Mieszaniny


Wycieczka w stare dobre czasy

Jan Błoński




Teatr lat pięćdziesiątych miał się zarazem znakomicie i okropnie. Nigdy chyba nie było w Polsce teatrów tak bezpiecznych organizacyjnie i finansowo. Ale też nigdy – nawet za carskich czasów – nie było tak ścisłej cenzury i narzuconego z zewnątrz repertuaru, a nawet – o zgrozo! – stylu gry. Wzięło się to z przekonania, że teatr jest bardzo ważny informacyjnie i propagandowo. Przekonanie to osłabło po kilkunastu latach. Dlaczego? Bo powstała telewizja, której przedtem prawie nie było. 
Nawet zwykłe radio kupowało się z asygnaty... więc film i teatr ceniono za zdolność do ideologicznego prania mózgu. Już w roku 1949 przekształcono strukturę organizacyjną teatrów, podporządkowując je centralnie ministerstwu kultury (przedtem były po prostu miejskie...). Repertuar trzeba było uzgadniać z odpowiednimi władzami partyjnymi. Powstał więc prędko ogólny schemat układania repertuaru: należało utrzymać liczbową równowagę między klasyką i sztukami współczesnymi, podobnie jak między polskimi i światowymi. W repertuarze winna się co roku pojawić przynajmniej jedna sztuka radziecka lub rosyjska, jedna z bratnich krajów, zwanych popularnie demoludami. Za tropienie aluzji, dwuznaczności, aktualnych żartów itp. odpowiedzialna była cenzura, ale ocena artystyczno-polityczna należała do wydziałów kultury, ministerstwa, partii itp. Ta struktura i te zwyczaje utrzymały się – nie do wiary! – aż do roku 1981, a nawet później, ale wtedy były już zupełnie wyprane z treści i nie traktowano ich poważnie, natomiast w „stalinowskiej Polsce”, czyli do roku 1955, budziły prawdziwy strach. U niektórych zaś entuzjazm, bo „budowanie socjalizmu” w teatrze miało dla naiwnych czy interesownych pewien – jak by to powiedzieć – patos.
Ale nie trwał, bo repertuar marniał. Przestano grać współczesne sztuki zachodnie, a także wielu polskich klasyków, jako antyrosyjskich i religianckich. Artyści mieli jednak więcej czasu i stałe posady. I niewątpliwie sztuka aktorska najmniej ucierpiała w realizmie, zaś szkoły teatralne wykształciły wielu wybitnych aktorów. Czy stali się jednak zwolennikami socjalistycznego realizmu? Na ogół nie, bo aktorzy jak mało kto lubią nowość i osobliwość. Bywały zresztą dobre przedstawienia w nowym duchu, jak „Brygada szlifierza Karhana” w reżyserii Dejmka albo inscenizacje Dąbrowskiego w Krakowie.
Raz jeszcze zmiany polityczne – nadchodząca odwilż – wyraziły się zmianami ambicji i teatralnego stylu. Repertuar ożywił się i poszerzył: nowym blaskiem zabłysnął Wyspiański, Słowacki, Krasiński nawet..., nie mówiąc o Szaniawskim, który w „Dwu teatrach” odważył się bronić bohaterów powstania warszawskiego. Był to w ogóle czas pełny nadziei, czas restytucji i odnowy. Ale nie tylko. Bo przecież właśnie w tym momencie pojawiły się na świecie – a ściślej biorąc we Francji – sztuki „teatru absurdu”, jak je prędko nazwano. Nikt jednak niestety nie spostrzegł, że polscy dramaturgowie, z Witkacym na czele, później zaś Białoszewskim... niesfornie wyprzedzili wszystkie nowinki Francuzów. Nikt nie zauważył, że fantazje i dziwności, którymi pasły się Ioneski, Becketty i Genety, tkwiły już bezspornie w teatrze Witkacego i sztukach Białoszewskiego. Tak więc Paryż – choć nie całkiem zasłużenie – wyprzedził Warszawę... a cóż dopiero Kraków, Zakopane i Gombrowicza.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 42 (2780), 20 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl