Gdzie szukacie Dziaganata?

Z o. Marianem Żelazkiem, werbistą, misjonarzem w Indiach, kandydatem do Pokojowej Nagrody Nobla, rozmawia Marcin J. Witan


MARCIN J. WITAN: – »Namaste«, ojcze Marianie!
O. MARIAN ŻELAZEK: – Hindusi powiedzieliby raczej »nomosharo«. To też znaczy „Bóg z tobą”, ale z odcieniem większego szacunku.
Pracuje Ojciec w Indiach pięćdziesiąt dwa lata i rzadko bywa w Polsce... 
– Kiedyś w naszym zgromadzeniu obowiązywało prawo, że misjonarz wyjeżdża raz na zawsze i nigdy nie wraca. W 1947 r. pozwolono misjonarzom wyjeżdżać na wakacje, z czego skorzystałem pierwszy raz w 1963 r., trzynaście lat po przybyciu do Indii. Potem przyjeżdżałem do Polski mniej więcej co pięć lat. Ostatnio byłem tu dwa i pół roku temu.
Niedawno odbyła się konferencja prasowa w związku z kandydaturą Ojca do Pokojowej Nagrody Nobla. Pod wnioskiem podpisali się profesorowie polskich uczelni, ludzie kultury, biskup z Indii i generał werbistów. Jak Ojciec przyjął wiadomość o nominacji?
– Z zaskoczeniem. Zupełnie nie byłem na nią przygotowany. Kiedy się o niej dowiedziałem, „zatrzymałem się w biegu”, zacząłem przyglądać się swojej pracy, zastanawiać się, czy jest tak, jak myślą ludzie, którzy mnie zgłosili, że misjonarze są pożyteczni, potrzebni. Nominację traktuję jako wyróżnienie całej polskiej braci misyjnej, na wszystkich kontynentach. To także rodzaj ukoronowania obozowego etapu mojego życia, przyjmuję je w imieniu czternastu moich współbraci, którzy zginęli w Dachau.
To nominacja do nagrody pokojowej. Jak misjonarz służy pokojowi?
– Poprzez postęp, jaki wnosi w życie ludzi, wśród których przebywa. Ćwierć wieku spędziłem między członkami szczepów pierwotnych, których jeszcze dziś członkowie kast wyższych pogardliwie nazywają „małpami”, przez trzynaście lat byłem dyrektorem gimnazjum z językiem wykładowym orija, potem sekretarzem wszystkich prowadzonych przez zgromadzenie stu osiemdziesięciu pięciu szkół podstawowych i dwudziestu średnich. Oferując ludziom wykształcenie, przyczyniamy się do postępu i do pokoju. Wielu z tych, którzy przewinęli się przez nasze placówki, piastuje obecnie wysokie stanowiska w administracji publicznej. Od lat pracuję między trędowatymi w Puri, nad Zatoką Bengalską. Bycie z nimi to dawanie im pokoju, a u jego początków znajduje się odzyskanie przez chorych poczucia ludzkiej godności, której byli pozbawieni przez społeczeństwo. 
Dziękując za nominację napisał Ojciec, że niezbędną cechą misjonarza jest „zrozumienie i uszanowanie religii i zwyczajów ludzi, do których go posłano. Tylko przy takim nastawieniu misjonarz – świadek Ewangelii – stanie się drogą do międzyreligijnego dialogu i płynącego z niego pokoju”. Czy dialog jest głównym zadaniem misjonarza?
– Misjonarz ma torować drogę Jezusowi. Rzecz nie w tym, by zwiększać liczbę chrześcijan, ale by ułatwić Jezusowi dotarcie tam, gdzie człowiek jeszcze nie zna Zbawiciela. Misjonarz ma dowieść, że w świecie możliwa jest godność i szacunek, wierność Prawdzie. Świadek Ewangelii musi w to wierzyć – musi pragnąć, by inni poznali i pokochali Chrystusa. Jeżeli tak się nie stanie, misjonarz staje się de facto jedynie pracownikiem społecznym.
Nikt z nas nie wybiera się do dalekich krajów, aby zakładać tam Kościół polski czy niemiecki, ale by założyć Kościół lokalny. Jan Chrzciciel powiedział o Chrystusie: „On musi rosnąć, a ja się umniejszać”. Podobnie bywa w życiu misyjnym: powinniśmy się powoli usuwać, dając miejsce wspólnotom lokalnym. W prowincji, w której żyję, w 1950 r. działało dwudziestu sześciu misjonarzy – wszyscy byli obcokrajowcami, dziś zaś w tejże prowincji pracuje ponad stu pięćdziesięciu duchownych, w tym tylko dwóch obcokrajowców. To wielka radość, że powstał Kościół miejscowy, który ma już dwóch biskupów! Nasz wysiłek ma więc sens. 
Niedawno otrzymał Ojciec dyplom ministra spraw zagranicznych za zasługi dla polskości.
– Hindusi traktują mnie jako dobrego człowieka, a wiedzą, że jestem Polakiem, więc i Polskę postrzegają jako kraj ludzi dobrych. Chcą się czegoś o niej dowiedzieć. To moje ambasadorowanie. Hinduscy urzędnicy darzą mnie uznaniem i sympatią, cieszą się, że mówię ich językiem, choć mógłbym mówić po angielsku. 
Czy najważniejsze w kontakcie z Hindusami okazuje się świadectwo własnego życia?
– Paweł VI w encyklice o nauczaniu Ewangelii pisał, że świat współczesny nie ufa słowom, pragnie jedynie świadectwa, jeżeli zaś zaufa słowu, to jedynie dzięki świadectwu. Najpierw przebywałem – jak wspomniałem – wśród szczepów pierwotnych, później zaś skierowano mnie do pracy z kastami wyższymi i pierwsze, co uczyniłem, to rozpoczęcie budowy Biblioteki Katolickiej z czytelnią – gdzie każdy może się zapoznać z literaturą chrześcijańską. Hindusi, zwłaszcza młodzi, chcieli czytać. Następnie w Puri – gdzie znajduje się świątynia Dziaganata (Pana Świata), do której dziennie pielgrzymuje ok. dziesięciu tysięcy ludzi – wznieśliśmy kościół Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, widomy znak obecności Chrystusa. Budowę ukończyliśmy w 1985 r. Całe wyposażenie kościoła pochodzi z Polski. Okoliczni mieszkańcy bardzo interesowali się budową. Minął czas, kiedy ojciec nakazywał synowi, który odwiedził misję chrześcijańską, by poszedł nad morze i obmył się z nieczystości. Kiedy na frontonie kościoła montowano płaskorzeźbę Wniebowzięcia Matki Bożej, lekarz z kolonii trędowatych, bramin, widząc to, powiedział: ojcze, tu w Puri jest świątynia Dziaganata, a my musimy nazwać nasz – tak powiedział! – kościół Dziagat Mata Gyrdzia – Kościołem Matki Świata. Czyż to nie piękne, usłyszeć takie słowa z ust hinduisty?
Chrześcijaństwo fascynuje wielu Hindusów. Dlaczego? Czego brakuje im w hinduizmie?
– W hinduizmie – upraszczając – wszystko się miesza, gubi się prawda, białe może być czarne i na odwrót. Chrześcijaństwo głosi jasną, niezmienną Prawdę i to ich fascynuje, bo są zgłodniali Boga. Hinduiści szukają Boga z ogromnym poświęceniem, pielgrzymują, odprawiają surowe posty, ale ich religijność jest rytualistyczna. Lekarz, bramin, o którym wspominałem, opowiedział mi kiedyś, że z przyjaciółmi zapalił przed wizerunkiem Pana Świata 1008 lampek. Żartobliwie zapytałem, co by się stało, gdyby zapalili jedną lampkę mniej. „Wszystko byłoby na próżno” – usłyszałem. My, chrześcijanie, tak byśmy nie powiedzieli; wierzymy, że Bóg patrzy w serce człowieka, a nie na zewnętrzne akty oddania. 
Watykańska Kongregacja ds. Ewangelizacji Narodów wymienia cztery najważniejsze aspekty misji: świadectwo życia, działalność na rzecz sprawiedliwości, liturgię i modlitwę oraz dialog międzyreligijny. Wszystkie te aspekty odnajduję w pracy Ojca.
– Liturgia i modlitwa są niezmiernie ważne w Indiach. Hindusi to natury religijne. Do sadhu – świętego męża – odnoszą się zawsze z szacunkiem, obojętne kim jest. Jeden z naszych poetów, piszących w orija, napisał wiersz pt. „Father Marian”. Pytał w nim: Gdzie szukacie Dziaganata (to znaczy Pana)? On jest tam, gdzie father Marian obwiązuje rany biedaków, obmywając nogi trędowatych, obmywa nogi Chrystusa. Tak napisał hinduista!
Zmarły niedawno arcybiskup Delhi, Alain de Lastic, w jednym z wywiadów powiedział, że podstawową płaszczyzną dialogu z hinduizmem jest przestrzeń miłości. 
– To samo mówi Papież. Miłość podbija ludzi. Chrześcijaństwo, które ją niesie, przenika do Hindusów, jakoś ich przemieniając. Wielu z nich np. z radością słucha radiowych audycji chrześcijańskich. A przecież chrześcijanie w Indiach to przysłowiowa kropla w morzu. Kiedyś, na Boże Narodzenie, gościłem profesora uniwersytetu założonego przez indyjskiego pisarza i noblistę Rabindranatha Tagore. Przy stole wigilijnym rozmawialiśmy o Chrystusie. Podczas Pasterki mój gość przystępuje do Komunii świętej! Prawo kościelne zabrania mu jej przyjęcia. Stanął przede mną, a ja gorączkowo myślałem, co począć? Udzielić mu Komunii czy nie? I udzieliłem. Spotkaliśmy się po roku i okazało się, że w tamtej chwili on zastanawiał się nad tym samym co ja: czy ojciec da mi Pana Jezusa, czy nie? Dziękowałem Bogu, że postąpiłem, jak postąpiłem. Moim zdaniem, profesor rozumiał wartość sakramentu, rozumiał, że gdzie miłość, tam Bóg. 
Hinduizm u nas przybiera czasami inne formy. Jego otwarcia nie akceptują hinduscy fundamentaliści, już Mahatmę Gandhiego oskarżając o zdradę wiary, gdyż głosił zasadę „ohimsa” – walki bez przemocy, która nie wywodzi się z hinduizmu. Ponadto zajmując się „nietykalnymi” – ludźmi znajdującymi się najniżej w hierarchii społecznej – Kościół naraża się wyższym kastom, które traktują „nietykalnych” z najwyższą pogardą. „Dziagat guru” – Nauczyciel Świata, który w Puri strzeże ortodoksyjności hinduizmu – uczy, że podział kastowy jest boskiego pochodzenia, a więc niezmienny. 
Nie bał się zatem Ojciec, że coś się może mu przydarzyć?
– Przez wiele lat mojej pracy w Indiach nie zdarzyło mi się znaleźć w niebezpieczeństwie, choć był czas, że policja strzegła naszego kościoła. Zżyliśmy się z mieszkańcami Puri, jesteśmy przez nich traktowani jako swoi. 
Mówi Ojciec: „u nas”, „nasz język orija”... Czy Indie to druga ojczyzna Ojca?
– Jakże mógłbym mówić „oni” o ludziach, wśród których jestem od pięćdziesięciu dwóch lat! Jestem jednym z nich, choć nie przyjąłem obywatelstwa indyjskiego.
Zatem co Ojciec przyswoił sobie z obyczajów hinduskich?
– Na przykład to, że nie jem wołowiny. Jem to, co oni. Wchodząc do kościoła zdejmuję obuwie tak jak oni. Hindusi nie wyobrażają sobie, by wejść do świątyni w butach. Od Hindusów nauczyłem się cierpliwości, uwagi, jaką darzy się innych. No i zaangażowania w sprawy duchowe. Oni traktują je z wielką dbałością, mnóstwo czasu poświęcają na modlitwy i medytacje. Szanują ludzi z pierwiastkiem duchowym, oczekują od misjonarzy duchowości. 
Czy hinduizm postrzega Ojciec jako element w Bożym planie zbawienia? Czy raczej jako przeszkodę w prowadzeniu chrześcijańskiej misji w świecie?
– Sobór Watykański II w dekrecie „Nostra Aetate” (O stosunku do religii niechrześcijańskich) mówiąc o ziarnie prawdy w innych religiach, wprowadził w umysły misjonarzy pewne zamieszanie. Misjonarze zadawali sobie pytanie: czy jesteśmy jeszcze potrzebni? Obecnie wiemy, co mocno podkreśla Papież, że Chrystus jest konieczny do zbawienia każdemu człowiekowi. Można Go nie znać, ale w planach Bożych On jest Tym, przez którego do wszystkich dociera zbawienie. Także do hinduistów. Jasne, że przy końcu świata nie będą oni członkami Kościoła, ale jest równie jasne, iż mogą zostać zbawieni jak chrześcijanie. Mocą Chrystusowego Krzyża.
Uczestniczył Ojciec we Mszy św. z Janem Pawłem II na krakowskich Błoniach. Jak odebrał Ojciec jego przesłanie?
– Znalazłem się niedaleko ołtarza. Wspaniała religijna manifestacja, u nas, w Indiach, niemożliwa. Słowa Jana Pawła II zachęciły mnie do jeszcze większej ofiarności dla innych.
Praca wśród biednych niesie ze sobą niebezpieczeństwo przyzwyczajenia się do biedy, uodpornienia się na nią, tymczasem każde spotkanie z biednym jest spotkaniem Chrystusa, czymś niepowtarzalnym. Św. Jan Chryzostom w tekście czytanym w brewiarzu mówi: adorujesz Chrystusa w kościele, a potem przechodzisz obok Niego, obdartego na ulicy, i nie zauważasz Go. To się nam zawsze może zdarzyć. Życzyłbym sobie, żeby wszyscy słuchający Papieża myśleli podobnie. 
Dziękuję za rozmowę. „Aszirbado”!
– „Aszirbado” – niech Bóg błogosławi wszystkich!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 41 (2779), 13 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl