Rozmowa po premierze


Kuchnia filmowej „Zemsty”

Z Andrzejem Wajdą i Krystyną Zachwatowicz
rozmawia Tomasz Fiałkowski



TOMASZ FIAŁKOWSKI: – Stanisław Pigoń, wydawca „Pism wszystkich” Fredry, analizując tekst „Zemsty” doszedł do wniosku, że jej akcja toczy się około roku 1815. W wersji filmowej znajdujemy się w wieku XVIII, w Polsce jak z Kitowicza. Dlaczego taka decyzja?
ANDRZEJ WAJDA: – Widziano Fredrę jako pisarza już po części mieszczańskiego, bo przecież Polska XIX wieku powoli przekształca się w Polskę mieszczańską. Sam Fredro wdał się w korespondencję z władzą austriacką, żeby uzyskać dla szlachty pozwolenie na noszenie kontuszy – kontusz wyjmowano już wtedy ze skrzyni od święta. Tymczasem bohaterowie „Zemsty” ubierają się tak na co dzień, to nie jest jakiś relikt przeszłości. I tak chcieliśmy ich pokazać.
Ich świat odchodzi. Ogromny zamek jest znakiem przeszłości. To oni doprowadzili go do ruiny, prawdopodobnie takimi samymi kłótniami, jakie pokazał Fredro w „Zemście”, tylko o coś większego niż dziura w murze. „Tu mieszkamy niby sowy” – wielkość i potęga przepadły przez ich marne charaktery. To, mam nadzieję, widać w filmie.
Młodzi, Wacław i Klara, poprzez swoje kostiumy przynależą w filmie do tego samego świata co Cześnik i Rejent.
ANDRZEJ WAJDA: – Pracując z Krystyną nad „Zemstą” w teatrze mieliśmy wrażenie, że ta para zbyt oddziela się od całej reszty. To dawna tradycja wystawiania „Zemsty” widziała ich jako postaci z innego świata: ze świata romantycznego. Ale przecież z tego, co mówią, wynika jasno, że są nieodrodnymi dziećmi swoich rodziców. Gdy się o tym pamięta, Wacław i Klara stają się częścią „Zemsty”, a nie zapowiedzią jakiejś innej sztuki. Nabierają rumieńców, krwi, temperamentu. 
KRYSTYNA ZACHWATOWICZ: – Robiłam „Zemstę” dwa razy i zawsze Klara i Wacław zgodnie z tą tradycją byli postaciami już z XIX wieku. A przecież w jednej z ostatnich scen Wacław mówi: „Ale jeśliś człowiek prawy / Jaką taką daj szablinę – / W Bogu wiara, że nie zginę”. Kiedy wypowiadał te słowa ubrany w XIX- wieczny fraczek, brzmiały fałszywie; kiedy nosi żupan i ma podgoloną czuprynę, ta kwestia staje się nieodparcie wiarygodna.
Po jakie wzorce Państwo sięgnęli? Słyszałem, że był to Norblin...
ANDZREJ WAJDA: – Oglądaliśmy rysunki Norblina w Muzeum Czartoryskich w Krakowie; sięgnąłem po nie po raz pierwszy przed laty, chyba przy okazji „Popiołów”. Część z nich znamy z reprodukcji, ale jest też wiele zupełnie nieznanych. Norblin rysował z natury, był właściwie fotografem swojej epoki! Przyjechał, by zebrać materiał do teki kostiumów polskich, która później ukazała się w Paryżu. Ale w tych rysunkach obejrzeć można nie tylko kostiumy, przede wszystkim sposób, w jaki były noszone, gest, jaki im towarzyszył – ludzi tamtej epoki.
Niektóre sceny bez komentarza są dziś niezrozumiałe. Na przykład: idzie wielmoża z dużym brzuchem, ze wspaniałą karabelą przy boku. Za nim inny, chudzielec, widać, że zausznik; też ma przy boku szablę, ale jeszcze jedną niesie w ręku. Dwóch ludzi i trzy szable. Dlaczego? Dla szlachcica każdy pretekst był dobry, żeby wdać się w pojedynek. Szabla, którą miał ten bogatszy, paradna, wysadzana turkusami, do pojedynku się na nadawała. Musiał mieć drugą – i niósł mu ją ten chudzielec. Za takim obrazem kryje się okrutna porywczość, którą w „Zemście” reprezentuje Cześnik. Kiedy Gajos mówi: „Nie ma dnia bez sprzeczki, zwady”, zaciera ręce: coś się wreszcie dzieje w tym pustym zamku, w tym nudnym kraju, który już nie decyduje o swoim życiu.
KRYSTYNA ZACHWATOWICZ: – Prócz Norblina oglądałam też w Gabinecie Rycin Muzeum Narodowego w Warszawie tekę rysunków sangwiną nie ustalonego dotąd autora. Zawiera sto kilka wizerunków przedstawicieli jednej rodziny. Rysunki są bardzo precyzyjne, widać szczegóły stroju i uczesania. Pikowany żupan Wacława znalazłam na jednym z tych rysunków.
– Podkreślają Państwo aktualność cech charakteru bohaterów „Zemsty”. Czy to jednak nie przesada po dwustu latach mówić o ciągłości cech charakteru narodowego?
ANDRZEJ WAJDA: – „Zemsta” dawno by zniknęła z repertuaru polskich teatrów, gdyby nie żywotność charakterów, jakie przedstawił Fredro. Komedie Fredry, podobnie jak komedie Moliera, żyją, ponieważ ich postacie wciąż na nowo odnajdujemy w naszym własnym otoczeniu. Ostatnio często też widujemy je w telewizji, gdzie wypowiadają się niestety również w naszym imieniu...
Spośród postaci filmu jedna wybija się dla mnie na plan pierwszy: myślę o Papkinie i o tym, co zrobił z tej roli Roman Polański. Na ile była to koncepcja reżyserska Andrzeja Wajdy, na ile – kreacja Polańskiego?
ANDRZEJ WAJDA: – To jest zamysł Romana Polańskiego. W „Zemście” Papkin to postać skonstruowana na innych prawach niż pozostałe. Jest przybyszem w dwojakim sensie: przybywa z zewnątrz do zamku, ale i do polskiego świata z innej literatury. Papkin to postać z włoskiego teatru, Capitano, mająca pierwowzór w antyku, w „Żołnierzu Samochwale” Plauta. Roman Polański dobrze o tym wiedział; i po to przyjechał do nas z Paryża, żeby zagrać rolę Papkina, wyprowadzoną z tej właśnie tradycji.
Ten przybysz z innego świata – w niczym nie uchybiając pozostałym aktorom – daje fantastyczną lekcję mówienia fredrowskiego wiersza!
ANDRZEJ WAJDA: – O tym, że Roman Polański jest znakomitym aktorem, wiem od czterdziestu lat, odkąd zagrał u mnie w „Pokoleniu”. Zadawałem sobie tylko pytanie, czy w ogóle zechce zagrać, zjawia się przecież przed kamerą niezwykle rzadko. Jestem przekonany, że zgodził się, aby zagrać po polsku. W młodości oglądał „Zemstę” graną przez wielkich aktorów w Teatrze Słowackiego, wiedział, jaki kształt polska tradycja teatralna nadaje roli Papkina; myślę, że to też nie było bez znaczenia przy podejmowaniu decyzji – którą zresztą podjął natychmiast.
Papkin Polańskiego jest komiczny, ale zarazem podszyty melancholią.
ANDRZEJ WAJDA: – To najpiękniejszy rys tej roli, wynikający trochę z wieku Polańskiego. Kiedy Papkina gra młody aktor, jest komediantem, który się popisuje. Papkin Polańskiego doskonale wie, że swoje historyjki opowiedział już wielokrotnie, że opowiedziane po raz kolejny mogą się przestać podobać. Smutek tych, którzy nas usiłują rozśmieszać, zawsze chwyta za serce.
A że Polański świetnie mówi wiersz fredrowski? Jest niezwykle oczytany i obdarzony wspaniałą pamięcią. Kilkanaście lat temu w Paryżu, podczas kolacji Roman zaczął nagle recytować Verlaine’a, ku zdumieniu francuskich gospodarzy: nie skończył przecież tych szkół, co oni, a nauczył się tych wierszy, które oni powinni umieć! Kiedy Francuzi zachwycali się jego znajomością Verlaine’a, Roman odwrócił się do nas i powiedział półgłosem: Wiecie, Gałczyńskiego „Pożegnanie z latarniami” to jest dopiero wiersz! I zaraz zaczął deklamować: „Wy, które w miastach w noc świecicie...”. Jego siła polega na niezwykłej umiejętności adaptowania się do różnych kultur, ale jego zaplecze pochodzi stąd: wyjechał z Polski już całkowicie ukształtowany.
Całość akcji toczy się w scenerii zimowej – czemu miał służyć ten pomysł?
ANDRZEJ WAJDA: – To pomysł Jana Prochyry. Dostrzegłem w tym wielką zaletę: odarcie „Zemsty” ze swojskiego ciepełka, które w teatrze towarzyszy zwykle tej komedii. Tymczasem tekst „Zemsty” jest przejmujący, wręcz przeszywający. Siła tej sztuki polega na tym, że jej intryga opowiedziana została z punktu widzenia racjonalnego umysłu autora, a nie z punktu widzenia Cześnikowej Pani Barskiej. Każdy, kto przeczytał „Trzy po trzy”, wie, jakiego rodzaju umysłowością obdarzony był Fredro, jak ostro i przenikliwie widział otaczający go świat. Wszystko, co jest w naszej literaturze osiemnastowieczne, zestarzało się, oświeceniowy racjonalizm bardzo się od nas oddalił. A Fredro jest spadkobiercą racjonalizmu – i spadkobiercą Moliera. Dlatego umie z taką przenikliwością spojrzeć na rzeczywistość, którą wszyscy wokół niego uważali za oczywistą.
Uprzedził Pan moje następne pytanie: co jest najważniejsze w „Zemście” dzisiaj? Ostrość widzenia świata, fenomenalny wiersz, charaktery?
ANDRZEJ WAJDA: – Arcydzieła mają to do siebie, że nie jedną tylko cechą się charakteryzują... Wiersz Fredry jest rzeczywiście niedościgniony. Kiedy słuchałem aktorów, wciąż zadawałem sobie pytanie: jak to możliwe, że w naszym języku, w którym tak trudno wyrazić cokolwiek precyzyjnie, fredrowskie postacie mówią dokładnie to, co mają do powiedzenia, używając przy tym tak niewielu słów. 
„Zemsta” to przy tym utwór uniwersalny – rzecz w naszej literaturze prawie niespotykana. Kiedyś przed laty myślałem, żeby nakręcić ją w Japonii – i nawet przez sekundę nie obawiałem się, że natrafię na barierę kulturową. Dwóch samurajów w podzielonym zamku, Toshiro Mifune jako Papkin, czyli wędrowny żołnierz do wynajęcia, który do tego zamku przybywa... 
I jeszcze ostatnie pytanie: co po „Zemście”?
ANDRZEJ WAJDA: – Powracam do projektu, który od dawna mnie trapi – to chyba właściwe słowo – do filmu o tragedii katyńskiej. Dotychczas nie było żadnego utworu literackiego, na którym mógłbym się oprzeć. Scenariusz jest tylko materiałem do przyszłego filmu, natomiast utwór literacki daje mi coś głębszego, bardziej bezinteresownego: zrodzonego z wewnętrznej potrzeby autora, a nie tylko z myślą o przyszłym filmie. Niestety, oprócz wiersza Herberta i muzyki Pendereckiego nie mamy na ten temat właściwie nic, ani w kraju, ani na emigracji. Teraz, z mojej inicjatywy, pan Włodzimierz Odojewski napisał rzecz o Katyniu – będzie to powieść, która ukaże się drukiem jeszcze w tym roku w wydawnictwie Rosner i Wspólnicy. I będzie podstawą mojego filmu.
Chciałbym też bardzo zrobić film współczesny. Nakręciłem dla Canal + cztery odcinki „Moich notatek z historii”: udało mi się tam opowiedzieć, w scenach z moich filmów, historię Polski od chwili, gdy legiony Dąbrowskiego idą przez Italię w „Popiołach” i śpiewają „Jeszcze Polska nie zginęła”, aż do Lecha Wałęsy w Stoczni Gdańskiej. Rok 1989 tworzy wyraźną cezurę, rzeczywistość staje się dla mnie rzeczywistością nieprzedstawioną. Nic dziwnego, że chciałbym się z nią zmierzyć.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 41 (2779), 13 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl