Komentarze

 


Ks. Adam Boniecki Nowy święty na rocznicę Soboru

Marek Orzechowski z Brukseli Ostatni raport o Polsce

Wojciech Pięciak  Tak czy tak, wygrywa Rosja


Jerzy Pomianowski  Zdziwienia






 

 




  
Nowy święty na rocznicę Soboru

Nie na samą czterdziestą rocznicę rozpoczęcia Soboru (ta jest w piątek 11 października), ale na poprzedzającą ją niedzielę przypadła kanonizacja założyciela „Opus Dei” (Dzieło Boże) Josemaríi Escrivy de Balaguera. Dobór dat i postaci kanonizowanych bywa przypadkowy, czasem zaś jest zaplanowany i ma wymowę głębszą. Nie wiadomo, jak jest tym razem. W publikowanych przez „Opus Dei” z okazji kanonizacji biogramach, Dzieło daje do zrozumienia, że Sobór po prostu potwierdził to, co już od dawna wiedział Josemaría Escriva i co w „Opus Dei” było obecne: powszechne powołanie do świętości, praca zawodowa jako metoda uświęcania się i apostolstwa, wartość i granice wolności chrześcijanina w sprawach doczesnych, Msza święta jako centrum życia wewnętrznego. Z tych not można też się dowiedzieć, że liczni ojcowie Soboru widzieli w Josemaríi „autentycznego prekursora najistotniejszych nauk Soboru Watykańskiego II”. 
Wtedy tak z pewnością było. Dziś, po 40 latach, można jednak zapytać, czy dzieło prekursora jest modelem Kościoła po Soborze? Bo nawet jeśli wylansowany i realizowany przez „Opus Dei” model Kościoła niesklerykalizowanego ma w sobie coś z soborowego ducha, to np. podział na wtajemniczonych i innych albo system obecności w normalnym życiu, ale w oparciu o strukturę Dzieła mogą budzić wątpliwości: czy o to właśnie na Soborze chodziło? A może ta kanonizacja, kilka dni przed okrągłą rocznicą, ma uświadomić nam, że w domu Ojca mieszkań jest wiele? Że jeśli się komuś nie podoba „Opus Dei”, to może wstąpić do ruchu Odnowy w Duchu Świętym, a jeśli i tam się nie odnajdzie, niech idzie do neokatechumenów – albo może też nie iść nigdzie i żyć jako zwykły parafianin.
Zamiast tracić energię na zwalczanie denerwujących nas form bycia w Kościele, lepiej znaleźć lub wymyślić formę dla nas lepszą. Małe Siostry oraz Mali Bracia doskonale mogą istnieć w tym samym Kościele, w którym istnieje „Opus Dei”. Zobaczymy, co przetrwa.  

Ks. Adam Boniecki






Ostatni raport o Polsce

W gruncie rzeczy jest to dla nas historyczna wypowiedź: w raporcie Komisji 
Europejskiej o postępach kandydatów Bruksela stwierdza, że Polska spełnia kryteria gospodarki wolnorynkowej i może poradzić sobie z naciskiem konkurencji unijnego rynku. Wymowa raportu (ogłoszony będzie w środę, ale treść z przecieków znana jest wcześniej) brzmi: Komisja rekomenduje przyjęcie nowych członków do Unii od 1 stycznia 2004 roku (czyli zgodnie z planem), ale też wzywa, by do tego czasu nadrobili oni wszystkie zaległości. 
Przesłanie raportu dowodzi naturalnie zwycięstwa polityki nad biurokracją. Braki kandydatów są bowiem oczywiste i gdyby to one miały decydować o ich szansach, w raporcie nie znalazłaby się żadna rekomendacja. Ale na tym ostatnim etapie rozszerzenia nie da się go sprowadzić już tylko do biurokratycznej skrupulatności. Przeciwnie: jasne określenie daty członkostwa uruchomi w krajach kandydujących, jak zwykle na ostatniej prostej, dodatkowe siły i wyzwoli presję na sukces. I chociaż nie będzie to łatwe, najpewniej w ciągu tych ostatnich dwunastu miesięcy uda się osiągnąć więcej niż w ostatnich dwóch-trzech latach. W każdym razie taki jest kredyt zaufania Komisji Europejskiej, która ze swej strony także bierze na siebie dużą odpowiedzialność za kreowanie prymusów, choć nie zdali oni jeszcze wszystkich egzaminów.
Sygnału tego nie wolno w Polsce źle odczytać. Potwierdzenie daty rozszerzenia Unii, czego Bruksela tyle lat unikała, ma bowiem doprowadzić do dotrzymania terminu, a nie do założenia rąk. Bo jeżeli kandydaci spoczną na laurach, to dostarczą argumentów przeciwnikom rozszerzenia. Ci zaś mają wystarczająco dużo narzędzi – monitoring, ponowne otwarcie zamkniętych już rozdziałów, wreszcie proces ratyfikacyjny – by nie tylko przywołać leniwych do porządku, ale i na lata zamknąć im przed nosem drzwi.
To ma być ostatni raport Komisji Europejskiej przed naszym członkostwem. Niech takim zostanie.   
 

 Marek Orzechowski, Bruksela






Tak czy tak, wygrywa Rosja

Mówi się, że w sytuacji trudnej wiele można powiedzieć tak o człowieku. I nie 
tylko: w takich momentach uwidaczniają się również cechy społeczeństw i państw. Dlatego wymiaru nie tylko symbolicznego nabiera to, co stało się na Ukrainie, gdy okazało się, że instytucje tego państwa (demokratyczne bardziej formalnie niż praktycznie) nie mogą sprostać sytuacji kryzysowej: konfliktowi między prezydentem Kuczmą a opozycją. Oto bowiem obie strony wewnątrzukraińskiego przecież sporu – zarówno Kuczma (oskarżany nie tylko o autorytaryzm, w tym o zlecenie zabójstwa niewygodnego dziennikarza, ale też o wydanie zgody na łamiącą zakaz ONZ sprzedaż do Iraku nowoczesnej broni), jak domagająca się jego dymisji i kompletnie bezradna opozycja – zwróciły się o pomoc do... prezydenta Rosji Putina, który (przypadkowo?) zaszczycił swą osobą w ubiegłym tygodniu otwarcie kolejnego bloku ukraińskiej elektrowni „Zaporoże” na Dnieprze, ongiś sztandarowej inwestycji ZSRR. Oczywiście, oczekiwania Kuczmy i opozycji wobec Putina są sprzeczne, ale akurat to, czy i jak na nie odpowiedzieć, jest z jego punktu widzenia drugorzędne: liczy się fakt, że obie strony ukraińskiego sporu dobrowolnie poprosiły jego właśnie o ingerencję w ich sprawy. 
Mówi się, że Polska może wnieść do Unii Europejskiej rzecz wyjątkową: kompetencję w sprawach europejskiego Wschodu. To prawda, mamy instytucje rządowe i pozarządowe, których rozeznanie lub zaangażowanie w sprawach wschodnich bije na głowę instytucje i organizacje z Zachodu. Szczególne jest także wyczulenie polskich polityków na problemy Ukrainy i Białorusi, tej „Europy pomiędzy” poszerzoną Unią a Rosją. Co nie znaczy jednak: „Europy niczyjej”. Propozycja premiera Millera, aby to w Warszawie posadzić przy jednym stole ukraińskie władze i opozycję jest symbolicznym i ważnym gestem. Ale najpewniej, niestety, tylko gestem pozostanie: polityczna siła naszej kompetencji w kwestiach wschodnich to dziś pochodna siły (i woli) Zachodu. Tymczasem, jak widać, w wyścigu tym wygrywa już kto inny: stary-nowy Wielki Brat. 

Wojciech Pięciak







Zdziwienia

Póki człowiek umie się dziwić, póty żyje. Miałem ostatnio kilka okazji, jakie dały mi orzeźwiające wrażenie zaskoczenia. Oto one.
– Zadziwia u naszych rządców brak znajomości takich sąsiedzkich doświadczeń, których nie warto naśladować. Nikt, na przykład, nie przypomniał sobie, że przed dziesięcioleciem włoski rząd Giuliana Amato upadł, bo potknął się o nowy PIT, wymagający od podatników szczegółowych zwierzeń o stanie prywatnego majątku. Amato, socjalista, mąż uczony (zwany ,,dottor sottile”) zażądał od Włochów zeznania, ile warte są ich obrączki ślubne i czy zatrudniają raz w tygodniu dochodzącą. W rezultacie, sam nie doszedł do końca kadencji. Włosi poczuli się pod złowrogim okiem Wielkiego Brata.
– Budzi zdziwienie cierpliwość i wyrozumiałość p. Aleksandra Gudzowatego. Toż zamiast prawować się i chandryczyć z pismakami, mógłby po prostu wyliczyć publicznie, ile to razy i przy jakich okazjach firma Gas Trading (na którą miał niejaki wpływ) stawała w spornych kwestiach po stronie Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa, a w ilu – po stronie Gazpromu. Jak wiadomo, te dwie ostatnie firmy miały po 48% akcji wspólnego przedsiębiorstwa EuRoPol Gaz. Pozostałe 4% należały od firmy Gas Trading i trudno nie nazwać jej języczkiem u wagi, jak mawiał b. Prezes Gazpromu, p. Rem Wiachiriew. Owszem, dziś już ta waga działa po swojemu bez owego języczka, ale opinia w Polsce jeszcze coś znaczy. Nie chcę wątpić, że taki publiczny rachunek lepiej by się przysłużył naszemu przedsiębiorcy, niż wszystkie deklaracje i procesy.
– Zdumiewa wręcz ogólne przekonanie, że publiczna telewizja jest propagandowym narzędziem rządzącej koalicji. Gdyby tak było, TVP nadawałaby na wszystkich kanałach przynajmniej co tydzień widowisko Andrzeja Wajdy ,,Bigda idzie!”. Jest to, bez wszelkiej przesady, nie tylko najwybitniejszy i najwymowniejszy współczesny utwór artystyczny tego rodzaju, lecz nadto – jedyny, jak okiem sięgnąć, dobitny argument, przestrzegający Polaków przed tym, co nam wszystkim grozi. Jedno z dwojga: albo kierownictwo TVP sądzi, że leppsze jest wrogiem dobrego i dlatego palcem nie kiwnie, albo już się mizdrzy do nowego gospodarza.

 Jerzy Pomianowski


 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 41 (2779), 13 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl