Teatr


Grać wołami

Piotr Gruszczyński



„Rzeczywiście jest tak, że dojmująco wręcz operujemy wszelkimi środkami wyrazu.” To zdanie, wokół którego Piotr Skrzynecki zrobiłby pewnie wieczór kabaretowy w swojej „Piwnicy”, śmieszy pompatyczną nieporadnością. Jego autorem jest Jacek Głomb, który pełen niezmąconej wiary w siebie zachwalał legnickiego „Hamleta” w „Gazecie Stołecznej” przed występami
w Warszawie. 



Głomb ma powody do dumy: nagrody, wiele świetnych recenzji i poczucie zwycięstwa na teatralnym ugorze, jakim jest Legnica – miasto jak z finału „Trzech sióstr”, opuszczone przez garnizony radzieckie. Uwierzył w siebie, publiczność go kocha, „Ballada o Zakaczawiu” się państwu podoba. Można więc atakować najwyższe teatralne szczyty, zdobywać hamlety jak górskie trofea. Zwłaszcza, gdy ma się metodę.

*

Jej zwolennicy nazwali by ją pewnie poetyką lub własnym językiem. Dla mnie to zwykły wytrych popularyzatorski. Dodajmy od razu – nieznośny, który bezpowrotnie niszczy otwierane zamki. Głomb-inscenizator z dokooptowanym na użytek „Hamleta” Krzysztofem Kopką-reżyserem, wyszedł z prostego założenia: skoro w Legnicy ludzie do teatru nie chcą chodzić, to trzeba ich przekonać, że teatr jest „fajny”. Wystarczy odpowiednio spłycić i wykastrować, na przykład Szekspira, na przykład „Hamleta”, i już widowisko odlotowe. Superakcja! Ogień płonie, krew się leje, trup na trupie. A wszystko live, można dotknąć, jeśli się chce. Teatr okazuje się fajniejszy nawet od telewizji. A jeszcze przecież wiadomo o nim, że uszlachetnia, że to kultura wysoka. Czy może być lepiej?! Może! Wystarczy docenić inteligencję widzów i nie pisać komunikatów wołami, jak dla analfabetów. Ale to jest trudne, pewnie dlatego u Głomba „idą na łatwiznę”, reżyserują i grają wołami, żeby każdy na pewno wszystko zrozumiał.
Rzecz jasna, należy teatr wyprowadzić z teatralnego budynku, żeby nie kojarzył się ponuro z nudą. „Hamlet” więc pokazywany jest w ruinie. Publiczność wpuszcza się w sytuację niby realną. Wchodzimy przez kryptę do sali zamkowej (zrujnowanej, co pewnie symbolizuje rozpad i ruinę królestwa). Najpierw rzucają się na nas straszni żebracy z pochodniami, w szmatach, z upiornymi makijażami. Czepiają się szat i nóg, prosząc o jałmużnę. Niektórzy widzowie chcąc „zauczestniczyć” w spektaklu dają żebrzącym drobne, czyniąc zdarzenie jeszcze bardziej realnym, czyli fajniejszym. W krypcie leżą jakieś truchła. Wiją się też w wężowych splotach dzikie niewiasty. Wiedźmy? A może prostytutki? Albo damy dworu opętane erotyczną żądzą? Kiedy znalazłem się na widowni, poczułem ulgę, że ten cały cyrk już za mną. Jakże się myliłem.

*

Pierwsza scena, dodana przez spółkę Głomb i Kopka do dramatu, to pogrzeb starego Hamleta. Posadzony na tronie trup króla ma twarz zasłoniętą złotą maską Agamemnona. Nie wiadomo wprawdzie po co, bo nic z tego nie wynika, żaden trop nie prowadzi do fatum czy klątw, którymi obarczone były tragiczne starożytne rody. Ale przynajmniej ładnie wygląda. Na klepisku piach, na ścianach ohydne niby arrasy, prezentujące arcydzieła sztuki europejskiej (Mona Lisa jak żywa, a jakże!). W głębi dwupoziomowe rusztowanie, służące za estradę Kormoranom (zła muzyka zdarza się Kormoranom tylko w złych spektaklach) i pochylnie, po których aktorzy rozpędzają się zbiegając w dół lub hamują wchodząc pod górę. Kostiumy też ohydne, ale czego się spodziewać, gdy rzecz dzieje się w ruinie? Mogłyby przynajmniej nie być manieryczne, a są.
Czy mam wyliczać wszystkie idiotyzmy interpretacyjne tego spektaklu? Tekst wypełniłby cały numer „Tygodnika”. Więc tylko kilka, pierwszych z brzegu. Duch ojca pojawia się Hamletowi przed oczami duszy, gdy bierze udział w dworskiej zabawie i ma zawiązane oczy. W porządku. Widział go tylko Hamlet, duch jest więc urojeniem. Ale nie, chwilę później okaże się, że ducha widziało jeszcze parę osób. Nie wiadomo tylko, czy też miały wtedy zawiązane oczy. Kiedy Hamlet postanawia zabić Klaudiusza, ten, jak wiemy, modli się samotnie, co sprawia, że Hamlet uznaje swój czyn za bezsensowny, nie chce bowiem wyprawiać rozmodlonego mordercy wprost do Nieba. W legnickim spektaklu Klaudiuszowi w modlitwie towarzyszy Gertruda. Klęczą sobie chwacko i klepią paciorki. Hamlet nie zabija nikogo, ale nie wiemy właściwie dlaczego. 
Ofelia. Oszalała, jak trzeba, i utonęła. Leży na marach na cmentarzu. Scenę z grabarzami reżyser redukuje niemal całkowicie (za trudna?) i od razu wpuszcza na scenę Hamleta. Tekst jest tak pocięty, że Hamlet nie ma szansy zapytać, czyj to grób, a wszystkie frazy dotyczące czaszki Yoricka wygłasza do trupa Ofelii, nie wiedząc zresztą, że to trup Ofelii. Jest coraz głupiej, ale na szczęście zbliża się finał. Wszyscy już nie żyją (superspektakl, tyle krwi i w ogóle morderstw!). Ale reżyser zachował jeszcze na koniec jedną bombę. Horacy lamentuje nad trupem Hamleta. Zaraz przyjdzie Fortynbras... i, a kuku, wcale nie. To Horacy założy na głowę koronę (korona jest z taśmy do karabinu maszynowego wypełnionej nabojami, bo przecież spektakl jest na ruinach, pewnie po wojnie jakiejś strasznej) i wygłosi kwestię Fortynbrasa. Światła! – chcę krzyczeć, jak Klaudiusz złapany w pułapkę na myszy spektaklu.

*

Największym problemem teatru Głomba jest brak interpretacji tekstu. Interpretacja, wymagająca głębokiego wejścia, wmyślenia się w tekst, prowadzi czasem nawet do gry przeciwko niemu, do radykalnych skrótów, do przebudowy struktury dramaturgicznej. Brak interpretacji prowadzi jedynie do bryku, streszczenia, beznadziejnego efekciarstwa. Tak właśnie dzieje się z „Hamletem” w legnickim teatrze. I proszę nie mówić o aktualności, o zabiegach mających na celu uwspółcześnienie tematyki „Hamleta”. Ona nie wymaga tanich chwytów, żeby dotrzeć ze swą mądrością do publiczności. 
Po obejrzeniu legnickiego spektaklu powziąłem przekonanie, że prowincjonalna publiczność stanowi znakomitą zasłonę dymną dla braku reżyserskiego talentu Jacka Głomba. Wygodnie jest powiedzieć, że w Legnicy trzeba prosto, dynamicznie i efektownie, żeby ożywić martwy teatr. Zwłaszcza kiedy nie potrafi się inaczej. Dojmująco wręcz, wszelkimi środkami wyrazu. Wołami. 

William Szekspir, „Hamlet, książę Danii”, inscenizacja Jacek Głomb, reżyseria i adaptacja tekstu Krzysztof Kopka, scenografia Małgorzata Bulanda, muzyka Orkiestra „Kormorany”, występy gościnne Teatru im. H. Modrzejewskiej z Legnicy w Warszawie, na zaproszenie Teatru Małego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 42 (2780), 20 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl