Pilch w Pilchu

Jan Gondowicz



Na Krakowskim u Prusa Pilch kosztuje trzydzieści dwa dziewięćdziesiąt, że też nie znają w Warszawie, rzekłby Pilch-krakowianin, takiej dobrej księgarni, no tak, patrzę, żadnej znajomej gęby, nie znają i znać nie chcą, ciekawe, ile by kosztował na Dworcu Centralnym, tam jego miejsce z racji tytułu, ogólnej przyjezdności autora i faktu, że Dworzec Centralny to centrum Warszawy, a raczej Warszawa cała jest Dworcem Centralnym, tak, Dworcem Centralnym jest z racji biegań, lunatycznego snucia się i potrącań, struktury labiryntu i sąsiedztwa fałszywych marmurów z prawdziwymi lumpami, ach ten glanc wielkiego świata i trupi smrodek zastarzałego brudu, na Dworcu Centralnym wszystko droższe, owszem, tu bywa wszystko, lecz zawsze droższe, a przy tym byle jakie;
lecz na Krakowskim to daje niespełna dwanaście groszy za stronę, jak darmo, zwłaszcza za Pilcha, a czyta się „Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym” sześć godzin czternaście minut, przy czym niektóre frazy dwa razy, co mówię, pewne frazy trzy razy, co pewne, bo nastawiłem budzik, nie dlatego, żebym miał zasnąć, chociaż właściwie ziewałem nad refleksjami o futbolu i lirycznymi opisami nowej redakcji „Polityki”, aczkolwiek może lepiej się nie przyznawać, bo kogo futbol nudzi, ten nie istnieje dla Pilcha, a znów redakcja „Polityki” musi nadzwyczaj ciekawić czytelników tejże „Polityki”, których to czytelników wyróżnia prawdziwa męskość, nie taka, jak czytelników „Wprost”, którzy mało, że męscy, są też biznesmenami, ale zawsze, tylko że w końcu nie na to uciekałem całe lata w góry, chcąc uciec od wszechobecnego futbolu, niemożliwego w górach z uwagi na pochyłość, i rozmów o futbolu, też w górach nieobecnych, żeby w wieku dojrzałym znów czytać o futbolu, co prawda i od PRL-u uciekałem, ale redakcja „Polityki”, dzięki nowej siedzibie redakcji, już całkiem z PRL-em nic wspólnego nie ma, zresztą nie wiem, nie bywam, unikam, szklana Warszawa nie jest dla pięćdziesięcioletnich byłych krytyków bez przyszłości;
a zresztą przeczytałem, zerkając na budzik, jednakże przeczytałem, wypada minuta trzydzieści pięć sekund na stronę, choć pewne strony czytałem parokrotnie, co mówię, wielokrotnie, mimo iż z wiekiem czytam coraz pospieszniej, ale nie Pilcha, Pilcha czytam właśnie wolniej, rzecz jasna w książce, bo w „Polityce” czytam Pilcha galopem, zazwyczaj na stojąco, nie tylko z podziwu, lecz i z pośpiechu, gdyż te lektury odbywam głównie w sklepiku z prasą w przejściu podziemnym na stacji metra opodal mokotowskiego więzienia, pod czujnym okiem kioskarki, ażeby nie musieć kupować „Polityki”, który to zakup oznacza uszczerbek dla budżetu, nie tyle finansowego co prawda, ile emocjonalnego, gdyż w zakupionej „Polityce” musiałbym przeczytać Stommę i Zanussiego, chociaż Stomma mnie drażni, Zanussi zaś irytuje, zebrać się potem nie mogę, a ile można się wściekać, lecz nie dotyczy to Pilcha, Pilcha przeczytać muszę i czytam go na stojąco pod czujnym okiem kioskarki, i ciekawe, że teraz, gdy czytam w książce teksty, nie dalej niż w sierpniu czytane na stojąco, braknie mi tego oka, którego wybałuszony oczodół budzika zastąpić nie jest w stanie, nie jest, krótko mówiąc, i kwita;
albowiem z uwagą wnikam w obraz Warszawy widziany wzrokiem przybysza z całkiem innej czasoprzestrzeni, obraz entuzjastyczny poniekąd miasta, gdzie ma się do wyboru kompletną anonimowość lub przynależność do sitwy, i jakbym pierwszy raz widział Śliską i rondo rzekome ONZ, czyli początek Kasprzaka, gdzie Pilch mieszkał czas jakiś, z nową wieżą Mercedes Banku w stylu pancernika „Tirpitz” i odwieczną knajpą narożną, zwaną niegdyś w gronie bywalców, o ile pomnę, Urwidołem, czy nie tam to objawił się Pilchowi Mocny Anioł, wolę myśleć, że nie, ale kto tam wie Pilcha, ile on z tej Warszawy widzi, wracając tak Świętokrzyską od strony Nowego Światu z kupionym pewno z przeceny klasycznym esejem w torbie i kompaktem o równie kulturalnej wymowie, w każdym razie, gdy go widziałem, szedł jak czołg ze wzrokiem wbitym w przestrzeń na poziomie pierwszego piętra, któż po Warszawie tak chodzi, nie wyglądał przystępnie, pewno obmyślał pierwsze zdanie;
co też taki Pilch czuje, dociekam, w mieście, z którego w Polsce nie sposób uciec dalej, miejscu ostatecznej w tym kraju ucieczki w bezosobowość, w pęd do kariery po trupach i pełne zapomnienie o swoim ja personalnym, zwłaszcza że losy Pilcha to dotąd jakby dzieje ucieczki z miasta Wisła-Uzdrowisko do miasta stołecznego Krakowa, a z miasta Krakowa dalej na tę wylotową stację, która może jest domem dla mieszkańców Żoliborza czy Szmulek, podczas gdy reszta mieszka tu niby kultura bakterii na szalce Petriego, pokrytej aczkolwiek, co prawda, najgrubszym w Polsce agarem, ale zapewne dla Pilcha to nie ucieczki są, lecz kolejne emancypacje, wyzwolenia spod opresyjnej opieki autorytarnej rodziny, paternalistycznej redakcji „Tygodnika Powszechnego” i teraz, właśnie w Warszawie, Pilch odczuwa rozkosze odprężenia, nikt mu w duchowe garnki nie zerka, nie łypie pod pokrywkę, czy równo kiśnie, bo w Warszawie nikogo to nie obchodzi, życie duchowe, o ile to tutaj coś znaczy, jest jak wszystko, na sprzedaż;
jednakże Pilch życie duchowe ma mimo wszystko, refleksje snuje o przejściu od pióra wiecznego do komputera laptopa, jaki mu ofiarowała redakcja „Polityki”, by nie wspomnieć maszyny do pisania, którą Pilch miał, ale gardził, i wpływ wyświetlacza ciekłokrystalicznego bada na snucie wątku myśli, co o tyle jest ważne, że jak mówi, ze wszystkich jego zbiorów felietonów, z których ten nosi numer czwarty, „Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym” najbardziej osobisty jest, a więc przeżyty, najmniej w nim felietonowego zimnego rzemiosła i pozy, najwięcej zaś odkryć, jakich się dokonuje po wstaniu z łóżka w lustrze, niech tam: tu Pilch prawdziwszy się jawi, a może szczerszy, czyli bardziej Pilchowaty jeszcze, niż się przywykło, a może nawet niż się godzi;
co rzekłszy, szukam tego nowego Pilcha w starym Pilchu, boć przecie kontynuacją starego Pilcha jest ten Pilch nowy mimo zmiany kontekstu, i znów opadają go zmory wiślańskich nocy i niegdysiejszych kuracjuszek nieletnich owiewa go narkotyczny urok, i Rynku krakowskiego panorama zza szyb kryształowych knajpy o nazwie Loża mąci mu spokój, choć właściwie nie mąci, mąciła wtedy, dziś we wspomnieniu nie mąci, z perspektywy holu Hotelu Europejskiego miła to zmora Krakówek;
i znajduję rozwagi dojrzałej pełne refleksje, że Polacy słabi są w łóżku, ponieważ nie bywają w łóżku, ściślej: nie są wpuszczani do łóżka przez osoby, przez które chcieliby tam być wpuszczani: czyżby to rys osobisty był, chociaż nie: rozmowa konfuzji pełna z antysemitką przy flakach z czarną kawą bardziej bodajże osobista, lecz nie jednak: do „Pegaza” jeżdżenie limuzyną telewizyjną w sąsiedztwie znanych osób bardziej osobiste jakby: a może wyznanie miłości okrutnej do czekolady, posępne dziedzictwo czasów, gdy organizmowi jakże dotkliwie brakowało magnezu oraz witaminy D, osobiste, że trudno bardziej;
a skądże: nic bardziej osobistego nad sam klimat literackiej alchemicznej przemiany, jaką sprawił nowy punkt obserwacyjny z widokiem na nowy świat przedstawiony, czyli pisarski walor słynnego problemu aklimatyzacji człowieka z Krakowa w Warszawie, albowiem najosobistsze i najbardziej intymne jest to, co dotyczy warsztatu, pisarskiego warsztatu w latach, gdy człowiek osiąga szczyt możliwości twórczych i widzi już drugą stronę;
gdyż Pilch cały i jego zmory, lęki, słabości, tryumfy, meandry i zmazy to nic innego jak materiał twórczy Pilcha pisarza, o którym nigdy się nic nie dowiemy, tak zasłania go Pilch kreowany, w którym Pilch rozsiadł się niczym w wygodnym fotelu, gospodarując tematem oszczędnie i rozważnie, to znów płocho i hojnie, aliści zawsze z wiedzą, że nic prócz Pilcha nie będzie Pilchowi dane, i w niczym się Pilch tak nie sprawdza jak w Pilchu, i że Pilcha Pilchowi starczyć musi na całe życie; otóż to.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 41 (2779), 13 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl