Votum separatum

Dziwne zmartwienie pani minister

JÓZEFA HENNELOWA



Trzymam w rękach apel Stowarzyszenia Rodzin Katolickich w Gdańsku, wzywający, by przyłączyć się do sprzeciwu wobec zaplanowanych przez resort oświaty zmian w programach szkolnych. Przedmiot „wychowanie do życia w rodzinie”, do niedawna starannie dopracowywany i wdrażany, ma zmienić nazwę i charakter: to będzie „edukacja seksualna”. Co i jak – na razie bliżej nie wiadomo. Ale już kwestionowane są niektóre dotychczasowe podręczniki, a także konsultanci z Ośrodków Doskonalenia Nauczycieli. Pewnie – autorzy i konsultanci są „z poprzedniego rozdania”, więc dzisiejszej władzy niemili. Ale to, co można by jeszcze pojąć w odniesieniu do niejednej decyzji politycznej, tutaj budzić musi, prócz niepokoju, także i zdziwienie najgłębsze.
Przejrzałam kilka dotychczasowych podręczników „wychowania do życia w rodzinie”, podstaw programowych, „zeszytów ucznia” dla kolejnych klas gimnazjum, na wiek najważniejszy, wiek dojrzewania. Wydały mi się mądre i potrzebne, odpowiedzialne i ciekawe. Poruszają sprawy najbliższe piętnastolatkom, zadają pytania o dobro i zło, o tajemnicę człowieka, o jego wybory małe i wielkie. Proponują rozmowy o życiu. I nie udają, że tutaj cokolwiek jest „wszystko jedno”, że nie ma czegoś takiego jak błąd, wina, odpowiedzialność. Potwierdzają świat dobrych marzeń i pragnień, w tym właśnie wieku szczególnie ważny. Te książki nie kryją, że miłość, trwały związek, odpowiedzialne rodzicielstwo, dom – to są wartości (a nie mówią na ten temat żadnych kazań!). Jedne z nich mogą być bardziej udane, inne mniej. Tak jak w wypadku setek innych tytułów, mądrzy pedagodzy sami wraz z młodzieżą wybiorą stopniowo te najlepsze. Dlaczego jednak którakolwiek z nich przeszkadza ministerstwu już teraz? I dlaczego w ogóle „wychowanie do życia w rodzinie” to pojęcie, którego koniecznie trzeba się pozbyć na rzecz „wychowania seksualnego”? Czyżby to drugie było pełniejsze, bogatsze, bardziej w szkołach upragnione, łatwiejsze do przeprowadzenia na lekcjach? Więcej się młodzież wtedy nauczy, lepiej do życia przygotuje?
Świadomie zadaję pytania krańcowo naiwne, bo zdumiewa mnie zaangażowanie w tę zmianę pani minister edukacji, cały czas tak spektakularnie zatroskanej o dobro podopiecznych. Niechby teraz wystąpiła z otwartą przyłbicą i wytłumaczyła opinii publicznej (a przede wszystkim rodzicom), jakie to większe dobro taką zamianą zamierza osiągnąć. Bo jak dotąd z wszystkich domyślanych intencji jedna tylko rysuje się wyraźnie, akurat całkiem smutna: że resortowi przeszkadza, iż dalej ktoś w szkole będzie mówił uczniom: to jest dobro, a to zło, tego człowiekowi nie wolno, a to jest jego powinnością...
A ponieważ prawo rodziców do decydowania o kierunku i zasadach wychowania ich dzieci jest prawem niepodważalnym także i dla dzisiejszej koalicji, ich protesty przeciw planowanej ideologizacji rodzinnych godzin wychowawczych, spływające teraz dziesiątkami tysięcy podpisów do rady ministrów, mają najgłębsze uzasadnienie i niepodważalny ciężar gatunkowy.

PS. Pomocnego argumentu na rzecz obrony „wychowania do życia w rodzinie” dostarcza od pewnego czasu telewizyjny dokument „Przedszkolandia”, emitowany w niedzielne popołudnia. Nawet wyrywkowe przysłuchanie się rozmowom pokazywanych tam sześciolatków na tzw. życiowe tematy każe zaniepokoić się śmietnikiem pojęć i poglądów, zaszczepionych tym małym ludziom – przez życie czy przez programy telewizyjne, nie w porę oglądane? Przez smutne doświadczenie rodzinne i sąsiedzkie czy przez antykulturę dzikiego podwórka? Pustynia wychowawcza i tak rozpościera się w Polsce coraz szerzej, a tymczasem oto szefom oświaty zaczyna przeszkadzać to trochę dobrego, co sprawiać by mogły nadal te nieliczne wychowawcze godziny, z takim trudem wreszcie wprowadzone do szkół... J.H 











 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 41 (2779), 13 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl