscu szkice posłużyły jako materiał wyjściowy dla kilku znakomitych kompozycji powstałych w roku następnym. „Spotkanie”, „Ulica w Tripoli” i „Kaktusy” to obrazy wyjątkowe. Chropowata faktura ścian domów kontrastuje z gładką granatową karnacją Murzynek. Interesująca jest również swoista gra: co jeszcze obrazem jest, a co już nie, tak jak byśmy spoglądali na te scenki przez okno i niemal brali w nich udział. 
Po tych trzech doskonałych obrazach zapanował w twórczości Bolesława Cybisa jakiś nieład. Obrazy jakby przypadkowe, czasem na pograniczu kiczu, złe, pochlebne i ozdobne portrety, łzawa „Gazeciarka” (1935-36), niebezpiecznie zbliżający się do dziecinad Makowskiego „Gołębiarze” (1932-35). I wreszcie po tych niezbyt udanych próbach obraz jak fajerwerk, arcydzieło Dwudziestolecia, czyli „Primavera” z 1936 roku. 
Chuda blondynka w opadających czerwonych pończochach stoi przy stojaku z miednicą w kącie pokoju i próbuje rozczesać włosy. Jest niepiękna, jest przederotyczna, jest samotna i wzruszająca. I nie wiadomo skąd spadają na nią drobne kwiatki. Kwiatki wyglądają jak przerysowane z Botticellego i takie mają właśnie być. Cud niewinności, która za chwilę się skończy; już nie dziecko, ale na pewno jeszcze nie kobieta. Przywoływanie Lolity Nabokowa robi wrażenie grubego nietaktu, a i z dziewczynkami od Balthusa też niełatwo przeniknąć do tego ascetycznego wnętrza, bo w „Primaverze” nie ma za grosz kokieterii, a bez niej nie ma sztuki Francuza. 

Tym obrazem właściwie kończy się sztuka Bolesława Cybisa, może nie w sensie dosłownym, ale z pewnością artystycznym. Wiele pracował przy prestiżowych zamówieniach do pawilonu polskiego na wystawie światowej 1937 roku w Paryżu, dla statku „Batory”, dla gimnazjum polskiego w Gdańsku. Prace te pochłaniały artystę, nie zostawiając zapewne czasu dla malarstwa sztalugowego, czyli własnego. Te monumentalne dekoracje mają w sobie jakiś fałszywie ozdobny ton. Dużo w nich falbanek, chmurek i ozdóbek, a stąd już tylko pół kroku do powojennej amerykańskiej ceramiki, tak chętnie nabywanej na tamtej półkuli. Oglądając warszawską wystawę miałem nieodparte wrażenie, jakby Cybis nie dał sobie rady z nadmiarem i różnorodnością własnego talentu. Wygląda na to, że nadmiar może być nie mniej szkodliwy niż niedobór. 


„Bolesław Cybis 1895–1957”. Malarstwo, rysunek, rzeźba. Twórczość z lat 20. i 30. Komisarz Anna Prugar-Myślik, scenografia Wowo Bielicki. Muzeum Narodowe w Warszawie: 20 września – 3 listopada 2002. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl