Tocqueville miał rację

Marcin Król



Wybory samorządowe tuż, tuż, a tu dzieją się rzeczy nieoczekiwane. To znaczy oczekiwane, jeżeli ktoś się zastanowił nad konsekwencjami zmiany w ordynacji. SLD musi teraz głęboko żałować, że jeszcze w kampanii przed wyborami parlamentarnymi opowiedział się za bezpośrednimi wyborami prezydentów, wójtów, burmistrzów. Potem już nie udało się wycofać. Otóż kiedy tylko ludzie mają głosować na człowieka a nie na partię, natychmiast rośnie aktywność i ujawnia się ambicja kandydatów, co widzimy na przykładzie rozlicznych sporów w ramach SLD i w ramach innych partii, a także na przykładzie praktycznej niezdolności do zawierania sojuszów lub koalicji przedwyborczych. Zupełnie natomiast idiotyczne są reakcje mass mediów, które – jak zwykle – szukają dziury w całym, a nie całego w dziurze.
Otóż dla mediów fakt, że w niektórych wielkich miastach kandyduje kilkunastu chętnych (często w ogóle nieznanych opinii publicznej), świadczy o chaosie przedwyborczym, oraz o tym, że społeczeństwo nie było przygotowane na taką zmianę ustawy. Jest to nonsens. Zgadzam się, że niekoniecznie wybory te wyłonią najlepszych, ale politycy szczebla nawet gminnego muszą zupełnie inaczej traktować wyborców, niż to czynili politycy wtedy, kiedy zwycięstwo osobiste było tylko i wyłącznie rezultatem zwycięstwa partii, jaka ich popierała. Ponadto politycy muszą się nieco ujawnić, a dzięki temu zaczynają mówić rzeczy nieprzyjemne i czasem prawdziwe, co przecież jest rzadkością. Pojawiają się poważne grupy nacisku w samych partiach, co widać najlepiej na przykładzie „Samoobrony” i wspomnianego SLD. Poszczególni kandydaci mogą wygrać nie tylko wybory, ale i przyszłość polityczną, mogą też wszystko przegrać, bo trzeba ryzykować, czego przykładem (raczej negatywnym, chociaż trudno jeszcze powiedzieć) jest Marek Balicki w Warszawie, który, jeżeli sromotnie przegra, to przegra raz na zawsze, bo się tak ostro zaangażował.
Czy wyborcy zareagują na to gremialnym pójściem do urn? Trudno przewidzieć. Dla wielu liczba kandydatów i wpływ mediów mogą mieć zniechęcające znaczenie, ale może też być przeciwnie. Pamiętajmy jednak, że – poza wyborami prezydenckimi – które mają zupełnie inną wagę, żadnych bezpośrednich wyborów w Polsce nie było, bo jednak wybory do Senatu nie są tym samym. 
Bardzo interesujący jest także fakt, że kandydaci na radnych, którzy chcą wejść do rady jako grupa, muszą wystawić swojego kandydata na wójta, burmistrza, itd. Dzięki temu powstają konstelacje niespodziewane i tym razem niezależni działacze mogą odegrać większą rolę niż w poprzednich wyborach, kiedy to także poparcie dla niezależnych kandydatów było przeważające, ale partie wzięły niemal wszystko. 
Następna interesująca sytuacja powstanie po wyborach, kiedy to nawet wydelegowani przez partie zwycięzcy zaczną nolens volens uprawiać własną politykę, ponieważ będzie im zależało na dobrych stosunkach z radą oraz na przyszłym wyborze. Ich punktem odniesienia będą zatem raczej wyborcy lokalni niż partia krajowa. 
Oczywiście to są tylko początki, wybór bezpośredni powinien objąć wiele innych lokalnych stanowisk, a te wybory mogą wyłonić wielu zupełnie poronionych zwycięzców. Korupcja nie zniknie (zapewne niejeden kandyduje tylko po to, żeby skorzystać z korupcji), populizm nie zginie (ale populizm w ramach gminy jest jednak trudniejszy niż na skalę kraju). Zaś dla demokracji wybory bezpośrednie mogą stanowić jedynie zastrzyk ożywiający. Chociaż tylko zastrzyk, a nie pełną kurację.







 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 42 (2780), 20 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl