Temida nieco ociemniała

Klaus Bachmann z Hagi



Proces przeciw byłemu prezydentowi Serbii i Jugosławii Słobodanowi Miloszeviciowi przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym dla byłej Jugosławii trwa już ponad rok – i na razie nie odsłonił prawdy o dramatycznej historii Bałkanów. Pokazał co najwyżej granice ponadpaństwowej sprawiedliwości. Kiedy niedawno w świetle jupiterów zeznawał prezydent Chorwacji Stipe Mesić, Miloszević, który osobiście przesłuchiwał świadka, atakował: „To pan zdradził Jugosławię i doprowadził do jej rozpadu”. 


Trzej sędziowie, oskarżyciele, oskarżony, obserwatorzy i tzw. amici curiae (przyjaciele sądu, czyli trzech niezależnych adwokatów, którzy mają dbać o uczciwość procesu i zrównoważyć brak obrońców, których nie chciał zatrudnić Miloszević) – wysłuchali już 131, w większości naocznych świadków.
 
„Jesteśmy super-uczciwi”
Świadkowie roztaczali obraz bezlitosnej wojny, wytoczonej im w Kosowie przez serbską armię. Zeznali, że żołnierze nie tylko równali z ziemią całe miejscowości i wypędzali mieszkańców do Albanii, ale z zimną krwią masakrowali też ludność cywilną, bombardując z moździerzy bezbronne wioski. Zeznawali również żołnierze serbscy – pod pseudonimami. Opisywali, jak ich koledzy na rozkaz strzelali do niemowląt lub mordowali poddających się cywili. Prominentni politycy zachodni opowiadali, jak informowali Miloszevicia o zbrodniach i grozili interwencją NATO, jeśli nie zahamuje ludobójstwa. 
Według statutu Międzynarodowego Trybunału Karnego dla byłej Jugosławii nie trzeba dowieść, że oskarżony wydał rozkaz dokonania przestępstwa. Wystarczy udowodnić, że wiedział o zbrodniach i nie zapobiegł im, choć miał taką możliwość. Na tej podstawie przed rokiem na 46 lat więzienia skazano generała armii bośniackich Serbów Radislava Krsticia, kata muzułmańskiej Srebrenicy w 1995 r. Zdaniem „przyjaciela sądu” i gwiazdy holenderskiej adwokatury Michaila Wladimirowa materiał zebrany do tej pory w sprawie Miloszevicia pozwala na wydanie wyroku skazującego. 
Tymczasem proces nie zmienił stanowisk zwolenników i przeciwników Trybunału. Dla pierwszych rozprawa zapowiada nową erę, gdy zniknie paradoks, że kto zabija jedną osobę, ląduje w więzieniu, a kto morduje całe narody, uchodzi za męża stanu i bohatera. Zdaniem przeciwników proces to zemsta zwycięskiego Zachodu nad pokonaną Serbią – wyrok dawno już zapadł, sądowa farsa ma go uwiarygodnić.
„Jesteśmy super-uczciwi wobec Miloszevicia” – przekonywała główna oskarżycielka Carla Del Ponte w czerwcu tego roku w Parlamencie Europejskim, podkreślając dużą swobodę, jaką na sali sądowej cieszy się Miloszević. Może bezpośrednio atakować świadków, zadawać im zawiłe pytania i podważać ich prawdomówność. Buta i arogancja oskarżonego przysporzyła prokuraturze masę kłopotów: świadkowie po prostu boją się przyjechać do Hagi. Jeden z nich odmówił składania zeznań, choć był chroniony, występował od pseudonimem, a z sali wyproszono publiczność. Miloszević ma – według statystyki przedstawionej przez oskarżycieli – 40 proc. więcej czasu na przepytywanie świadków niż prokuratorzy.
Jednak uczciwy proces powinien nie tylko dawać oskarżonemu szerokie możliwości obrony, ale także ujawnić całą prawdę, wszystkie dowody winy i niewinności. A z tym w Hadze jest gorzej. Rozprawa Miloszevicia, zależna od wielu interesów politycznych, odkrywa jedynie prawdę powierzchowną. Jest wydarzeniem historycznym, ale nie rozjaśniła tajemnic historii.
„Wspólne przedsięwzięcie zbrodnicze”
Ta powierzchowność wynika z rozbieżnej strategii oskarżycieli i oskarżonego. W normalnym procesie prokurator stara się udowodnić winę. W Hadze prokuratura ma jeszcze inny cel: przedstawić spójną interpretację rozpadu Jugosławii. A dokładniej: udowodnić tezę, że rozpad kraju spowodował Miloszević, który za pomocą nacjonalistycznej frazeologii i przemocy chciał utrzymać władzę i zbudować wielką, monoetniczną Jugosławię. Na tym miało polegać, zdaniem Carli Del Ponte, „wspólne przedsięwzięcie zbrodnicze”, łączące wydarzenia w Chorwacji, Bośni i Kosowie. Dlatego też toczy się jeden proces, a nie dwa lub trzy. 
Prokuratura wcale nie musiała badać motywacji Miloszevicia, aby oskarżyć go o ludobójstwo. Tymczasem dała mu świetny pretekst, aby mógł twierdzić, że proces ma charakter polityczny. W debacie proceduralnej z przewodniczącym sądu Richardem Mayem oskarżony tak nakreślił swą strategię: udowodni, że rozpad i zbrodnie w byłej Jugosławii były skutkiem trwającej dziesiątki lat (aż do dziś) zachodniej koalicji antyserbskiej. Sędzia przyjął tę linię obrony i eksprezydent może teraz pytać świadków o wydarzenia po natowskich bombardowaniach, czyli... po okresie objętym aktem oskarżenia. Ponadto Miloszević wikła świadków w polityczne polemiki, zamiast podważać obciążające go zeznania. Jest przekonany, że wyrok już zapadł. Pozostało mu ratować twarz.
Wydarzenia zza grubej, kuloodpornej szyby w sali numer jeden haskiego Trybunału przypominają sceny z hollywoodzkich dreszczowców sądowych: przedstawienie świadka, zeznanie, seria pytań. Trybunał, choć składa się tylko z zawodowych sędziów, opiera się na anglosaskich procedurach, charakterystycznych dla ławy przysięgłych. Obrona może wytykać niespójności w zeznaniach świadka, kwestionować ich wiarygodność... ale w Hadze nie ma na to ani ochoty, ani czasu. Z obawy, że proces będzie się ciągnąć bez końca, sędziowie narzucili ostre limity czasowe i merytoryczne. Od kilku miesięcy oskarżyciele ograniczają się do skonfrontowania naocznych świadków z ich wcześniej złożonymi zeznaniami i kilku dodatkowych pytań. Potem przesłuchanie zaczyna Miloszević. Sędzia May konsekwentnie odrzuca pytania o przekonania lub powiązania polityczne i finansowe świadka, upominając oskarżonego, że sąd nie jest miejscem dyskusji politycznych. I ma rację. Ale konsekwentne stosowanie tej zasady prowadzi czasem do ukrywania prawdy.

Raczak, CIA i Trzecia Rzesza
Jednym z kluczowych momentów było zeznanie niemieckiego generała Klausa Naumanna. Wiosną 1999 r. Naumann był przewodniczącym komitetu wojskowego NATO. Spotkał się z prezydentem Serbii tuż po wydarzeniach w miejscowości Raczak w Kosowie, gdzie policja i wojsko zaatakowały powstańców z Wyzwoleńczej Armii Kosowa (UCK). Obserwatorzy OBWE odkryli tam zwłoki ponad 40 ludzi, w tym dzieci i kobiet. Niektórych zastrzelono z niewielkiej odległości. Według zeznań szefów misji OBWE w Raczaku doszło do egzekucji bezbronnych cywili, a działania Serbów były niewspółmierne do zagrożenia ze strony albańskich partyzantów (NATO uważało ich wtedy jeszcze za terrorystów). Zdaniem Miloszevicia była to zwykła akcja przeciw separatystom, a amerykańscy agenci przedstawili ją jako masakrę, aby usprawiedliwić późniejsze naloty na Jugosławię. 
Nie ulega wątpliwości, że wydarzenia w Raczaku przyczyniły się do zmiany nastawienia zachodniej opinii publicznej do Kosowa i posłużyły NATO jako argument za bombardowaniem Jugosławii. Ale z punktu widzenia prawa nie to jest najważniejsze. Podczas przesłuchania przez Miloszevicia Naumann przyznał, że wszystkie informacje o Raczaku otrzymał od szefa misji OBWE, amerykańskiego dyplomaty i byłego współpracownika CIA Williama Walkera. Walker jest uważany – nie tylko przez Serbów – za sympatyka albańskiego ruchu niepodległościowego. Zręczny obrońca starałby się więc udowodnić albo choćby sugerować, że zeznania Amerykanina podyktowane są niechęcią do Serbów. Więcej: skoro Miloszević wiedział, że Naumann słyszał o Raczaku tylko od Walkera, to nie musiał serio traktować informacji o masakrze. W ten sposób adwokat mógłby podważyć argumentację oskarżycieli, że Miloszević celowo ignorował wiadomości o zbrodniach. Ale Miloszević broni się sam, do tego nieudolnie: pytał Walkera o jego powiązania z CIA, zamiast konfrontować świadka z jego jednoznacznie proalbańskimi wypowiedziami. Z kolei Naumanna wypytywał o historyczną rolę Niemiec na Bałkanach, sugerując, że dzisiejsza polityka Berlina to kontynuacja planów Trzeciej Rzeszy – i sędzia May uciął ten wątek. 

Wiarygodność: kogo to obchodzi?
To już reguła w tym procesie: badanie wiarygodności świadków odbywa się nie przez stawianie im podchwytliwych pytań, tylko przez proste pytanie, czy uważają się za obiektywnych. „Jeśli chce Pan wiedzieć, czy świadek ma uprzedzenia wobec Pana, które mają wpływ na jego zeznanie, to niech Pan świadka zapyta” – mówi na ogół sędzia May. Również amici curiae nie próbują zgłębiać motywacji świadków.
Czy świadkowie z Kosowa, opowiadający o okrucieństwach Serbów, zostali przeszkoleni przez UCK i dlatego milczą o ciemnych stronach działalności albańskich partyzantów? Trybunał może ukarać krzywoprzysięstwo, gdy ujawni je podczas pobytu świadka na sali sądowej. Potem może liczyć co najwyżej na dobrą wolę kraju, do którego powrócił przesłuchiwany. Tylko raz udało się Trybunałowi wykryć kłamstwo na sali sądowej: świadka przekazano bośniackiemu rządowi. Do dziś nie wiadomo, czy ukarano go za krzywoprzysięstwo. 
Na ile wiarygodni są świadkowie, którzy wiedzą, że czeka ich raczej zemsta kosowskich partyzantów za niewygodne dla nich zeznania niż sankcje ze strony Trybunału? Czy albańskie sympatie Walkera wpłynęły na jego zeznanie? Na te pytania nikt podczas rozprawy nie szukał odpowiedzi. Dochodzenie w sprawie Raczaku odsłoniło także inne słabości Trybunału: przed zwykłym sądem trwałoby przynajmniej rok, Haga uporała się z nim w kilka tygodni, ale Trybunał nie wyjaśnił, ilu było zabitych i w jakich okolicznościach zginęli. Wiadomo tylko, że dziewięć z ponad 40 ofiar to członkowie UCK i że zdaniem zachodnich ekspertów Serbowie nadużyli siły i zorganizowali masakrę. Ale gdzie przebiega granica między „odpowiednim” użyciem sił wobec separatystów a przesadnym okrucieństwem? „Jaką ilość cywilnych ofiar uważałby Pan za stosowną, by akcji nie oceniać jako okrucieństwo?” – zapytał Miloszević jednego z ekspertów. Nie usłyszał odpowiedzi. 
Prokuratorzy powołali na świadka byłego szefa serbskiej bezpieki Rade Markovicia, przyjaciela oskarżonego. Zgodnie z oczekiwaniami potwierdził, że prezydent Serbii był na bieżąco informowany o wydarzeniach w Kosowie. Ale zaraz dodał, że Miloszević zawsze zabraniał stosowania represji wobec albańskich cywili, kazał ich nawet bronić. Opowiadał też, że obecny minister spraw wewnętrznych Serbii wyciągnął go z aresztu śledczego (był podejrzany o zlecenie zamachu na Vuka Draszkovicia) i zaoferował mu nowy paszport plus wyjazd na Zachód w zamian za obciążające Miloszevicia zeznania. W ten sposób Belgrad miał zyskać pretekst, by sądzić Miloszevicia w kraju i uniknąć poniżającego przekazania go Trybunałowi w Hadze. Sędzia May i ten wątek przerwał jako nieistotny, choć miał on kapitalne znaczenie dla oceny wiarygodności jednego z kluczowych świadków oskarżenia.

Góra urodziła mysz
Marković jest jednym z tajemniczych insiderów, mających zeznawać przeciw Miloszeviciowi członków władz bądź armii, którymi Carla Del Ponte przechwalała się przed procesem. Ale góra urodziła mysz. Pomijając Markovicia, który okazał się być raczej świadkiem obrony niż oskarżenia (Miloszević przeszedł z nim podczas przesłuchania na ty), chodziło o kilku mało istotnych i wiarygodnych świadków: członków serbskich oddziałów pacyfikujących albańskie wioski (ale nie Serbów!) oraz jednego polityka i współpracownika służb specjalnych, który zeznał, że Miloszević już w 1997 r. planował czystki etniczne w Kosowie. Z kolei Zoran Lilić, były prezydent Jugosławii i doradca Miloszevicia przyjechał do Hagi, ale nie zeznawał, bo prezydent Vojislav Kosztunica nie zwolnił go z tajemnicy państwowej.
Aby skazać Miloszevicia za sprawstwo kierownicze w przypadku zbrodni w Kosowie, można by się jeszcze odwołać do jego konstytucyjnych uprawnień. Gorzej jest z Bośnią i Chorwacją: formalnie Miloszević nie miał żadnej władzy nad oddziałami tamtejszych Serbów. Tu potrzebni są nie tylko insiderzy, ale i zachodni politycy, którzy opowiedzą o zależnościach między Belgradem a bośniackimi i chorwackimi Serbami.
Ale świadkowie ci w ogóle nie pojawili się w Hadze, ponieważ Carla Del Ponte nie mogła dogadać się z Waszyngtonem, który domaga się obrad za zamkniętymi drzwiami. Państwa współpracujące z Trybunałem swobodnie decydują, czy zwolnić urzędników i polityków z tajemnicy państwowej. Prace Trybunału są uzależnione od dobrej woli poszczególnych rządów, a ta od koniunktury politycznej i dyplomatycznych interesów. Tę sytuację doskonale ilustruje proces Biljany Plavszić, byłej prezydent Republiki bośniackich Serbów, oskarżonej o ludobójstwo i zbrodnie przeciwko ludzkości. Na początku października jej obrońcy nagle ogłosili, że Plavszić jest gotowa przyznać się do winy w przypadku jednego z pięciu zarzutów. Prokuratura przyjęła ofertę. Nie będzie procesu, jedynie debata o wysokości kary. Jeśli kara nie będzie wysoka, Plavszić będzie zeznawać jako świadek oskarżenia w sprawie Miloszevicia. Po takim targu zamiast sprawiedliwego, skrupulatnego procesu pozostał niesmak.
Są też inne problemy: Trybunał dla byłej Jugosławii konsekwentnie odmawia wprowadzenia apelacji przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Ale gdzie skazany będzie mógł się ubiegać o wznowienie procesu, jeżeli po 2008 r. (Trybunał dla b. Jugosławii zakończy wtedy działalność) nagle pojawiają się nowe dowody, dotąd zamknięte z politycznych względów w tajnych kancelariach w Londynie, Berlinie, Waszyngtonie albo Belgradzie? Odpada bowiem też Międzynarodowy Trybunał Karny, którego statut wszedł w życie 1 lipca 2002 r. – zajmuje się więc tylko tymi zbrodniami, do których doszło po tej dacie. 
Proces Miloszevicia nie wyjaśnił tajemnic rozpadu Jugosławii, na razie co najwyżej przeciwstawił racje walczących stron: Albańczyków, Serbów, Chorwatów, NATO. Nie radzi sobie nawet z czysto prawną oceną zbrodni. Ilustruje natomiast wszystkie słabe strony stosowania ponadpaństwowej, międzynarodowej sprawiedliwości. I w tym sensie jest ostrzeżeniem przed nadmiernie rozbudzonymi nadziejami wobec od początku tak kontrowersyjnego Międzynarodowego Trybunału Karnego.



Międzynarodowy Trybunał Karny dla byłej Jugosławii (The International Criminal Tribunal for the former Yugoslavia) został powołany na mocy umowy z Dayton i zajmuje się wyłącznie zbrodniami na terenie dawnej Jugosławii przed jej rozpadem (www.un.org/icty).

Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości (The International Court of Justice) jest Trybunałem, który rozstrzyga spory między członkami Narodów Zjednoczonych. Nie ma charakteru karnego i nie posiada prokuratora (www.icj-cij.org).

Międzynarodowy Trybunał Karny (The International Criminal Court) nie działa w ramach ONZ, został powołany przez ponad 60 państw-sygnatariuszy (w tym przez Polskę) wyłącznie celem osądzania najcięższych zbrodni (przeciw ludzkości, wojennych i ludobójstwa), gdy państwa mające prawo do ich osądzania tego nie czynią i tylko wobec zbrodni, do których doszło po 1. lipca 2002 (www.un.org/law/icc).


Wszystkie Trybunały mają siedzibę w Hadze.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 43 (2781), 27 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl