Mieszaniny


W kuchni u Eilego

Jan Błoński




Pytają mnie nieraz znajomi, jak – zajmując się jednak trochę literaturą – radziłem sobie w czasach stalinowskich. Dawniej odpowiadałem, że siedziałem w kuchni u Eilego. Ale teraz mało kto już pamięta, co to za kuchnia, i kto to był Eile, więc muszę zacząć od początku.
Pod koniec studiów dostałem się za protekcją Henryka Markiewicza, który z dziennikarza przepoczwarzył się właśnie w profesora, do redakcji „Przekroju”. Zalecały mnie tam rudymenty literackiej wiedzy, tym bardziej potrzebne, że w braku nowej i „naszej” literatury, władze kazały pismu intensywnie popularyzować postępowych klasyków. Popularyzowałem więc jak umiałem, ale raczej nudno. Bardziej przydatna była dobra znajomość francuszczyzny. Twórca i redaktor „Przekroju”, Marian Eile, był człowiekiem wychowanym – jak większość ówczesnej elity – na kulturze francuskiej. I głównie z Francji czerpał nowiny i pomysły, podobnie jak jego słynny mistrz Mieczysław Grydzewski, redaktor przedwojennych „Wiadomości Literackich”, pierwszego polskiego tygodnika kulturalnego, który trafił do szerszej publiczności, osiagając zawrotny nakład dziesięciu tysięcy egzemplarzy...
Pomysłowość dziennikarska Eilego była legendarna: nie robił właściwie nic innego niż redagowanie „Przekroju”. Zjawiał się tam wcześnie rano i wychodził późnym popołudniem, aby zabrać się w domu do rysowania – dla „Przekroju”, rzecz jasna. I tak, w dwa, trzy lata, stworzył styl pisma, rozpoznawalny dziś jeszcze! Eile umiał też zapewnić sobie, nawet w najtrudniejszych latach stalinizmu, dopływ nowin z Paryża. Do redakcji przychodziło kilka tygodników i miesięczników, a nawet „Le Monde”, który z lubością studiowałem, z ogłoszeniami włącznie. Zjawiały się tam czasem albumy i książki. Najbardziej trafne przywoził Eilemu przyjaciel, ambasador Michałowski.
Wszystko to Eile przerzucał, a ponieważ miał nie tylko węch, ale także i smak, wyławiał sobie co najlepsze: tak na przykład już w 1952 roku uprosił Michałowskiego o Becketta. Byłem chyba jednym z pierwszych w Polsce, co przeczytali „Czekając na Godota”, a w każdym razie pierwszym – muszę się pochwalić – który o nim (w „Twórczości”) napisał, kiedy stało się to możliwe.
Rzecz jasna, w latach 1952–1954 bardzo niewiele z tych nowin trafiało do „Przekroju”: politycznie niewinne sensacje, często egzotyczne, obyczajowe michałki, anegdotki i dowcipy. I naturalnie moda, którą Jan Kamyczek – Janka Ipohorska – prezentowała tak, aby nie urażała proletariackich gustów. Moim zadaniem było raczej tłumaczenie, streszczanie, przysposabianie rozmaitych rozrywkowych kawałków. Wśród ogólnej nudy było tego dosyć, by przydać pismu nieco smaku i oryginalności.
Taka była kuchnia Eilego, jedno z lepszych miejsc na przeczekanie stalinizmu i socrealizmu, których końca spodziewano się zresztą – po cichu, cichutku! – raczej w wyniku wojny niż wewnętrznej reformy. Dziwne, jak to katastroficzne oczekiwanie wyparowało wszystkim z pamięci...




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl