Votum separatum

Parę słów o paru strachach

JÓZEFA HENNELOWA



Piotr Semka („Rzeczpospolita” z 9 bm.) w ostrej polemice z Kazimierzem Kutzem o – zdumiewający zaiste – projekt pomnika Gierka sprzeciwia się „zanikowi pamięci”. I ma rację. Ale w zapale sięga po argumenty ryzykowne. Niby prawdziwe, ale ozdobione patosem, który się im nie należy. Pisze: „(...)zapomnianym składnikiem epoki Gierka był wszechobecny strach. Nikt specjalnie się dziś nim nie chwali. Bo był to strach upadlający. Pamiętam z dziecinnych lat, jak osaczał on ludzi z otoczenia mojej rodziny. Wszechobecny strach przed wszystkim, co się nie spodoba władzy, która mogła cofnąć paszport i odebrać – śmieszne z dzisiejszej perspektywy – przywileje. Strach wymuszający konformizm. Niewiele zostało po nim śladów. Ot, parę genialnych scen ukazujących korytarze Woronicza w »Człowieku z marmuru«, drobne ślady w dziennikach Krzysztofa Mętraka czy Kisiela. Ktoś ten system strachu firmował, ktoś tworzył aparat propagandy...”
Mój Boże, w „Człowieku z marmuru” ślady strachu prawdziwego, tego naprawdę wszechobecnego i zgniatającego ludzkie istnienia i duchowo, i fizycznie, zapisane są nie w scenach z gmachu telewizji, gdzie całkiem bojowo rzuca się początkująca reporterka, lecz w tych kilku ujęciach z epoki dużo wcześniejszej, kiedy Birkut „wyparowuje” z pustego gabinetu Bezpieki. To tamtym czasom należy się termin strach, więcej, groza: ona osaczała rzeczywiście wszystkich. Małość zatroskania o śmieszne, jak sam Semka przyznaje, przywileje darowane przez władzę, o ten klasyczny w dekadzie Gierka ochłap paszportu, w ogóle nie zasługuje na żaden patos i żaden opis – kto poddawał się takim strachom, może jedynie starać się o tym zapomnieć. A już zwłaszcza nie wolno używać tu usprawiedliwiającego społeczeństwo terminu „wszechobecny” – było wśród nas aż nadto takich, którzy potrafili lekceważyć wszystkie tego rodzaju akty łaski. Epoka oglądana we wspomnieniach, i to nie swoich, czasem stroi się w fałszywe blaski, jak u projektantów pomnika Gierka, ale czasem sięga także po chwałę nienależną drugiej stronie, która wcale drugą stroną tak do końca nie była.
A ten strach drugi, z tytułu? Mam tu na myśli skutki niedawnego werdyktu Trybunału Konstytucyjnego, znoszącego zapis ustawy ograniczającej właścicieli nieruchomości w prawie do podnoszenia czynszów. Przyjęta z satysfakcją przez lobby właścicieli („nareszcie krok ku wolnemu rynkowi”), postawiła paręset tysięcy mieszkańców przed znakiem zapytania budzącym strach właśnie. Liczbę mieszkań w domach prywatnych ocenia się na co najmniej trzysta tysięcy. Lokatorzy w ogromnej większości znaleźli się tam z dawnych przymusowych przydziałów i płacą rzeczywiście niedużo. Tylko że wielu z nich płacić ceny rynkowej po prostu nie będzie w stanie. Dwa, trzy, kilka razy więcej? Z czego, gdy się jest starym człowiekiem na rencie? W gazetach zaroiło się od dobrych rad. Wynika z nich, że pod pewnymi warunkami przysługuje dodatek mieszkaniowy – ale warunki te ograniczone są m.in. powierzchnią mieszkania. A co, gdy właściciel nie zgodzi się na zamianę z kimś, kto chętnie weźmie większe? A co, gdy nie zgodzi się na podnajem, który ratowałby dochody lokatora? A co, gdy podwyższonego czynszu nie obróci, tak jak deklaruje teraz, na remonty i ratowanie standardu nieruchomości? Przecież ma w pełni wolną wolę. Może także – ma pełne prawo – po prostu chcieć lokatora się pozbyć, nie dlatego, że dewastuje i nie płaci, tylko że ma inne plany w stosunku do swojej własności. Właściciel jest po prostu w tym układzie zawsze silniejszy. A mieszkać się musi. To nie luksus, to prawo podstawowe. Dlatego werdykt Trybunału nie rozwiązuje jednej z najbardziej zabagnionych sytuacji odziedziczonych po socjalizmie, i dlatego strach przed bezdomnością jest teraz realnym udziałem pewnej części społeczeństwa. Nie mamy prawa go nie dostrzegać. 











 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 42 (2780), 20 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl