Spory-polemiki


Czy sekty są fajne?



Ceniąc prawdziwe spory, z przyjemnością spoglądam na polemikę ojca Piotra Lichacza OP z felietonem Jacka Podsiadły „Sekty są fajne” („TP” nr 34/2002). Co prawda w sporze łatwo o przesadę. Ojciec Lichacz pisze tak, jakby było nie do pomyślenia, że Dominikańskiemu Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach w Krakowie może zdarzyć się niepokojenie „Bogu ducha winnych ludzi, wyznających inną niż większość z nas wiarę”. Przynajmniej teoretycznie coś takiego zdarzyć się może, więc tekst Jacka Podsiadły można potraktować jako cenną przestrogę. Jacek Podsiadło ze swej strony demonizuje obraz Centrum w Krakowie, ale czyni to w obawie przed demonami, jakie w naszym narodzie wyzwala wezwanie do walki ze wszystkim/wszystkimi co/kto jest „inne”/„inny”. Przy okazji o. Lichacz jasno wyjaśnił, czym zajmuje się Centrum, a Jacek Podsiadło, też jasno, raz jeszcze wyraził swoje obawy, uzasadnione w społeczeństwie za cepy łatwo łapiącym. W tym ostrym sporze można było zobaczyć obie strony medalu, co zaś do Centrum w Krakowie – sądzę, że panujące tam poglądy niewiele mają wspólnego z poglądami byłego posła Ryszarda Nowaka. 
Nie wiem, czemu nasz felietonista uparcie tytułuje ojca Piotra Lichacza OP –„panem”. Za coś takiego niektórzy duchowni w Polsce się obrażają. Mam nadzieję, że ojciec Piotr tego nie zrobi. Zastąpienie kościelnego tytułu świeckim nie zawsze jest w intencji mówiącego deprecjacją. Czasem bywa wprost przeciwnie.
Na tej wymianie poglądów dyskusję kończymy. 


Ks. ADAM BONIECKI



Z przykrością przeczytałem felieton Jacka Podsiadły. Nie każdy nowy ruch religijny można nazwać sektą. Jedynie takie, które działają destrukcyjnie na członków, uzasadniając przy tym ideologicznie swą działalność. Nadużycia zdarzają się w każdej religii i wyznaniu. W sekcie jednak należą one do zwyczajnej jej działalności. Przyzwala się na nie w imię tożsamości religijnej. Socjologiczne rozumienie pojęcia „sekta” nie jest powszechnie używane. Przyjęło się, że sekta to coś niedobrego, i krzywdzące byłoby nazywanie każdego nowego ruchu religijnego sektą. Nie wszystko, co nowe, jest złe! Marzy się felietoniście zróżnicowanie ocen w mówieniu o sektach, ale nie wiadomo, przeciwko czemu się buntuje. Czy przeciwko temu, że pojęcie sekty ma wydźwięk negatywny? Dlaczego by się nie buntować wobec tego, że ignorancja ma wydźwięk negatywny? Czy zatem nie można by napisać felietonu, że ignorancja jest fajna? 
Wrzucanie wszystkiego do jednego worka nie służy rzetelności myślenia. Gładkie przejście od sieci centrów informacji o sektach i nowych ruchach religijnych do niewidzialnej ręki wypisującej słowo SEKTA na plakacikach informujących o spotkaniach różnych nieformalnych grup, może miało być prowokacyjne, a stało się niesprawiedliwe. Podobnie jest z zestawieniem tychże centrów z nawiedzonymi fanaberiami znalezionymi w internecie. Na złośliwe wygląda dopowiedzenie do fragmentu naszej deklaracji: „Nie zajmujemy się prowadzeniem katalogu grup kultowych z podziałem na dobre i złe”. Nie uważamy wszystkich grup kultowych za złe, jak nam to sugeruje p. Podsiadło (Kościół katolicki również trzeba nazwać grupą kultową), nie czujemy się jedynie w przeprowadzaniu takich podziałów kompetentni. Fenomen nowych ruchów religijnych jest na tyle zróżnicowany, że tłumy naukowców głowią się nad tym, jak zakwalifikować daną grupę kultową. Natomiast nasze centra informacji nakierowane są na pomoc osobom, które stały się ofiarami manipulacji psychologicznej czy doktrynalnej związanej z działalnością religijną, a trzeba powiedzieć, że przychodzą do nas również ofiary działalności osób, które działają pod szyldem Kościoła katolickiego. To również przestrzeń naszej troski. Oprócz pomocy pokrzywdzonym służymy też działalnością prewencyjną poprzez przeprowadzanie prelekcji w szkołach i na uczelniach wyższych. Felietonista „TP” odbiera takie działania jako starania Kościoła katolickiego o „rząd dusz”, bo ateiści rzekomo nie zajmują się sprawą sekt. Wystarczyłoby dokładniej poszukać w internecie i zobaczyć, jak przedstawia się sprawa w innych krajach Europy... 
Pisząc, że „sekty są fajne” autor nie miał przed oczyma bezradności rodzin, gdy bliska im osoba została przez sektę oszukana, pozbawiona zdolności krytycznego myślenia i, trwając w świecie iluzji, traktuje swych najbliższych jak potępieńców. Nie miał w pamięci osób, które po „religijnych przygodach” nie mogą pozbyć się obsesyjnych myśli samobójczych. Chyba nie miał również na uwadze ludzi przepełnionych niezrozumiałym lękiem przed wyimaginowanym zagrożeniem, wpojonym pod pretekstem religijnym przez kogoś, którego intencje pozostaną nieodgadnione. Gdyby było inaczej, tekst musiałby być inny.


Piotr Lichacz OP
(pracownik Centrum w Krakowie)


*

Choć jestem wierzącym i praktykującym katolikiem, teza mojej pracy magisterskiej była podobna do tej z tekstu Jacka Podsiadły. Podpisuję się pod każdym jego zdaniem. Dodam, że utrudniając rejestrację nowych związków wyznaniowych, pozbawia się państwo informacji, jakie można by wówczas uzyskać; pozostawia się poza kontrolą małe grupy, które ze względu na utrudnienia nigdy do takiego postępowania nie przystąpią, a przecież działalności nie zaprzestaną. Władze szczycą się statystyką „zastopowania” rejestracji nowych związków. W pracy napisałem, że to manipulowanie rzeczywistością społeczną za pomocą statystyki.


JAROSŁAW PUCEK 


*

Nie warto walczyć z pejoratywnym znaczeniem terminu „sekta”. Łatwiej obronić przed nietolerancją, działającą godziwie, małą grupę wyznaniową, głosząc, że nie zasługuje ona na miano sekty, niż twierdzić, że grupa jest co prawda sektą, ale godziwą (fajną). Przeczytałem w dzienniku „Le Monde” opis pomysłu Maharishi Mahesha, proponującego, że za 0,03 część budżetu wojskowego USA (1 mld USD) wyszkoli 40 tys. ekspertów medytacji, których połączony wysiłek da światu pokój. Pismo (niezbyt przyjazne katolickiej wizji społeczeństwa) komentuje: „To wszystko może wydawać się całkowicie niepoważne. Ale Maharishi Mahesh jest jedynie »oświeconym«, a sposób jego działania odpowiada wszystkim cechom działalności sekt (osobiste wzbogacenie guru, manipulowanie psychiczne adeptami). Od prostej metody relaksacji, najwyraźniej nieszkodliwej, Maharishi Mahesh zmierza ku prawdziwej próbie infiltracji władzy. Sekta przyjęła w ten sposób kostium polityczny, jako partia prawa naturalnego obecna w wielu krajach. We Francji wystawiła kandydatów w wyborach parlamentarnych w 1993 r., powodując niepokój stowarzyszeń walczących przeciw sektom. Nie wszystkim jego działania przynoszą więc pokój”. Front walki z sektami nie jest zbieżny z frontem katolicy – mniejszości religijne. 


ANDRZEJ SZPOR


*

Jacek Podsiadło cytuje fragment wypowiedzi matki, której córka, wchodząc w strukturę grupy religijnej, oddała jej posiadane dobra. Kwituje to porównaniem do znanego sobie przedstawiciela tegoż ruchu, proponującego mu gratisowe usługi drukarskie. Owszem dowcipne. Myślę jednak, że wspomnianej kobiecie, z racji jej przeżycia, należałoby się więcej wrażliwości. No chyba, że jej wyznaniu Jacek Podsiadło nie wierzy. Ale dlaczego miano by wówczas wierzyć jemu?


JERZY ROT


*

Podzielam poglądy Jaceka Podsiadły, także te o sektach, choć nie wiem, czy „są fajne”, bo żadnej nie znam. Ponad 50 lat temu chadzałem do baptystów, metodystów, adwentystów, zielonoświątkowców, bo nudziłem się w mym ewangelicko-augsburskim Kościele. W końcu go opuściłem, wiążąc się z katolicyzmem ukazanym mi w pełni logicznej, filozoficznej i teologicznej argumentacji, umotywowanej dodatkowo doskonałą znajomością historii Kościoła, przez narzeczoną, a potem żonę. Tamte wyznania Kościół katolicki przestał nazywać sektami, nazwę tę przeznaczając dla nowych „braci odłączonych”, z tradycyjnymi formami nieprzyjaźni, o jakich pisze Podsiadło. Na wielu płaszczyznach religijności pozostaję, mimo upływu tylu lat, tolerancyjny wobec inaczej niż ja myślących, wierzących i praktykujących.


JAN KEPLER


*

Nie przyjmuję propozycji zabawy w głuchy telefon, którą proponuje Piotr Lichacz OP. Proszę nie udawać, że nie rozumie Pan moich nieskomplikowanych myśli. Zadaje mi Pan zagadki, na które odpowiedziałem już w felietonie, ale skoro Pan nalega, powtórzę. Różnica między negatywnym wydźwiękiem słowa „sekta”, a negatywnym wydźwiękiem słowa „ignorancja” jest ta, że słowu „ignorancja” wydźwięk ten towarzyszył już kiedy człowiek wypowiedział je po raz pierwszy, zaś słowu „sekta” towarzyszy od czasu nie dłuższego, niż czas istnienia organizacji propagandowych takich jak ta, którą Pan reprezentuje. Ponieważ mówimy o sprawach oczywistych, odwdzięczam się zagadką, która może być pomocna w rozróżnianiu rzeczy godziwych i niegodziwych, do czego mój tekst zachęcał. Zagadkę tę zadała Pippi Lĺngstrump niemiłemu panu, któremu tak dalece nie podobały się jej rude kudły, że spytał ją, czy wie, jakie jest podobieństwo między nią a zapalaną właśnie zapałką. W rewanżu Pippi spytała, jaka jest różnica między koniem a małpą, a wobec braku odpowiedzi dodała: „Powiem ci coś, co może cię naprowadzić. Gdybyś zobaczył ich dwoje razem pod drzewem i jedno z nich zaczęłoby włazić na drzewo, to nie będzie koń”.
Zgadza się, że czytając teksty nieprzyjazne sektom (proszę się tej nieprzyjaźni nie wypierać ani nie nazywać jej „przestrzenią troski” – to naprawdę nie może być koń!) mam problemy z odróżnieniem „rzetelności myślenia” od „nawiedzonych fanaberii”. Ale też nie jest to łatwe. Kiedy czytam wypowiedź (dla gazety o wielotysięcznym nakładzie) lidera Ogólnopolskiego Komitetu Obrony przed Sektami i byłego posła Ryszarda Nowaka, a w niej: „Spośród sekt działających w Polsce najbardziej niebezpieczna jest japońska sekta Najwyższa Prawda. (...) Miarą tego, jak są niebezpieczni, jest fakt, że zabrali się już za produkcję bomby atomowej”, to z czym mam do czynienia? Z wiedzą, nawiedzoną fanaberią czy zaledwie z nawiedzeniem pospolitym? 
Muszę też przyznać Panu, i innym korespondentom, że rzeczywiście zlekceważyłem nieszczęście, jakim dla niektórych bywa wstąpienie kogoś bliskiego do sekty. Ostatnie zdanie listu Jerzego Rota uświadomiło mi nawet, że rzeczywiście nie dowierzam tej kobiecie, która miała powiedzieć o córce: „Oddawała stypendium i kosztowności za możliwość bycia w grupie”. Zastanowiłem się i wiem, dlaczego. Troszkę z podejrzliwości detektywa-amatora, bo kto dostaje stypendium, raczej nie posiada kosztowności, ale przede wszystkim dlatego, że zmiany w zachowaniu młodych ludzi podawane często jako oznaki przystąpienia do sekty, wielokrotnie już opisano jako oznaki dojrzewania, a większość z nich sprawdza się też jako oznaki neofityzmu. Wierzę w problemy rodziców, tylko często wątpię, czy prawidłowo identyfikują podłoże tych problemów. Wzmiankowany Ryszard Nowak podaje przykład: „Dzwonią zaniepokojeni rodzice, gdy dziecko po powrocie z wakacji zaczęło ubierać się na czarno i wyrażać się wulgarnie”. A może niepokój jest zbędny? Może dziecko zainteresowało się poezją i jego idolem został Marcin Świetlicki? Może dziecko zakochało się i jego wybranka powiedziała, że ładnie mu w czarnym? Podejrzewam, że młodzi ludzie częściej porzucają rodziny i odchodzą do sekt nie z powodu wysokiej specjalizacji sekciarskich „werbowników”, ale z powodu fatalnego stanu życia rodzinnego. Z powodu nieumiejętności rozmawiania z własnym dzieckiem, także o poezji i miłości.
Mój felieton zawierał przede wszystkim dwa postulaty: żeby nie zmieniać utrwalonego od wieków znaczenia słowa „sekta” i żeby zniszczyć sekty produkujące bomby atomowe, zmuszające do prostytucji i kazirodztwa itp., a zostawić w spokoju Bogu ducha winnych ludzi, wyznających inną niż większość z nas wiarę. Przypominam, że jedyną w Polsce sektą podejrzewaną o nakłanianie do nierządu, pedofilię i produkcję filmów pornograficznych jest „Rodzina miłości”, której liczebność u nas szacuje się na 150-300 osób, wcale nie kryjących się w jaskiniach Tora-Bora. Wyłapanie tych osób, dotarcie do studiów, gdzie kręcą swoje filmy i ocalenie gwałconych dzieci powinno być dla służb chroniących nasze państwo równie łatwe, jak pacnięcie starej, nieruchawej muchy. Zamiast tego mamy do czynienia z obłędną akcją straszenia sektami, w której logiki i faktów znajdziemy niewiele więcej, niż w straszeniu Czarną Wołgą. Może mówiłbym o tym z mniejszą pasją, gdybym nie żył w narodzie tak skłonnym do pogromów, że wystarczy mu krzyknąć „A tamci jedzą dzieci” lub „Robią bombę atomową!”, a już leci z cepami, obcążkami i krzyżem. Sami wiecie, jak łatwo poszturchnąć kogoś w zamieszaniu, w którym doznać urazu mogliby też mój znajomy wielbiciel Kryszny i jego drukarnia, a w mojej „przestrzeni troski” jest miejsce także i dla nich.


JACEK PODSIADŁO

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 42 (2780), 20 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl