Noble 2002: nagroda pokojowa, literatura, medycyna




Imre Kertész: „To nie był mój los...”

Tomasz Fiałkowski



W osobie Imre Kertésza nagrodzono nie tylko literaturę węgierską, ale też pisarza, który próbuje w prowokacyjnie wręcz powściągliwy i antypatetyczny sposób przekazać nam doświadczenia graniczne, jakie stały się jego udziałem za sprawą złowrogich ideologii.


Nazwiska Imre Kertésza nie ma ani w „Leksykonie pisarzy świata XX wieku” (1997), ani w „Pisarzach świata” (1999), ani tym bardziej w żadnym z wcześniejszych słowników czy kompendiów. Na Węgrzech bardziej odeń znani są dziś Péter Esterházy czy Péter Nádas. Jednak lektura „Losu utraconego” – powieściowego debiutu Kertésza i jedynej jego książki dostępnej po polsku – upewnia, że Akademia Szwedzka nagrodziła w tym roku pisarza naprawdę wybitnego.
Imre Kertész urodził się w Budapeszcie w 1929 roku. W 1944 roku, po wkroczeniu na Węgry wojsk niemieckich i wymuszonej przez Berlin zmianie rządu, został jako Żyd (choć jego rodzina była zupełnie zasymilowana) wywieziony do obozu Auschwitz, a z niego do Buchenwaldu. Po powrocie do Budapesztu pracował krótko jako dziennikarz, odbył służbę wojskową, przez wiele lat zarabiał głównie tłumaczeniami z niemieckiego (przekładał m. in. Hofmannsthala, Schnitzlera, Rotha i Canettiego, a także Nietzschego, Freuda i Wittgensteina). 
Jako prozaik debiutował późno: powieść „Los utracony”, powstała w latach 60., ukazała się dopiero w roku 1975 i przeszła zrazu bez echa. Sytuację zmienił w kilka lat później entuzjastyczny esej Györgya Spiró (autora wystawianej u nas sztuki o Wojciechu Bogusławskim). W latach 90. „Los...”, a także dwie następne powieści stanowiące jego kontynuację: „Fiasko” (1988) i „Kadysz dla nienarodzonego dziecka” (1990) oraz eseje i opowiadania Kertésza przełożono na niemiecki; wiadomość o nagrodzie zastała go zresztą w Berlinie, gdzie przebywa na stypendium. Jego książki ukazały się też m. in. po angielsku, francusku i szwedzku. Polski przekład „Losu...” autorstwa Krystyny Pisarskiej otrzymaliśmy wiosną tego roku dzięki wydawnictwo W.A.B., które teraz zapowiada kolejne tytuły nowego noblisty. 
„Los utracony” – wedle słów Michała Głowińskiego „arcydzieło wśród licznych dzieł mówiących o Zagładzie, arcydzieło prostoty” – to przetworzony artystycznie zapis wojennych doświadczeń Kertésza. Narrator, piętnastoletni Gyurka Köves, z racji żydowskiego pochodzenia zostaje najpierw skierowany jako robotnik przymusowy do odbudowy zniszczonej przez bombardowania fabryki, następnie wywieziony do Auschwitz. Z Auschwitz trafia do Buchenwaldu, potem do obozu w Zeitz, by wrócić stamtąd do Buchenwaldu z flegmoną i w stanie bliskim już „zmuzułmanienia”. Wyzwolenie zastaje go w obozowym szpitalu, gdzie niespodziewana pomoc kilku współwięźniów pomogła mu odzyskać siły. 
O swoim losie Gyurka opowiada rzeczowo i beznamiętnie, z początku wręcz podniecony nową przygodą i próbujący szybko przystosować się do nowych warunków. Z tej „naiwnej” narracji wyłania się porażający obraz rzeczywistości nieludzkiej, która rządzi się własnymi, wewnętrznie spójnymi regułami. To właśnie nieprzystawalność pojęć używanych w normalnym świecie do opisu mikrokosmosu lagrów sprawia, że Gyurka po powrocie do Budapesztu nie może znaleźć wspólnego języka z indagującym go dziennikarzem. Podkreślenie odrębności obozowego świata, pesymizm i niechęć do moralizatorstwa, łączą Kertésza z Borowskim. Węgierski pisarz sam się do tego pokrewieństwa przyznaje, choć – jak mówił Krzysztofowi Masłoniowi – opowiadania Borowskiego przeczytał po raz pierwszy, gdy „Los utracony” był już bliski ukończenia.
Nobel dla Kertésza jest pierwszym Noblem dla pisarza tworzącego w języku węgierskim. Nie doczekali się go ani klasycy węgierskiej prozy międzywojennej Dezső Kosztolányi i Zsigmond Móricz, ani tworzący również i po wojnie pisarze-instytucje, jak Tibor Déry i Gyula Illyés, ani żaden z wybitnych XX-wiecznych poetów, od Endre Ady’ego po Sándora Weöresa i László Nagya. Wielka międzynarodowa sława wieloletniego emigranta Sándora Márai przyszła już po jego śmierci w 1989 roku.
Ostatnie decyzje noblowskiego jury sprawiają czasem wrażenie, jakby jego członkowie chcieli nadrobić zaniedbania wobec literatur wcześniej pomijanych: czeskiej (Jaroslav Seifert, 1984), arabskiej (Nadżib Mahfuz, 1988), portugalskiej (Jose Saramago, 1998), chińskiej (Gao Xingjian, 2000), teraz węgierskiej. Krytycy Nagrody mówią wręcz o „politycznej poprawności”. Czy to jednak źle, gdy spośród rozmaitych kandydatur wybiera się takie, które podkreślają różnorodność i wielogłosowość współczesnej kultury? Zwłaszcza że chodzi zwykle o twórców bezsprzecznie wybitnych, jak choćby Seifert, Kertész czy Saramago (cokolwiek sądzić o jego ideowych sympatiach). Gdy się zresztą przyjrzeć liście laureatów z ostatnich dwudziestu lat, wówczas zobaczymy, że aż siedmiokrotnie wyróżniano pisarzy języka angielskiego, choć tylko jeden spośród nich – William Golding – był Anglikiem, pozostali to Nigeryjczyk Wole Soyinka, południowoafrykańska prozaiczka Nadine Gordimer, poeta z Karaibów Derek Walcott, Irlandczyk Seanus Heaney, czarnoskóra Amerykanka Toni Morrison i Hindus z Trynidadu V. S. Naipaul... Widać stąd, że literacki Nobel jest dosyć wiernym zwierciadłem naszego świata. 
W osobie zaś Kertésza nagrodzono nie tylko literaturę węgierską, ale też pisarza, który próbuje w prowokacyjnie wręcz powściągliwy i antypatetyczny sposób przekazać nam doświadczenia graniczne, jakie stały się jego udziałem za sprawą złowrogich ideologii. „To nie był mój los, ale ja go przeżyłem” – powie o sobie Gyurka Köves. Przeżyłem, przemyślałem, opisałem... 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 42 (2780), 20 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl