Komentarze

 


Michał Zieliński Marazm i cuda

Wojciech Stanisławski Serbia bez prezydenta 

Krzysztof Burnetko (Kraków – Wiedeń)  Strategia na błędne koło






 

 




  
Marazm i cuda

Projekt budżetu 2003 nie ma dobrych recenzji. Wszyscy komentatorzy, bez względu na orientację – oczywiście poza „Trybuną” – podkreślają brak minimalnej choćby próby reformy finansów publicznych oraz cudowne rozmnożenie dochodów. 
Reforma finansów publicznych jest konieczna. Po pierwsze, z roku na rok rośnie udział w budżecie tzw. wydatków sztywnych, czyli takich, które muszą być poniesione ze względu na wymogi wynikające z obowiązujących ustaw. W roku 2003 wydatki sztywne pochłonąć mają aż dwie trzecie środków budżetu i w efekcie m.in. szalenie zmniejsza się pole manewru w planowaniu budżetowym. Po drugie, utrzymywanie wysokiego deficytu sprawia, że rośnie dług publiczny, który zbliża się do konstytucyjnie określonej granicy 50 proc. Produktu Krajowego Brutto. Jeszcze przez rok można to dzięki tzw. kreatywnej księgowości ukryć, ale w latach następnych konieczne będzie uruchomienie procedur sanacyjnych – a te będą bolesne społecznie. Po trzecie wreszcie, jednym z warunków naszego przyjęcia do Unii Europejskiej jest zejście z deficytem budżetowym poniżej 3 proc. PKB. Stopniowe zbliżanie się do tej granicy byłoby łatwiejsze do przeprowadzenia i akceptacji. Niestety, w przyszłym roku od tego celu znacząco się oddalimy. Dużo także mówi się o cudach, czyli o realności wykonania budżetu. Przygotowany został on w oparciu o podwyższoną do 3,5 proc. prognozę wzrostu gospodarczego (na razie na pierwsze półrocze 2002 mamy wzrost rzędu 0,5 proc.), a do dochodów zaliczono jednorazowe i trudne do oszacowania wpływy z abolicji, restrukturyzacji i oddłużania przedsiębiorstw. Założono także niemal 100-procentowy wzrost ściągalności podatków.
W tej sytuacji dziwi postawa Konferencji Episkopatu, która odmówiła – powołując się na błahe powody formalne – rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego ministra finansów Grzegorza W. Kołodki. Dziwi to tym bardziej, gdyż cuda, które on wyczynia, są powszechnie znane, a wniosek złożyła ostatnio osoba najbardziej kompetentna, bo sam zainteresowany.   

Michał Zieliński






Serbia bez prezydenta 

Druga tura wyborów w Serbii nie przyniosła rozstrzygnięcia: faworyt, urzędujący prezydent Jugosławii Vojislav Kosztunica, potwierdził przewagę nad kontrkandydatem, Miroslavem Labusem, uzyskując niemal dwukrotnie więcej głosów; obaj jednak nie zdołali przyciągnąć do urn połowy uprawnionych do głosowania, co w myśl ordynacji oznacza unieważnienie wyników. Serbowie raz jeszcze zapłacili cenę ustawodawstwa z czasów Miloszewicia: Serbia jest jednym z niewielu państw na świecie (i jedynym w Europie), gdzie obowiązuje taki wymóg. 
Ale naturalnie problem leży głębiej: bierność ponad połowy obywateli niepokoi w każdym państwie. Warto jednak pamiętać, że wynik niedzielnych wyborów byłby inny, gdyby nie nadal niejasny status Kosowa. W myśl konstytucji stanowi ono ciągle część Jugosławii, a jego mieszkańcy mają prawa wyborcze – tyle że dominująca w prowincji ludność albańska nie chce mieć nic wspólnego z Belgradem, więc bojkotuje głosowanie. Wielu komentatorów oskarża też serbskie elity polityczne, sugerując, że wyborcy zniechęceni byli miejscową odmianą „wojny na górze”. Tymczasem obaj kandydaci (co rzadkie w Europie Środkowej) wywodzili się z obozu demokratycznego; liczne państwa naszego regionu mogłyby im również pozazdrościć poziomu kampanii, a zwłaszcza ostatniej debaty telewizyjnej, która była rozmową dwóch mężów stanu. Ale niepowodzenie obecnych wyborów możę martwić. Serbia potrzebuje prezydenta, który wziąłby odpowiedzialność za uregulowanie stosunków z Czarnogórą i reprezentował kraj w kluczowych latach reform. Nie wydaje się, by obowiązki te zdołała podźwignąć młoda przewodnicząca parlamentu Natasza Mićić, w której rękach może znaleźć się ster państwa jesli wczorajsi rywale nie zdołają do tego czasu znowelizować ordynacji wyborczej.
     

Wojciech Stanisławski






Strategia na błędne koło

Rząd ogłosił zmianę strategii w negocjacjach z Unią Europejską w temacie „rolnictwo”. Dylemat brzmiał: czy postawić na rzeczywiste reformy rolnictwa (przy pomocy unijnych pieniędzy), nawet jeśli ceną mogłoby być weto chłopów w referendum na temat przystąpienia Polski do Unii – a w konsekwencji może nawet odrzucenie integracji? Czy przeciwnie: zdobyć głosy wsi, nawet jeśli ceną byłoby zakonserwowanie jej struktury – niewydolnej dziś i nierokującej na przyszłość. Wybór był trudny: na dodatek z wieloma niewiadomymi. Choćby taką, czy chłopi uznają marchewkę w postaci doraźnych pieniędzy z dopłat za wystarczającą (zwłaszcza, że nie są warstwą jednolitą)? Albo inną: czy Unia pójdzie na takie ustępstwa? 
Kwestia takich rozbieżności stanowisk – a także oczekiwań – przewijała się w dyskusjach konferencji „Polska w Europie”, zorganizowanej przez wiedeński Instytut Nauki o Człowieku. Trudności w negocjacjach wynikają m.in. stąd, że to nie tylko kraje kandydackie mają dostosować się do standardów Unii, ale również Unia winna zrozumieć uwarunkowania, z którymi borykają się jej potencjalni członkowie – tłumaczył prof. Norman Davies . Zachodowi powinno to przyjść dziś łatwiej niż za komunizmu: wtedy były to dwa światy, teraz obie części Europy funkcjonują w ramach jednego systemu demokratycznego i rynku. Erhard Busek, koordynator Programu Współpracy Europy Południowo-Wschodniej, ostrzegał jednak kandydatów – zwłaszcza Polskę – przed nadmiernymi nadziejami i ambicjami. Polemizowały z nim sekretarz stanu ds. integracji Danuta Hübner i ambasador RP w Wiedniu Irena Lipowicz. Przytaczały m.in. wyniki sondaży, świadczące, że Polacy wcale nie spodziewają się szybkich zysków z przystąpienia do struktur europejskich. 
Rząd tymczasem – z partią ludową w składzie – uznał, że warto jednak próbować chłopów kusić.  

Krzysztof Burnetko (Kraków – Wiedeń)








 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 42 (2780), 20 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl