Noble 2002: nagroda pokojowa, literatura, medycyna




Jimmy Carter: Nobel pokoju i dylemat wojny

Wojciech Pięciak 



Stefan Kisielewski pisał kiedyś, że wolności i pokoju pogodzić się nie da. Jeśli przyjąć, że zmiana w myśleniu o „wojnie i pokoju”, której wyrazem stała się interwencja w Kosowie, była pozytywna, przyznanie pokojowego Nobla Jimmy’emu Carterowi odczytać trzeba jako regres.


Pokojowa Nagroda Nobla zawsze miała i ma dodatkowy wymiar: jest nie tylko nagrodą za zasługi na rzecz pokoju i praw człowieka, ale także, a czasem przede wszystkim, sygnałem politycznym. Tak było, kiedy Nobla dostawał Nelson Mandela (w RPA panował jeszcze apartheid) czy Lech Wałęsa (ileż nadziei przyniosła ta nagroda w ponurym roku 1983!). Nie tylko nagrodą, ale też sygnałem były Noble dla Peresa i Arafata oraz dla Hume’a i Trimble’a, za doprowadzenie do umów pokojowych na Bliskim Wschodzie i w Irlandii Północnej (dziś pierwsza jest martwa, druga w impasie). W 2001 r. nagrodzono ONZ i jej szefa Kofi Annana, a ponieważ Narody Zjednoczone nie mogły akurat pochwalić się niczym szczególnym, decyzję interpretowano jako krytykę Waszyngtonu, podejmującego po 11 września wyzwanie „wojny z terrorem”.
A jakie przesłanie niesie tegoroczny Nobel Pokoju? Jego laureat Jimmy Carter jako prezydent USA w latach 1977-81 mówił głośno o łamaniu praw człowieka za „żelazną kurtyną”, doprowadził do pokoju izraelsko-egipskiego w 1978 r., a po agresji ZSRR na Afganistan wymógł w 1980 r. na Amerykańskim Komitecie Olimpijskim ogłoszenie bojkotu igrzysk w Moskwie. Potem, na emeryturze, występując jako mediator, miał dobrą wolę, ale z efektami było gorzej: albo ich nie było (Kuba, Korea), albo ktoś wykorzystywał jego deklarowaną bezstronność – jak oblegający Sarajewo Serbowie, którzy na jego wizycie skorzystali politycznie. 
Skoro o Sarajewie mowa: na przykładzie tego miasta i jego mieszkańców, zabitych bądź okaleczonych fizycznie i psychicznie podczas paroletniego oblężenia, widać konkretnie ów dylemat wojny i pokoju. A także skutki wynoszenia idei mediacji do rangi naczelnej zasady.
W latach 80. Stefan Kisielewski ironizował na temat nazwy ruchu młodych opozycjonistów „Wolność i Pokój”. W polityce nie da się, twierdził felietonista „TP”, połączyć wolności i pokoju – albo jest wolność bez pokoju, albo odwrotnie. W istocie, w latach 1945-89 mieliśmy pokój (nie licząc „konfliktów zastępczych” w Azji i Afryce), ale za cenę braku wolności w tej części globu, nad którą panował komunizm. 
Potem przyszedł rok 1989 – i okazało się, że dylemat „wolność czy pokój?” pozostaje aktualny. Może nawet bardziej niż przedtem, bo upadek komunizmu sprawił, iż otwarty udział któregoś z mocarstw w konflikcie zbrojnym nie musi już prowadzić do wojny totalnej. Ale musiało minąć kilka lat, zanim przeważył pogląd, że są sytuacje, w których wolno wymusić siłą poszanowanie praw ludzkich. Tak było latem 1995, gdy dopiero naloty zachodniego lotnictwa, wspierające ofensywę wojsk chorwackich i bośniackich, zniosły blokadę Sarajewa i doprowadziły do rozejmu – oraz wiosną 1999 w Kosowie i jesienią 2001 w Afganistanie, gdzie międzynarodowa koalicja obaliła dyktaturę talibów – sojuszników bin Ladena. Także dziś celem antyirackiej kampanii Busha nie jest wojna sama w sobie, ale zmuszenie Husajna do tego, czego w latach 90. nie udało się osiągnąć na drodze pokojowej: zrealizowania postanowień ONZ o zniszczeniu broni masowej zagłady i zapobieżenie odbudowie tych arsenałów – jeśli nie będzie innego sposobu, usuwając dyktatora.
Jeśli uznamy tę zmianę w myśleniu o dylemacie „wojny i pokoju” za pozytywną, to Nobel dla Jimmy Cartera staje się sygnałem dwuznacznym. Można się spierać, na ile takie czy inne metody Busha są dziś najlepsze. Trudno jednak pojąć, dlaczego drugi rok z rzędu Komitet Noblowski ruga nie światowych oprychów, ale występujących przeciw nim Amerykanów. Uzasadnienie ubiegłorocznej nagrody dla ONZ – że „najlepsza droga do światowego pokoju prowadzi przez ONZ” (co w latach 90. okazało się przecież nieprawdą!) – odczytano nie bez racji jako krytykę Stanów Zjednoczonych, które właśnie rozpoczynały ofensywę przeciw talibom i al-Qaidzie. Teraz Komitet znowu śle przesłanie przeciw Bushowi, i to nie aluzyjne: jego przewodniczący Gunnar Berge mówi tak, jakby to nie Carter (krytykujący politykę Busha) dostawał Nobla, ale Bush anty-Nobla. 
W uzasadnieniu tegorocznej nagrody czytamy: „W obecnej sytuacji, gdy grozi użycie siły, Carter obstawał przy zasadzie, że konflikty muszą być rozwiązywane w możliwie największym zakresie przez pośrednictwo i międzynarodową współpracę na bazie prawa międzynarodowego, szacunku dla życia ludzkiego i rozwoju gospodarczego”. Szkoda, że Komitet Noblowski nie sprecyzował, jakiego to dyktatora udało się w minionej dekadzie skłonić – przez „pośrednictwo...” itd. – do poszanowania życia ludzkiego... 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 42 (2780), 20 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl