List do Pana Boga


Miałem w swoim życiu okres, kiedymodliłem się na różańcu niemal codziennie (przynajmniej jeden dziesiątek). O ile sobie dobrze przypominam, nie była to modlitwa stricte kontemplacyjna, dlatego że z reguły towarzyszyła jej jakaś intencja. Przy Zwiastowaniu czy Nawiedzeniu modliłem się za znajome, które spodziewały się dziecka, przy Narodzeniu dziękowałem za szczęśliwe rozwiązanie, przy Biczowaniu modliłem się za torturowanych, przy Dźwiganiu krzyża – za obłożnie chorych, przy Zmartwychwstaniu – za zmarłych. Był to różaniec spraw ludzkich, modlitwa solidarności.
Ale pamiętam, że zdarzały mi się również takie momenty, kiedy nagle „zapatrzyłem się” w którąś z tajemnic. Moja myśl biegła wówczas ku jednemu konkretnemu wydarzeniu, które dana tajemnica opisuje. To, co się działo, działo się właściwie poza słowami: jedno po drugim „Zdrowaś” miało tylko pomóc przebyć pewną drogę. Akcent wówczas się przesuwał: był to różaniec spraw Jezusowych, modlitwa solidarności z Nim.
Dziś jedna rzecz uległa zmianie: bardzo rzadko modlę się na różańcu w pojedynkę. Cenię sobie natomiast każdą okazję, kiedy mogę go odmawiać w grupie, we wspólnocie. Ostatni wakacyjny obóz naszej wspólnoty (należącej do ruchu „Wiara i Światło”) był właśnie oparty na tajemnicach różańca. Każdy dzień odpowiadał jednej tajemnicy i przynosił jedno konkretne zadanie (np. Zwiastowanie – powiedz komuś coś miłego, Wniebowstąpienie – napisz list do Pana Boga). 
Różaniec wymaga od człowieka uznania prostoty za wartość. To, myślę, jest w nim najcenniejsze. Z tego zresztą względu jest to modlitwa bardzo demokratyczna: nie trzeba wiele umieć i rozumieć, żeby głęboko ją przeżywać.

 
Wojciech Bonowicz
(l. 35, redaktor wydawnictwa Znak, autor m.in. biografii ks. Józefa Tischera)

  




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl