Przegląd prasy

Moda na lek i lekarza


Medycyna – niegdyś nauka pochylająca się nad człowiekiem, staje się coraz bliższa inżynierii, gdzie diagnozuje się i „naprawia” poszczególne „podzespoły” ludzkiego organizmu. Przeradza się też – z rodzaju elitarnej i opartej na autorytecie sztuki – w zwykłą usługę. Tym samym coraz więcej zależy w niej już nie od wiedzy, ale od mody – pisze w RES PUBLICE NOWEJ (10) Stefan Bogusławski, lekarz, badacz rynku ochrony zdrowia.
W ostatnich kilkudziesięciu latach doszło do fundamentalnej zmiany w zakresie wiedzy medycznej: zaczyna ona przyrastać w tak szybkim tempie, że lekarze nie są w stanie śledzić nie tylko nowości, ale nawet trendów w poszczególnych dziedzinach. Efektem jest postępująca specjalizacja albo też stosowanie uproszczonych metod postępowania, opartych o schematyczne działania i powierzchowną wiedzę. 
Ponadto dla praktykujących lekarzy głównym źródłem najświeższych informacji stał się przemysł farmaceutyczny i sprzętowy. To on organizuje konferencje i dostarcza reklamy najnowszych leków i urządzeń medycznych oraz metod diagnostycznych i terapeutycznych. Kolejnym ważnym źródłem wiedzy są wskazówki i rekomendacje kolegów po fachu. Zdecydowana mniejszość lekarzy regularnie korzysta za to z publikacji stricte naukowych. Gdy dodać do tego niedostatek stuprocentowych autorytetów w środowisku medycznym, mogących skutecznie weryfikować nowe, ale nieskuteczne bądź nic nie wnoszące leki i metody, jasne staje się, jak łatwo można dziś wykreować modę na kolejne panaceum czy terapię. 
Przykładów lekarskich mód jest wiele. Ot, choćby nadużywanie antybiotyków: przedwczesne bądź nieuzasadnione zażywanie najnowszych ich generacji prowadzi do uodparniania się kolejnych szczepów bakterii. Albo „nadrozpoznawanie” niektórych chorób przez lekarzy: najpierw telewizja w atmosferze sensacji donosi o kolejnym groźnym schorzeniu i jego objawach; reakcją są tabuny zaniepokojonych ludzi, którzy odnajdują u siebie te oznaki i zgłaszają się do lekarzy; ci zaś, próbując nie zawieść pacjentów-klientów, potwierdzają, że jest to owa znana z mediów choroba i zaczynają ją „leczyć”. 
Bo właśnie: ostatnie lata przyniosły też zasadniczą zmianę we wzajemnych relacjach pacjentów i lekarzy. Dziś pacjent wie co nieco o dolegliwościach, jest też – co najmniej tak samo jak lekarz – podatny na mody oraz, co najważniejsze, płaci – a zatem wymaga. „Pacjent już nie szuka u lekarza autorytetu, bo wie, że go tam nie znajdzie”. Wierzy za to w „autorytet” badania czy metody terapeutycznej. W efekcie lekarz staje się tylko „inżynierem obsługującym machinę medycyny”. Teoretycznie ma on dalej głos decydujący co do wyboru terapii, ale skoro pacjent płaci, to i wymaga. Jeśli więc zachęcony reklamą, opinią znajomych czy rodziny domaga się zastosowania modnych metod diagnostycznych bądź leków, to je dostaje. Zresztą, który z lekarzy nie chciałby być nowoczesny? Przecież jeśli rozejdzie się wieść, że wzbrania się on przed zapisywaniem najsłynniejszych specyfików, pacjenci go porzucą.
W efekcie medycyna zaczyna być traktowana jako zwykła usługa, a ta – jak każdy produkt – jest przedmiotem handlu i reklamy, a sposób korzystania z niej stanowi wyznacznik statusu społecznego. Tak właśnie nakręcały się mody na tomografię komputerową czy „pigułki szczęścia”. Ze złym nastrojem czy nieśmiałością da się żyć – jednak zamożne warstwy bogatszych społeczeństw uznały, iż skoro medycyna zna lek pozwalający pozbyć się tych problemów, to – choć jest on drogi – trzeba po niego go sięgnąć. Stąd właśnie moda na prozac. 
„Wydawać by się mogło, że z powyższego opisu wyłania się ponury obraz skrajnie skomercjalizowanego świata medycyny, gdzie posługiwanie się wartościami tradycyjnie należącymi do kategorii wyższych zamieniono na transakcje kupna-sprzedaży”. Ponadto, co może ważniejsze, wiele osób choruje albo umiera z powodu nadużycia leków lub nieprawidłowego ich zastosowania. Ale przecież równocześnie współczesna medycyna jest nieporównywalnie skuteczniejsza niż dawniej. Miliony ludzi żyją dzięki nowoczesnym lekom, metodom diagnostycznym i technikom operacyjnym. Młodzi lekarze domagają się dostępu do coraz to nowych urządzeń, dzięki którym mogą wykonywać zabiegi dotychczas niemożliwe do wykonania, obniżające ryzyko powikłań czy choćby tylko pozwalające znacznie skrócić konieczny czas pobytu pacjenta w szpitalu.
A co można mieć przeciwko temu, że kobiety chcą dziś regularnie przeprowadzać badania mammograficzne – nawet jeśli wynika to głównie z mody? 


KB
 




 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 42 (2780), 20 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl