„F”


Odrobina

MAŁGORZATA MUSIEROWICZ



Cebulki tulipanów posadzone, narzędzia schowane do szopki, rower oddany do przeglądu. Jesień! – czas się pożegnać z ogrodem i lasem. Czas wracać. Miasto, po tak długim niewidzeniu, sprawia złe wrażenie. Na pociechę mam stos listów, które przyszły podczas mojej nieobecności. Odpowiem po kolei na wszystkie, ale dziś zacznę od tych, które przysłano z Redakcji „TP”. Najsympatyczniejszy z nich pochodzi z Albuquerque, od pana Celestyna Brożka, a najbardziej zajmujący i zabawny – od doktora Wojciecha Paula z Instytutu Botaniki w Krakowie.
Pan Celestyn Brożek odkrył w numerze 27. „TP” felieton o ptakach. Od 21 lat jest emigrantem, mieszka w Nowym Meksyku. Od dziecka – jak pisze – interesował się ptakami. Jego pierwsze albumy przyrodnicze zawierały fotografie Puchalskiego (ja też takie miałam!). „Ptaki spowodowały, że studiowałem biologię – pisze. – Mam tu ze sobą »Przewodnik do rozpoznawania ptaków krajowych w warunkach naturalnych« z tekstem i rysunkami Jana Sokołowskiego (nie wspomniała Pani, że profesor Sokołowski miał też talent artystyczny i ilustrował swoje książki)”. – Rzeczywiście, nie wspomniałam o tym, i nie tylko Pan zauważył to przeoczenie. Żeby to naprawić, pobiegłam do Biblioteki Ekologicznej i nabyłam album, właśnie przez tę placówkę wydany, „Zwierzęta z mojego szkicownika” Jana Sokołowskiego. Jest to wydanie drugie, z piękną przedmową Jana Śmiełowskiego, studenta i współpracownika Profesora. Książka wydana jest z wielkim staraniem, a ilustracje zreprodukowano doskonale. (Kupiłam drugi egzemplarz dla Pana! – i wysyłam natychmiast.) 
Pan Brożek pisze dalej: „Potem zakupiłem »Ptaki ziem polskich« Sokołowskiego, dwa tomy, pierwszy ukazał się w roku 1958 (Pani wspomina późniejsze wydanie z 1972 roku). Ciekaw jestem, czy późniejsze wydanie jest tak samo ilustrowane?” (Tak! – odpowiadam. – Te same piękne ilustracje, szkice piórkiem i znakomite akwarele.) „Oczywiście – te dwa tomy też przywędrowały ze mną do Ameryki. Nigdy nie spotkałem prof. Sokołowskiego i niewiele o nim wiedziałem. Pani felieton przybliżył mi tę postać, która miała tak ogromny wpływ na moją życiową pasję. Ileż on miał talentów! I ile pracy włożył w to dzieło! (...) Mam wiele wspaniałych albumów, ale nie wiem, czy kiedykolwiek w życiu wziąłem do ręki książkę z taką pasją i zainteresowaniem, która odpowiadałaby mojemu dziecięcemu entuzjazmowi, gdy pochłaniałem książki Sokołowskiego. Za oknem w tej chwili latają kolibry i czerwonawe zięby i wydaje mi się, że moje dzieciństwo to inne życie. (...) Dziękuję, że swoim felietonem przypomniała Pani moje dzieciństwo i przybliżyła postać profesora Sokołowskiego”.
W przedmowie do albumu czytamy, że Profesor był uwielbiany przez studentów, a wychował całe ich rzesze. Był – jak podaje Jan Śmiełowski – człowiekiem głębokiej wiary i chrześcijańskiej pokory. Urodził się 24 maja 1899 roku w wielkopolskiej wsi Dakowy Mokre, a jego stryjem był Zygmunt Sokołowski, uczeń Jana Matejki. „Jego wykłady z biegiem lat zostają osnute legendą – pisze pan Śmiełowski – „dzięki rysunkom ptaków, malowanych kolorową kredą na tablicy, przekładem ludowym śpiewu ptaków i wiadomościami opartymi na kanonach starożytnej greki i łaciny. W roku 1969 Profesor rozstaje się z pracą na uczelni w atmosferze pomówień i bezzasadnych ataków. (...) Zostawił po sobie znakomity dorobek w postaci 58 prac naukowych oraz 39 prac popularnonaukowych. (...) Jego książki od początku widniały w katalogu Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych AP, co w tamtych czasach stanowiło ewenement”.
Bardzo gorąco polecam wszystkim piękny album Jana Sokołowskiego, jak i wszystkie jego, mało dziś dostępne, książki. Bardzo chętnie przeczytałabym jego biografię – fascynuje mnie ta postać, ten człowiek cichy i skromny, pełen dobroci, człowiek wielkiej kultury, wielkiej pracy i ogromnej pasji pedagogicznej.
List pana doktora Paula z Krakowa, napisany tak pysznie, że daj Boże każdemu, zawiera mnóstwo niespodzianek oraz dowód, że nawet niewinna róża może mieć znaczenie polityczne. Do listu dołączył pan Wojciech „pożółkły wycinek z legnickiego dziennika »Wolność«, z pierwszej połowy lat 50. ubiegłego stulecia (wciąż jeszcze się uśmiecham, pisząc tak o XX wieku) – dodaje.
Wycinek zawiera m.in. artykuł „Róże ogrodnika Kowtunienki”. Jak się dowiadujemy „Kowtunienko był synem wyrobnika i w roku 1903 został przyjęty do pracy u obszarnika, posiadającego ogromny sad z oranżerią. Kiedy tylko młody Kowtunienko dowiedział się z gazety o Miczurinie, postanowił się uczyć, aby doskonalić i przeobrażać rośliny, podobnie jak Miczurin. Ale właściciele szkółek drzew i oranżerii nie chcieli nawet słyszeć o eksperymentach. Dopiero po rewolucji październikowej Kowtunienko uzyskał możliwość poświęcenia się ulubionym zajęciom”. – Szczęściarz! – można powiedzieć. – Dane mu było pogodzić róże i płonący las. „Po to, by wyhodować różę sztamową potrzeba co najmniej 5-6 lat, zaś krzaczastą – 3-4 lata. Kowtunienko wyhodował nowe odmiany (...) dzięki czemu, róże sztamowe otrzymywał w ciągu trzech lat, a krzaczaste – w ciągu dwóch!”
Nie jest ostatecznie jasne, czy to te niebywałe sukcesy w nadawaniu różom właściwego tempa, czy też może raczej skuteczne perswazje stosowane wobec drzew cytrusowych („po upływie 2-3 lat owocują, po 7-8 latach dają 80-100 kg doskonałych cytryn!”) spowodowały nadanie Kowtunience nagrody stalinowskiej; artykuł tego nie precyzuje. Nie było też wiadomo, dlaczego świat nie został zasypany doskonałymi cytrynami radzieckimi. Życie jest pełne zagadek.
Na odwrocie wycinka – faktycznie, bardzo pożółkłego – widnieje rysunek, chłoszczący biczem satyry pakt NATO, a także artykuł pt. „Armia europejska – narzędzie agresji amerykańskiej”.
„Teraz o tym, skąd się wziął ten wycinek – pisze pan Paul. – Botanicy pod wszelkimi współrzędnymi geograficznymi zauważyli, że przeczytane gazety mogą się jeszcze bardzo przysłużyć nauce. Drukowane na papierze słabej jakości, a więc porowatym i dobrze chłonącym wilgoć, wspaniale się nadają do suszenia zebranych w terenie okazów, znakomicie zastępując droższą bibułę.(...) Stare gazety można wykorzystywać ponownie, tak więc dziś przy układaniu roślin do suszenia czy przy wcielaniu zasuszonych do zielnika, natrafić można na gazety sprzed jednej czy drugiej wojny, a bywa, że nawet z końca XIX w. Dzięki zagranicznej wymianie międzyzielnikowej można pogrążyć się w lekturze niemiecko-, francusko-, angielsko-, rosyjsko- czy chińskojęzycznej (no, obrazków przynajmniej). (...) Autentyczne komunikaty z frontów I wojny (»...sporadyczna wymiana ognia, poza tym bez zmian«, »ciężkie walki pod Verdun«), gen. Haller powraca, Grabski wprowadza reformę, budujemy Gdynię, nie oddajemy ani guzika, za ukrywanie Żydów i radia grozi nam rozstrzelanie, radośnie witamy armię-
-wyzwolicielkę i potępiając Mikołajczyka oraz grupę Tatara budujemy socjalizm z niezawodną pomocą przyjaciół... Czytamy trochę z poczuciem wyższości kogoś, kto już wie, co wyniknie z opisywanych wydarzeń, a trochę ze współczuciem dla pierwotnych czytelników, że jeszcze nie wiedzieli. Chociaż czasami może lepiej, że nie...”
Poza tym pan Wojciech donosi o dziele doktora Willibalda Bessera (spolonizowanego Austriaka, który uczył botaniki w słynnym liceum w Krzemieńcu i dyrektorował tamtejszemu Ogrodowi Botanicznemu). Opublikowane w Wilnie pod tytułem ENUMERATIO PLANTARUM HUCUSQUE IN VOLHYNIA, PODOLIA, GUB. KIIOVIENSI, BESSARABIA... etc., na odwrocie strony tytułowej ma zgodę cenzora: „Dozwala się drukować dnia 25 Maia 1822 roku. August Becu, Dr Fil. i Med. Kaw. P.Z.” – Tak!!! To on!!!
Wszystko to widać bardzo ładnie na załączonej do listu kserokopii. Na stronie 65 pracy Bessera, pod numerem 1519 umieszczona została „Rosa Boreykiana! (Rosam hanc dixi in honorem Inspectoris Scholarum Dist. Równiensis plantarum et Florae cultoris eximii, atque horti nostri Benefactoris singularis Ill. Marescali et Equitis Boreyko).
Niestety, za ewentualne poszukiwanie bliższych danych na temat okręgowego inspektora szkolnego w Równem o zamiłowaniach ogrodniczych i sponsora Ogrodu Krzemienieckiego, mości Marszałka Boreyki, nie starczyło mi dotąd energii – sumituje się pan doktor. – Ale może coś się znajdzie w »Polskim Słowniku Biograficznym«? (...) Co do dalszych losów róży Boreyki, to muszę Panią zmartwić – nie utrzymała się ona we współczesnej systematyce. (...) W V tomie »Flory Polskiej«, poświęconym w całości różom, prof. Szafer zaliczył ją do mieszańców róży francuskiej (Rosa gallica L.) z różą płotową (R. dumetorum Thuill.). Jak jest w rzeczywistości, być może nigdy się nie dowiemy, jeśli nie zachował się nigdzie oryginalny okaz rośliny” – konkluduje pan Wojciech, załączając „botaniczne ukłony”. Napisany kosztem czasu tak cennego, z tak miłym poczuciem humoru, bezinteresownością i polotem. Byłoby oczywiście świetnie, gdyby się okazało, że ktoś z czytelników „TP” ma w swoim ogrodzie, koło płotu, różę Boreyki (w takim przypadku proszę o wiadomość!). Ale jeśli nie – cóż, spróbuję się z tym pogodzić. Ostatecznie, dzięki śladowi w indeksach, wiemy, że róża ta istniała. Odrobina piękna i radości, jaką w przyznanym sobie odcinku czasu, przyniosła światu Rosa Boreykiana, z pewnością powiększyła wszechświatowe ich zasoby. Można więc uznać, że ta róża nadal jest – tyle że w inny sposób.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 42 (2780), 20 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl