Mali kandydaci w wielkim mieście

Andrzej Brzeziecki



W latach 90. w partyjnych młodzieżówkach widziano przyszłość polskiej polityki. Dziś też znani działacze w trakcie kampanii lubią otaczać się młodymi ludźmi, a jeszcze bardziej – wysyłać ich na ulicę z ulotkami. W nagrodę młodzi mogą wystartować w wyborach. Rzadko jednak z „mandatowych” miejsc – nawet, gdy nie chodzi o mandat posła, ale tylko radnego. Może jednak nie jest to przypadek: działalność młodych polityków to ciągła improwizacja, a choć reprezentują różne partie, to zwykle łączy ich brak kompetencji.


Tomasz jest wiceprzewodniczącym młodzieżówki Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Nie uważa obciążenia historycznego partii za problem. Zagadnięty o stosunek do PRL, nie chce dać jednoznacznej odpowiedzi. Przyciskany, niecierpliwi się: „Nie miałem z tym nic wspólnego, nie wracajmy do tego”. Do rady miasta kandyduje z szóstego, „niemandatowego” miejsca. Mimo to chce walczyć w wyborach, bo „warto się pokazać”. Ale nie potrafi powiedzieć, ilu członków liczy jego organizacja: „Przychodzą, odchodzą, to się ciągle zmienia”. Nienajlepiej ocenia szybkie kariery niektórych młodych SLD-owców – lepiej uczyć się polityki stopniowo. Proszony o ocenę posła Sebastiana Florka (wcześniej bohatera programu „Big Brother”), mówi, że nie zna jego osiągnięć. – „Czy byłbyś lepszym posłem od niego?” – pytam. – „Proszę o następne pytanie...”
Maciej kandyduje z Ligi Polskich Rodzin. Mówi o sobie „Polak-katolik”. Uważa, że w Polsce są środowiska reprezentujące obce interesy. Zastanawia go np., dlaczego z budżetu miasta finansowana jest wielka żydowska impreza. Pytany o zapowiedź ojca Rydzyka, że nie poprze żadnej partii, nie chce przyznać, iż czuje się zawiedziony. Mówi więc, że środowisko LPR jest pełne podziwu dla dzieła „jednego skromnego redemptorysty”. Wierzy też, że większość słuchaczy radia nie będzie miała problemu z wyborem. Obecną kampanię traktuje jako sprawdzian przed referendum w sprawie UE. A fakt, że Jan Paweł II popiera integrację Europy, komentuje krótko: „Polityka Watykanu nie zawsze jest zgodna z Polską”.
Grzegorz do Platformy Obywatelskiej trafił na samym początku jej istnienia. Wcześniej był w Unii Wolności. Teraz jest wojewódzkim szefem Młodych Demokratów i członkiem ich władz krajowych. Jest szósty na liście kandydatów do rady miasta z dzielnicy, w której nawet nie mieszka. Przyznaje, że nie ma szans zostać radnym. Nie czuje się mięsem armatnim, ale nie zamierza zbytnio się poświęcać zdobyciu mandatu. 
Artur jest członkiem władz wojewódzkich młodzieżówki Unii Wolności. Przyznaje, że liderzy partii są już właściwie nieobecni na scenie publicznej. Pytany o start w wyborach, mówi: „Unia promuje postawy obywatelskie, a kandydowanie jest taką postawą”. Jest piąty na liście, ale wierzy, że ma szanse: „Inaczej tylko zajmowałbym komuś miejsce”. Swą przyszłość widzi właśnie w polityce: „Właściwie już jestem politykiem, no, może w małym formacie”. Szybkie kariery młodych uważa za naturalne. Gdy pytam, który z młodszych polityków UW mógłby być jego ideałem, przyznaje, że nie ma takiego.
Piotr ma dystans do polityki: „Chciałbym być premierem, ale wolałbym być dobrym prawnikiem”. Jest szefem wojewódzkim młodzieżówki Prawa i Sprawiedliwości oraz członkiem jej władz krajowych. Mimo to do sejmiku wojewódzkiego kandyduje z odległej 10 pozycji. Taką przyznał mu zarząd partii. Władze PiS nigdy nie były przekonane do potrzeby istnienia młodzieżówki (powstałej początkowo dla... programu telewizyjnego) i jeszcze dziś nie ma ona w PiS mocnej pozycji – w radzie politycznej partii zasiada tylko jeden przedstawiciel młodych. „Na szybką karierę w PiS nie ma szans” – mówi Piotr. 
Młodzi działacze nie chcą przyznać, że starsi ich blokują. Lecz jedynie Maciej z LPR nie miał problemu, by zostać liderem listy. Twierdzi, że nie spotkał się z dyskryminacją partyjnej młodzieży przez starszych: „Chyba, że w zakulisowych rozmowach, ale tak jest wszędzie”. Artur (UW) nie narzeka na swoją pozycję, ale inny jego partyjny kolega nie kryje rozczarowania: obiecywano mu drugie miejsce, jednak wylądował na odległym, bez szans na mandat. „Jestem zającem” – mówi Piotr z PiS. Znaczy to, że jego zadaniem jest pozbierać głosy znajomych i zapracować na konto lidera. Grzegorz, gdy odchodził z UW, narzekał, że partia ta nie pozwala młodym na awans. Teraz przyznaje, że w PO też nie ma wielu możliwości awansu. Niewielki wpływ młodych na politykę partii tłumaczy brakiem wewnętrznej demokracji. 
Młodzi nie kryją się z negatywną oceną kłótliwości swych szefów. Twierdzą, że oni sami porozumieliby się łatwiej – dla nich podziały nie mają takiego znaczenia. Tomasz z SLD chce rozmawiać z nawet z LPR: „Starsi koledzy zapomnieli o problemach młodzieży, a razem moglibyśmy coś zrobić”. Podobnego zdania jest Artur z UW. Zresztą kandyduje m.in. po to, by odmłodzić samorząd: „Przez ostatnie lata panował zastój. Pojawiali się ci sami ludzie”. Według Grzegorza (PO) wraz z wiekiem polityków maleją szanse na wspólne działanie, a gdyby na centroprawicy doszło do „pałacowego przewrotu” i do władzy doszliby ludzie poniżej trzydziestki, powstanie dużej partii byłoby możliwe. 
Maciej, Grzegorz i Artur uważają obowiązującą ordynację za krzywdzącą ich ugrupowania, Tomasz jest gotów jej bronić. Jednak nie potrafią oni powiedzieć, czym konkretnie różni się system d’Hondta od St. League (sposoby przeliczania głosów wyborców na mandaty). Wszyscy deklarują, że przyglądają się pracy lokalnego samorządu, mają jednak kłopoty z opisaniem jego politycznego układu. Pytani o obecne władze, oceniają je zwykle negatywnie, ale tylko jeden potrafi wymienić prawie cały ich skład. Kandydaci do rady miasta nie umieją powiedzieć, jaka była ostatnia decyzja zarządu. Ci, którzy go krytykują, mówią o zadłużeniu miasta, jednak liczby nie są ich mocną stroną – nie znają, nawet w przybliżeniu, wysokości budżetu gminy (lub województwa). Żaden nie potrafi wymienić zapisanych w ustawie kompetencji ciała, do którego kandyduje, czyli tego, czego realizacji w imieniu wyborców chce się podjąć. Nie wszyscy nawet wiedzą, ilu członków będzie liczyć rada miasta, do której chcą się dostać. 
Socjolog Paweł Śpiewak komentował niedawno: „Kandydaci są po prostu nieprzygotowani. Nie mają podstawowej wiedzy o liczbie ludności, teatrów itp. Dlatego ta kampania jest nijaka, bo aby mieć realny program, trzeba dobrze znać lokalną rzeczywistość”.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl