Debiut Doroty Masłowskiej: rewelacja czy banał


Oda do dresu

Jarosław Klejnocki



Dziewiętnastoletnia, inteligentna, uzdolniona i dobrze wykształcona dziewczyna, absolwentka przyzwoitej szkoły średniej, laureatka olimpiady przedmiotowej, dzięki której bez egzaminów zdobyła indeks wyższej uczelni (na prestiżowym wydziale psychologii), napisała powieść będącą monologiem dresiarza. Brawo! Każdy nowy, a zwłaszcza naprawdę młody, talent prozatorski należy hołubić i chronić niczym oka w głowie. Tak w każdym razie nakazuje krytycznoliteracka przyzwoitość. Liczne media zachłystnęły się tymczasem prozą Doroty Masłowskiej pod tytułem „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”, czyniąc zeń wydarzenie artystyczne sezonu. Ale gdzież tu sensacja? Oto młoda przedstawicielka inteligencji opisuje świat z punktu widzenia jakiegoś godnego współczucia prymitywa. To ma być news? Bo gdyby jeszcze jakiś dresiarz pokusił się o literackie zanalizowanie (lub choćby sportretowanie) inteligenckiej świadomości A.D. 2002 ze swej perspektywy, to dopiero byłaby niespodzianka warta okrzyków entuzjazmu. Ale tak!?

Lump magiczny

Wypada tymczasem zadać fundamentalne pytanie – czy artystyczny portret mentalności dresiarskiej jest nam rzeczywiście niezbędny? Przecież jak już ktoś bardzo chce, może się z przedstawicielami tej subkultury zapoznać w pierwszym lepszym żulerskim barze za rogiem, nie musi od razu sięgać po literaturę. Więcej – wydaje mi się, że obecność dresiarskiej mentalności jest w naszej rzeczywistości wręcz nadmiernie intensywna. Ludzie kulturalni czynią wiele, by się z takimi osobnikami nie stykać (choć to trudne). Ale nie, teraz zaatakowali nas w powieści.
Nie widzę usprawiedliwienia dla fascynacji, jaką żywić może inteligent dla duchowego lumpa. Zwłaszcza, że nie może liczyć na wzajemność. A sprowadzenie fenomenu dresiarskości do wymiaru literackiego jest w istocie ucieczką od istotnego problemu społecznego. Okiełznani, oswojeni poprzez zabiegi literackie, wydają się dresiarze mniej przerażający naprawdę. Z wymiaru realnego przeniesieni zostają w wymiar magiczny. Ale to już nie dzieło Masłowskiej, ile raczej entuzjastycznych komentatorów jej dotychczasowego pisarstwa (którzy pewnie od dresiarzy trzymają się w codziennej praktyce życiowej daleko).
Chociaż Masłowska sama też nie jest bez winy. Tak oto charakteryzuje zwięźle interesujące ją środowisko w wywiadzie udzielonym „Wysokim obcasom”: „Wszyscy są tam równie głupi. A dziewczyny podwójnie głupie, bo widziane oczami głupiego mężczyzny”. No to mamy nowych, zaiste fascynujących bohaterów współczesnej polskiej prozy! W innym miejscu autorka zaznacza, że do napisania książki zainspirowały ją dialogi bohaterów programu „Big Brother” czy też jałowa i przeraźliwie fatyczna gadanina młodych ludzi na stronach internetowych. No i dobrze, niech sobie gadają o niczym – lepsze to niż gdyby mieli biegać z kijami bejsbolowymi po miejskich parkach. Ale czemu od razu o tym pisać powieści?

Pobożne chciejstwo entuzjasty

Argumentem literackim, broniącym tekstu Masłowskiej jest wysoka ocena jej artystycznej roboty. Monolog Silnego (protagonisty utworu) ukazuje przerażającą pustkę osobowości, miałkość horyzontów, koncentrację na drobnych, zwyczajnych sprawach, które nagle urastają do rangi niemalże metafizycznych problemów (gdyby oczywiście Silny wiedział, co to metafizyka). To, co jeden z recenzentów napisał o sile ekspresji Silnego („galopująca skojarzeniami wyobraźnia”), jest jedynie pobożnym chciejstwem entuzjasty. Jakąkolwiek maestrią stylizacyjną wykazała się młoda autorka, sama opowieść okazuje się dojmująco nudna i płytka poznawczo; o Silnym wiemy już niemal wszystko po kilku stronach. Ani się z nim utożsamić, ani z uwagą śledzić jego perypetie. Chyba, że ktoś zdradza inklinacje masochistyczne. A samo (domniemane) mistrzostwo wykonania? Ale czyżbyśmy tu mieli do czynienia z perwersyjnym wcieleniem idei „sztuki dla sztuki”? Zresztą pomysł Masłowskiej trąci myszką, bo tego typu ćwiczenia prozatorskie znamy już z przeszłości. Językowo jej powieść przypomina zabiegi podobne eksperymentom prozy „rewolucji artystycznej”, czyli czasu konceptów epickich sprzed z górą ćwierć wieku. Wtedy, a znaczącą rolę odegrał wówczas konkurs Wydawnictwa „Czytelnik”, pojawiło się całe stado tekstów, w których autorzy oddawali głos swym bohaterom, wierząc, że poprzez zapis specyficznego języka jego użytkowników można sportretować w sposób niezafałszowany odrębną i niepowtarzalną w swoim rodzaju mentalność pojedynczego człowieka bądź członka jakiejś kulturowej lub subkulturowej grupy. Takie teksty są jednak chore na progerię, czyli chorobę przyspieszonego starzenia się; w istocie są martwe w momencie narodzin. Kto dziś pamięta i kto czytuje np. „Pannę Liliankę” Ryszarda Schuberta – powieść będącą chyba najambitniejszą realizacją postulatów „rewolucji artystycznej”?
Swoją drogą, ten sam los czeka też głośną ostatnio „Tequilę” Krzysztofa Vargi, opartą na podobnym, co książka Masłowskiej koncepcie artystycznym – jednak znacznie bardziej literacko udaną i dalece bardziej zabawną od mocno nużącej „Wojny polsko-ruskiej”. Ten rodzaj prozy może stać się co prawda hitem (ogórkowego) sezonu, nie wytrzymuje jednak próby czasu – bo na zawierzeniu zmiennej wszak aktualności jest ufundowany. Zaręczam, że ani wokalisty rockowego z książki Vargi, ani Silnego nie będziemy za chwilę pamiętać, bo też nie ma czego. Pośmiejemy się, pogadamy o tym z przyjaciółmi przy piwie i tyle. Umiejętności naśladowcze, biegłość językowa i stylistyczne mistrzostwo to oczywiste znamiona talentu, ale pozwalają tylko odcedzić grafomanów od prawdziwych pisarzy – nie budują rangi dzieła. Co najwyżej opisują jakieś impresyjne tu i teraz, które już za moment będzie inne. 

Banalny banalizm

Można wreszcie mówić, że tekst Masłowskiej to bezpretensjonalny przykład literatury banalistycznej i tu szukać znaków jego niepowtarzalności. Paweł Dunin-Wąsowicz, wydawca autorki „Wojny polsko-ruskiej”, od wielu lat kibicuje offowej, by zapożyczyć na chwilę to pojęcie rodem z showbiznesu, literaturze, którą diagnozuje jako odkrywczą – albo co najmniej intrygującą w swej świeżości. Jako Grzegorz Planeta opublikował kilka lat temu esej na łamach dziś ledwie zipiącej „Frondy” (1995/4-5), w którym zawarł pochwałę owej prozy banalistycznej, czyli chwytającej rzeczywistość w jej codziennych, pozbawionych jakiekolwiek uwznioślenia, odsłonach. Banalizm, to według Dunin-Wąsowicza, rzetelne ujęcie pretensjonalnego, szarego ludzkiego bytowania, które obfituje w sprawy i czyny powtarzalne i nijakie w swej przewidywalności.
Ową zwykłą/niezwykłą miałkość ludzkich relacji i kontaktów, na którą powołuje się Masłowska we wspomnianej rozmowie w „Wysokich obcasach”, doskonale zilustrowało już parę lat temu kilku co najmniej pisarzy młodego wtenczas pokolenia (np. poeta Miłosz Biedrzycki w swych prowokacyjnych sonetach, Andrzej Rodys czy Sławomir Burszewski w prozie). Ale za banalistę – i to niepośledniego – może być uznany również Miron Białoszewski (teza krytyka literackiego Dariusza Nowackiego). Jednym słowem: także tutaj tekst Masłowskiej to literackie nihil novi. Repetycja lekcji już odrobionej, tylko że – jak to w naszych powierzchownych czasach bywa – zapoznanej.

Dorotka i dresiarze

W obronie powieści Masłowskiej pozostaje jeszcze argument pozaliteracki. W końcu pisarka pokusiła się o rzetelne, realistyczne odwzorowanie jakiegoś istotnego fragmentu naszej społecznej rzeczywistości. Ale w tej formie to znów sprowadzenie literatury do wymiarów socjologicznego świadectwa. A wnikliwą krytykę takiego – ograniczającego w istocie horyzonty sztuki – spojrzenia przeprowadził już Przemysław Czapliński w komentarzu do zbioru esejów Dunin-Wąsowicza pod tytułem „Oka smoka”. Ta pozycja wydaje się credo Dunin-Wąsowicza, gdzie deklaruje on, że w literaturze interesuje go rzeczywistość jako taka, bez zbędnej kreacji. Jeśli jednak chodzi o socjologiczne ujęcia, to ja już wolę reportaże z życia blokowisk, publicystykę prasową lub w ostateczności piosenki hip-hopowe, które biorą na cel dresiarską mentalność (por. np. twórczość rapera TeDe). A zresztą, wizja Masłowskiej grzeszy jednak kreacjonizmem artystycznym. W końcu Silny to produkt jej wyobraźni, a jego monolog to tylko ujęcie fantomatyczne. Tak sobie może Dorotka po prostu wyobrażać dresiarza, a my mamy wierzyć, że to prawda. Podobnie z bohaterem „Tequili” Vargi, zresztą wymyślonej bardziej jako specyficzny żart nie jako odbicie rzeczywistości – jak chciał ongiś Stendhal.
A zatem, wracamy do punktu wyjścia: jedynym w zasadzie walorem (i kapitałem) tej powieści pozostaje jej autorka. Zaiste, nastolatki pisują zazwyczaj kiepskie wypracowania maturalne, a nie powieści zdradzające techniczne uzdolnienia literackie ich twórców. Za Dorotę Masłowską i jej przyszłe dokonania artystyczne trzymajmy kciuki, plwajmy na cały ten medialny harmider, a „Wojną polsko-ruską” nie zawracajmy sobie po prostu głowy. 


Dorota Masłowska „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną”, wydawnictwo „Lampa i Iskra Boża”, Warszawa 2002.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 42 (2780), 20 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl