„Krrrokodyla daj mi, luby”

Anita Piotrowska



Pomysł na filmową „Zemstę” zrealizowany został bardzo konsekwentnie: adaptacja Wajdy nie jest interpretacją tamtej komedii, ale jej wiernym przeniesieniem z użyciem filmowych środków wyrazu. Szacunek dla słowa nie pozwolił twórcom nadużywać tych środków.


„Zemsta” Aleksandra Fredry to, jak się często mawia, Polaków portret własny. Nieśmiertelne, karykaturalnie zarysowane typy składają się na coś, co nazywamy przeklętym polskim charakterem, przypadłością wyróżniającą nas niechlubnie od innych nacji i skazującą nasze wysiłki na chocholi taniec. Przeklęty znaczy bowiem także – dziedziczony z dziada pradziada, a więc będący genetyczną skazą, nieodwołalnie przypisanym atrybutem. 
W definiowaniu i wyszydzaniu narodowych charakterów należy być ostrożnym: wiadomo, ile zła w historii ludzkości przyniósł stereotyp chciwego Żyda czy gnuśnego Murzyna. Co innego jednak, gdy zamiast złośliwego portretu Obcego powstaje przenikliwy autoportret – krytyczny obraz stworzony w ramach pewnej kultury, przez kogoś, kto uważa się za jej nieodrodnego spadkobiercę. To już nie stereotyp, a krzywe zwierciadło. Często też środek zbiorowej autoterapii. 
Dzięki niemu zaczynamy patrzeć na siebie z dystansem, uwalniamy od narodowej megalomanii, niepotrzebne napięcia rozbrajamy śmiechem. Patrząc wstecz na naszą kulturową schedę, okazuje się, że nie było z nami aż tak źle. Choć nie potrafimy, tak jak Czesi na przykład, bezceremonialnie śmiać się ze swych słabości, to jednak w każdej niemal epoce pojawiał się u nas jakiś Stańczyk, który mącił narodową kadź, budząc swoich pobratymców z letargu samozadowolenia. 

Jedna cecha polskiego charakteru była przez owych Stańczyków piętnowana w sposób szczególnie mocny. Otóż Polak z Polakiem bardzo się nawzajem nie lubią. I to już jest prawdziwy narodowy dramat. Każdy będzie walczył do upadłego, czapkę sprzeda, pas zastawi, byle tylko dopiec drugiemu. O tym dumał na paryskim bruku zatroskany Adam Mickiewicz, nad tym ubolewał w kafejkach Buenos Aires, obficie jad sącząc, Witold Gombrowicz, twórca fundamentalnego w tej kwestii „Trans-Atlantyku”. Zawsze gdzieś jakiś Horeszko z Soplicą, Domeyko z Doweyką, Kargul z Pawlakiem użerali się do utraty tchu, bacząc jedynie na czubek swego nosa i specyficznie pojęty staropolski honor. 
No a dziś? Zdaje się, że zaakceptowaliśmy nasze wady z całym bogactwem inwentarza, i właśnie teraz, w warunkach pokoju, demokracji i tolerancji, plenią się one bez umiaru. Przysłowiowa już poranna transmisja z obrad Sejmu dostarcza nam materiału surowego, artystycznie nieprzetworzonego; regularność zamieniła się w oczywistość. Co jednak na to artyści? Gdzie są ci wszyscy, którzy odważyliby się dzisiaj przejąć kaduceusz i zamieszać nim trochę w naszych mętnych wodach? 
Na skromnym poletku filmowym dokonał tego ostatnio, jako bodaj jedyny, reżyser Marek Koterski. Choć przedstawiony w „Dniu świra” obraz współczesnych Polaków można uznać za projekcję chorego umysłu Adasia Miauczyńskiego i w związku z tym nie przywiązywać do niego większej wagi, to jednak jest w filmie scena, która kąsa i drapie trafnością swej diagnozy. Oto nad wielkim betonowym osiedlem zapada zmrok, na balkony wylegają mieszkańcy i modlą się w intencji swoich sąsiadów. O co? O wszystko, co najgorsze.

W filmowej adaptacji „Zemsty”, która właśnie podbija ekrany naszych kin, Andrzej Wajda potraktował swoich rodaków łagodnie, by nie rzec – dobrotliwie. Odmalowana na ekranie „fizjonomia narodu” bliska jest zresztą wizji fredrowskiej. Choć wyrastająca z ducha oświeceniowej komedii i przyprawiona refleksją polityczną wyniesioną z wojen napoleońskich, nie była „Zemsta” zjadliwą satyrą, bezlitośnie chłoszczącą przywary Polaków. Była raczej błyskotliwie rozegranym pojedynkiem charakterów, komiczną paradą głupoty, chciwości, pieniactwa i zawiści. 
Wajda odnalazł w dramacie sprzed dwóch wieków przede wszystkim ten potencjał: zamaszyste postacie, jędrny język („»Zemsta« to jakby polonez grany dźwiękiem słów” – pisał przedwojenny krytyk teatralny), barwny obyczaj umarłej klasy. Czy to jego triumf, czy porażka, zależy od oczekiwań, z jakimi przekraczamy próg sali kinowej. Pomysł na filmową „Zemstę” zrealizowany został bardzo konsekwentnie: adaptacja Wajdy nie jest interpretacją tamtej komedii, ale jej wiernym przeniesieniem z użyciem filmowych środków wyrazu. Szacunek dla słowa nie pozwolił twórcom nadużywać tych środków. 
A więc mamy do czynienia li tylko ze sfilmowanym spektaklem? Myślę, że nie ma to większego znaczenia. Sztywne kategorie oddzielające od siebie teatr telewizji, film telewizyjny i kino z prawdziwego zdarzenia są dziś domeną sporów czysto akademickich, czego dowiodły na przykład genialne adaptacje Kennetha Branagha – „Henryk V” czy „Wiele hałasu o nic”, lekceważące jakąkolwiek czystość gatunkową. „Zemsta” Wajdy, na szczęście, nie wstydzi się teatralnego rodowodu, a ze swych ograniczeń próbuje uczynić cnotę. Dowodem jest niekonwencjonalny finał filmu: bohaterowie wyłaniają się pojedynczo zza kulis i deklamują swoje kwestie na deskach wyimaginowanej sceny. No właśnie: bohaterowie czy aktorzy? Patrząc znacząco w obiektyw kamery demaskują przecież filmowo-teatralną iluzję. Są więc przede wszystkimi aktorami spektaklu, opowiadającymi nam o swoim spotkaniu z tekstem Fredry.

A spotkanie to z pewnością należy do udanych. Aktorzy wydobywają z dramatu całą jego energię i językową inwencję. Język to zaś, jak pisał Jan Kott, naprawdę wyjątkowy: „konkretny, ścisły, nasycony jakimś zadziwiającym bogactwem ludowych powiedzeń, porzekadeł, żartów i porównań, a przy całym swoim artyzmie nasycony urzekającą swobodą rzeczy mówionej”. Aktorzy rzucają się na ów tekst z zachłannym apetytem, a już kreacje Janusza Gajosa jako gwałtownego Cześnika, Romana Polańskiego w roli żałosnego Papkina czy Andrzeja Seweryna jako śliskiego Rejenta należałoby wpisać do kanonu interpretacji postaci fredrowskich i traktować je odtąd jako punkt odniesienia. 
Zdziwiło mnie tylko wyeksponowanie w filmowej czołówce nazwiska Polańskiego: czy chodziło o gwiazdorski status reżysera „Matni”? Bo przecież każda z ról w tym filmie to osobny aktorski benefis. Rejent Milczek ze swym obłudnym: „niech się dzieje wola nieba” i parą husarskich skrzydeł u ramion, no i przede wszystkim Cześnik Raptusiewicz – najbardziej współczesna ze wszystkich figura, bardzo polska krzyżówka poczciwości i chamstwa, tworzą mimo wszystko osobną, wyższą kategorię. 

Jest więc wajdowska „Zemsta” rzetelnie zrealizowaną, miejscami po mistrzowsku zagraną filmową krotochwilą, która zdecydowanie bardziej śmieszy niż przestrasza. Twórcy filmu najwyraźniej polubili ten dziwaczny, muzealny świat z archaicznym zamkiem, zakonserwowanym sarmackim obyczajem i rubasznym humorem. Czepiając się, można by im zarzucić, że owej sympatii jest w filmie trochę za dużo; że brakuje ostrzejszego spojrzenia przełamującego sympatyczną swojskość i zbyt słabo wygrano w filmie atmosferę dekadencji czy nadchodzących przemian. Lecz pojawiające się tu i ówdzie opinie, jakoby film był zrobiony po nic i zawieszony w historycznej i artystycznej próżni, wydają się mocno przesadzone: z klasycznej komedii nie można robić na siłę publicystycznej szopki. Powstał film na pewno nieporównywalny z epicką „Ziemią obiecaną” czy frenetycznym „Weselem”, ale za to lekki i odświeżający. 
Od jakiegoś czasu mamy z Andrzejem Wajdą problem: kazaliśmy mu pełnić rolę narodowego wieszcza i, jak bałamutna Klara, domagamy się odeń drapieżnego krokodyla. A tymczasem on dał sobie prawo do bezinteresownej zabawy. Niewykluczone jednak, że gdzieś w zanadrzu takiego krokodyla dla nas chowa. 

„ZEMSTA”. Reżyseria i scenariusz na podstawie dramatu Aleksandra Fredry: Andrzej Wajda, zdj.: Paweł Edelman, muz.: Wojciech Kilar, scenogr.: Tadeusz Kosarewicz, Małgorzata Dupont, kost.: Krystyna Zachwatowicz, wyst.: Janusz Gajos, Andrzej Seweryn, Roman Polański, Katarzyna Figura, Agata Buzek, Rafał Królikowski, Daniel Olbrychski, Lech Dyblik, Henryk Gołębiewski i inni. Dystryb. Vision. Polska 2002. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 41 (2779), 13 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl