EWA SZUMAŃSKA

 



Zaufanie

Od lat trwa wielka operacja, prowadzona mniej lub bardziej świadomie przez 
wszystkie światowe media – od tych poważnych po brukowe. Można by ją nazwać OPZ, Operacja Podważania Zaufania. Zaufania do wszystkiego. Do polityków i aktualnej władzy, do korporacji i instytucji pozarządowych, do przemysłowców, biznesmenów i ekologów, do celników, sędziów i policjantów, do producentów żywności, do lekarzy i firm farmaceutycznych... Z jednej strony to dobrze, bo mamy prawo wiedzieć, co się święci, nawet jeżeli nie mamy na to żadnego wpływu. Z drugiej strony to niedobrze, bo bez odrobiny zaufania a priori do osób, instytucji i przedsięwzięć – życie staje się ogromnie frustrujące, a czasem wręcz niemożliwe.
Produktem ubocznym operacji OPZ jest rosnący brak zaufania do samych mediów. Zwłaszcza, że obnażenie afery, przekrętu, skandalu czy złamania prawa nie ma najczęściej dalszego ciągu, a obnażający gna już po następną zdobycz, przestając się interesować poprzednią. Stąd, zwykły odbiorca (czytelnik, słuchacz, widz) coraz rzadziej wie, czy celem była tu naprawa świata, czy pójście do kasy i pobranie honorarium.

 

 

 

 

Sprzężenie zwrotne

Obejrzałam szumnie anonsowany program stacji „National Geographic” o naj-
nowszych odkryciach archeologicznych w Egipcie. Zarejestrowane na żywo dotarcie przy pomocy specjalnego robota do nieznanych dotąd pomieszczeń we wnętrzu piramidy Cheopsa.
A cóż to za niezwykły knot!! Utrzymany w atmosferze sensacji i narastającego napięcia – robot posuwa się parę metrów, zatrzymuje, prezenterka podkręca nastrój, mówi: Zostańcie z nami i następuje seria reklam. Najgorsze jednak są dokrętki. Statyści, przebrani za starożytnych Egipcjan, ilustrują „scenkami z życia” niemal każde wydarzenie z okresu budowy piramidy odczytane z hieroglifów, czy analizy znalezisk. Widzimy więc owych budujących, jak się układają do snu, jak i co jedzą, widzimy nawet, jak blok kamienny miażdży nogę jednego z nich i jak go – wśród okrzyków – niosą na zabieg operacyjny. Jedenasta Muza (jak samą siebie nazywa Telewizja) ma swoistą umiejętność. Potrafi wszystko – nawet ważne wydarzenie naukowo-kulturowe – zwulgaryzować, spłaszczyć i – aby widz się przypadkiem nie znudził – wzbogacić je komiksem.
Widz, traktowany jak osoba niedorozwinięta, niestety z czasem się do tego przyzwyczaja. A potem sam się zaczyna domagać takiej formy.

 

 

 

 

Odkrycie

Wśród kolorowego chłamu zalegającego kioski, odkryłam – namówiona przez 
przyjaciół – tygodnik pod tytułem „Wielcy malarze”. Każdy numer poświęcony jest jednemu z mistrzów, zawiera jego życiorys, charakterystykę twórczości, niezłe reprodukcje najważniejszych dzieł i ich fachowy opis. Wszystko to przystępne i popularne, ale w dobrym znaczeniu.
Mam teraz jeden dzień w tygodniu, kiedy za niecałe pięć złotych uchylam małe drzwiczki, przez które, z rozdygotanej współczesności, wchodzę w zupełnie inny świat. Najważniejsze są reprodukcje. Sporo oryginałów oglądanych w różnych muzeach świata, mam wciąż przed oczami. Ale to duża przyjemność rozjaśniać sobie ten już trochę zamglony obraz i odnajdywać w nim zapomniane szczegóły. Teraz jest tam czas Quatrocento. Fra Angelico, Bellini, Piero della Francesca, mój ukochany Ucello...
To było dobre odkrycie.

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 41 (2779), 13 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl