Nagroda Nike dla Joanny Olczak-Ronikier 


Pamięć i talent

Tomasz Fiałkowski



W niedzielny wieczór 6 października w Teatrze Stanisławowskim w Łazienkach odbyło się wręczenie Nagrody Nike za rok 2001. Spośród siedmiu książek-finalistek jury wybrało „W ogrodzie pamięci” Joanny Olczak-Ronikier. 


Decyzja nie była pewnie łatwa, nie tylko dlatego, że w finale znalazły się znakomite tomy wierszy Julii Hartwig i Tadeusza Różewicza, a także nowe książki Olgi Tokarczuk i Marcina Świetlickiego, czołowych przedstawicieli średniego już pokolenia („Mam czterdzieści lat, jestem starym poetą” – mówił o sobie Świetlicki). Regulamin nagrody dopuszcza do konkursu nawet dzieła naukowe, ale w kilkuletniej historii Nike wyróżniano dotąd książki mieszczące się w obrębie tradycyjnie rozumianej literatury pięknej, nawet jeśli – jak „Piesek przydrożny” Miłosza i „Matka odchodzi” Różewicza – sięgały po „formę bardziej pojemną”. Oparta ściśle na dokumentach rekonstrukcja historii własnej rodziny, wielowątkowa opowieść o kilku pokoleniach potomków Gustawa Horwitza, syna wielkiego rabina Wiednia, i Julii Kleinmann, córki warszawskiego kupca, wykracza, zdawałoby się, poza ten obręb. 
A może nie wykracza, tylko go poszerza? „Pisząc o swej rodzinie, Joanna Olczak-Ronikier stworzyła niepowtarzalną dokumentalną powieść-rzekę, wskrzesiła zarzucony gatunek literacki – mówiła w laudacji przewodnicząca jury prof. Maria Janion. – Autorka skupiła swój wysiłek twórczy na odnalezieniu poszczególnych nitek genealogii i spleceniu ich w rodową całość”. Podkreśla się słusznie dokumentalną wartość książki – ale przecież losy jej bohaterów nie zdołałyby tak mocno przykuć naszej uwagi, gdyby nie umiejętność budowania narracji, komponowania poszczególnych rozdziałów, ożywiania poszczególnych postaci (nawet gdy z dokumentów wyłania się tylko ich mglisty zarys). Na kartach „W ogrodzie pamięci” przeszłość naprawdę zmartwychwstaje: ale potrzebny był do tego, prócz skrupulatności w gromadzeniu faktów, także niezwyczajny talent pisarski.

„Jest to dzieło podjęte wbrew Zagładzie. Gdy oglądamy tę panoramę zawikłanych losów, cudowne odzyskanie tak licznej rodziny, między innymi właśnie dzięki książce, pamiętamy stale, że to nie powinno było się zdarzyć, że wszystkie te losy miały być bezwzględnie przecięte przez hitlerowską machinę śmierci” – przypominała Maria Janion. „To nie powinno było się zdarzyć” – tych słów użyła sama autorka w rozmowie opublikowanej na naszych łamach przed trzema tygodniami. Historia rodzinna spisana z poczucia obowiązku wobec bliskich, z potrzeby spłaty długu zaciągniętego u przodków, stała się manifestem wiernej pamięci i znakiem triumfu nad złem czającym się w historii. Dla czytelnika jest wciągającą od pierwszych stron lekturą. Dla autorki okazała się nie tylko wypełnieniem zobowiązań, ale i drogą samopoznania. 
„Ta książka była trochę podróżą pod prąd czasu, do źródeł – tłumaczyła Joanna Olczak-Ronikier przed kamerami telewizji. – Zamysł był taki, że chcę się dowiedzieć jak najwięcej o moich przodkach, tymczasem w trakcie tej pracy dowiedziałam się też bardzo dużo o sobie; zrozumiałam, co mnie ukształtowało, jakie wady i jakie zalety odziedziczyłam po przeszłych pokoleniach, z czego się składa moja tożsamość”. „Pisanie książki – mówiła „Tygodnikowi” – bardzo mi pomogło odzyskać poczucie przynależności, świadomość pewnej tradycji”. „Nie lubię patosu i egzaltacji – dodała odbierając nagrodę – ale książka jest rzeczywiście czymś w rodzaju hołdu złożonego inteligencji żydowskiego pochodzenia, która zdecydowała się na polskość, pokochała Polskę miłością niekoniecznie szczęśliwą, ale na pewno wierną, i służyła jej w sposób niesłychanie twórczy”.
A podczas spotkania w warszawskim Domu Literatury opowiadała, że reakcje czytelników na jej książkę uświadomiły jej, jak wiele podobnych historii, niekoniecznie żydowskich, po latach przymusowego milczenia czeka dziś na autora. Bowiem wskrzeszenie jednego fragmentu wspólnej przeszłości wywołuje coś w rodzaju reakcji łańcuchowej. „Mam poczucie – to znów cytat z rozmowy w „Tygodniku” – że pamięć jest jakby czwartym wymiarem, czy może bytem, który istnieje niezależnie od nas wszystkich. Wystarczy zadać sobie trochę trudu i zająć się nią, a natychmiast w innych także otwierają się zamknięte dotąd na głucho przestrzenie, powracają dawne emocje, obrazy, kolory, nieżyjący od dawna ludzie”.

„Nad książką unosi się ostatnia wola, jaką spisała matka autorki w 1943 roku, przekonana, że tylko dziecko przeżyje unicestwienie rodziny” – mówiła Maria Janion kończąc swoją laudację. Hanna Mortkowicz-Olczakowa prosiła w testamencie, by pisarze polscy, z Marią Dąbrowską i Leopoldem Staffem na czele, opowiedzieli Joannie o działalności wydawnictwa Mortkowiczów, o pracy jej matki i dziadków dla kultury polskiej i polskości. „Córka sama podjęła to chlubne dzieło, przywracając należny blask niezapomnianym przodkom”. 
Ale dzieło nie jest zamknięte. „W ogrodzie pamięci” kończy się w roku 1945; trzeba teraz opowiedzieć dalsze dzieje bohaterów książki i dzieje książki samej. Za jej sprawą bowiem odnajdują się coraz to nowi członkowie rodu, wypływają nieznane dokumenty i fotografie, na których zobaczyć można twarze ludzi istniejących dotąd tylko w czyimś niepewnym wspomnieniu. „Chwilami zaczynam się obawiać, co jeszcze spłynie do mnie z zaświatów...” – wyznaje autorka. Czytelnicy natomiast czekają z niecierpliwością.

Wydawcą „W ogrodzie pamięci” jest Znak. Recenzję opublikowaliśmy w numerze 45/2001, rozmowę z autorką w numerze 38/2002, wcześniej na łamach „TP” kilkakrotnie drukowaliśmy fragmenty powstającej książki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 41 (2779), 13 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl