Kultura w szponach polityki


Literatura i słabość 

Przemysław Czapliński




„Nikt dziś nie uwierzy – w takiej atmosferze kulturalnej, jaka u nas panuje – w bezinteresowność twojego krytycznego sądu. Każde zdanie będzie dowodem, że uczestniczysz w spisku politycznym Żydów i masonów, albo uknutego przeciw Żydom i masonom” – pisał w 37. numerze „TP” Andrzej Werner. Jego artykułem „Pióra i maczugi” rozpoczęliśmy na naszych łamach debatę o „kulturze w szponach polityki”. 
Tydzień później opublikowaliśmy polemikę Stefana Chwina „Polityka jest piękna”. „Że ktoś namiętnie, z furią zjeżdża czyjąś powieść za to, że czuje w niej zapach liberalno-demokratycznej politycznej poprawności albo woń ksenofobicznej myśli narodowej? Ależ, proszę bardzo!” – pisał autor „Hanemanna”.
,,Wolny rynek idei generuje podobne patologie, jak wolny rynek w sferze ekonomii. Przestrzeń kultury może być również postrzegana jako sfera wpływów, możliwości i wreszcie – władzy” – przestrzegał w numerze 39 Jarosław Klejnocki.
Wkrótce kolejne głosy.


Czy literatura powinna wchodzić w związki z polityką? Na tak podstawowe – a zarazem naiwne – pytanie Andrzej Werner odpowiada: nie. Jeden z jego adwersarzy, Stefan Chwin, mówi: jak najbardziej. Jeśli pytanie wydaje mi się nieco księżycowe, to dlatego, że mamy rok 2002, więc za nami jest wojna na górze, Tymiński, upadek rządu Suchockiej, zwycięstwo SLD w wyborach parlamentarnych, sukces Samoobrony i setki innych wydarzeń, których zrozumienie bez kategorii politycznych jest niemożliwe. Mamy również za sobą czteroletnie istnienie – tylko dzięki pieniądzom politycznym – tygodnika „Wiadomości Kulturalne”; powieści Edwarda Redlińskiego „Krfotok”, Ryszarda Bugajskiego „Sól i pieprz”, trylogię Janusza Krasińskiego „Na stracenie”, „Twarzą do ściany” oraz „Niemoc”, „Madame” Antoniego Libery, a także utwory Jacka Dukaja (np. „Xavras Wyżryn”) czy Rafała Ziemkiewicza (,,Pieprzony los kataryniarza”) – by wspomnieć teksty najwyrazistsze, konstruowane tak, by czytelnicy nie mieli większych kłopotów z przetłumaczeniem ich na opcję polityczną. Kto dziś – po wszystkich doświadczeniach lat 90. – domaga się separacji literatury od polityki, zachowuje się tak, jakby przybył z innej epoki.

Krótka historia pewnego złudzenia
Warto zastanowić się, skąd pochodzi tak radykalnie sformułowany przez Andrzeja Wernera postulat oddzielenia sztuki i polityki – proste, a zarazem skrajne stwierdzenie, że „sztuka i polityka są nie tylko substancjalnie obcymi sobie dziedzinami ludzkiej aktywności, ale – pod wieloma względami – wręcz przeciwstawnymi”. Sądzę, że szkic „Kultura w szponach polityki” stanowi pod tym względem konieczny, lecz zarazem schyłkowy etap pewnego złudzenia.
Złudzeniu temu – czyli przeświadczeniu o możliwości i konieczności uwolnienia sztuki od politycznych uwikłań – ulegliśmy w roku 1989 wszyscy albo prawie wszyscy. Na jego początki składały się marzenia ludzi kultury o wolności i demokracji, towarzyszące niemal całej powojennej sztuce w PRL-u. Bo czas tamtego państwa to lata – prawda że słabnącego – wpływu polityki na literaurę. Od państwowego obstalunku na określone treści i gatunki w okresie socrealistycznym, poprzez rozmaite mechanizmy i socjotechniczne zachęty okresów późniejszych trwała przez całe 40-lecie presja polityki, tym silniejsza, im bardziej literatura zbliżała się do tajemnic państwowych, czyli – jak to określił kiedyś Edward Balcerzan – „tematów gorących”. Nierówny pojedynek pomiędzy państwem i pisarzami doprowadził w latach 60. i 70. – by posłużyć się metaforą Janusza Sławińskiego – do utworzenia „rezerwatów mowy”, czyli obszarów, na których dozwolony był najdzikszy nawet eksperyment, niedozwolone zaś konfrontowanie języków, zestawianie mowy politycznej z realiami życia codziennego, rewidowanie mitów politycznych, zderzanie idiomu ideologicznego i potocznego. Wyjście z rezerwatu, jak pisał Sławiński, udało się zaledwie kilku twórcom i poetykom (Białoszewski, Herbert, Nowa Fala, Bryll) i zapowiadało narodziny zupełnie innej suwerenności poetyckiej.
Powstanie drugiego obiegu (umowna data: 1976) można potraktować jako instytucjonalne ugruntowanie wcześniej uświadomionych wolności i żądań: koniec tematów i języków zakazanych oznaczał wejście w sferę polityczną. Nie sądzę, by dało się ostatecznie rozstrzygnąć dylemat, czy niezależna literatura polska straciła na owym upolitycznieniu, czy też zyskała. Każdemu, kto twierdzi, że po roku 1981 w obiegu niezależnym nie powstała żadna wielka powieść, odpowiedzieć można, że literatura stała wtedy przed wyborem pomiędzy społecznym uznaniem jako odpowiedzią na wybór treści politycznych, oraz społecznym lekceważeniem jako odpłatą za rezygnację z ideologii. 
Nie wydaje się więc dziwne, że nadejście roku 1989 uznaliśmy za zwieńczenie procesu, który członkom społeczeństwa zwracał wolność do polityki, a obywatelom republiki literackiej – wolność od polityki. Literatura zdobyła – przez niewielu ciężko wywalczony, przez zbyt wielu łatwo dyskontowany – suwerenny obszar, na którym mogła wybierać raczej samotność niż solidarność, raczej metafizykę życia indywidualnego niż fizykę życia politycznego. W raju książkowej niezależności sztuka mogła oczywiście wybierać zachowania przynależne sferze politycznej, jednak nie miało to już być kwestią przymusu. Dodać od razu należy, że rezultaty artystyczne takich decyzji wydawały się z perspektywy odzyskanej wolności mało ważne, nieistotne, śmieszne, groźne – ale zawsze obce sztuce.
Łudziliśmy się. Koniec tym złudzeniom wyznaczyły nie tylko wspomniane wcześniej książki, lecz także krytyka literacka uznawana za ideologiczną – prawicowa, lewicowa, liberalna, czyli w ostateczności ta, jak pisze Stefan Chwin, która najłatwiej dopuszcza się „przegięć” („krytyka liberalna czy feministyczna też ma coś niecoś na sumieniu”). Widmo polityczności zmartwychwstało i krąży po literaturze. Co z nim począć?

Rozwiązanie pierwsze: walka o azyl
Koncepcja Wernera z grubsza daje się streścić tak: polityzacja literatury jest złem podwójnym, ponieważ nie dość że narusza jej suwerenność, to jeszcze tłumi wartościowe dzieła, przykrawając je do ideologicznego wzorca. Domyślać się można, że racją autonomii dzieła jest przedstawianie tego, co istotne – czegoś, co nie mieści się w polityce, a dla czytelnika, pisarza, potomności, stanowi kluczową wartość egzystencji.
Zwróćmy jednak uwagę, że postulat, aby rozłączyć politykę i literaturę, jako sfery, które nie mają ze sobą nic wspólnego, w jakiś paradoksalny sposób stawia autora „Kultury w szponach polityki” w pobliżu ugrupowania, które odczytuje literaturę przez pryzmat ideologii. Werner sugeruje, że wartościowe jest dopiero to dzieło, które nie da się zredukować do żadnej ideologii, nie da się zawłaszczyć żadnemu obozowi politycznemu. Jego przeciwnicy twierdzą, że wartościowe jest tylko to dzieło, które okaże się idealnym wyrazem literackim pewnej koncepcji społecznej – idei ojczyzny, Boga, honoru, polskości, patriotyzmu bądź innej ideologicznie zwartej treści. Łączy ich więc nie tylko postulat czystości, lecz także maksymalizm. Niech polityka nie wkracza na teren literatury, mówi Werner; niech relatywizm nie przestępuje progu dzieła pisarskiego – głoszą fundamentaliści. Pierwszy tworzy z literatury jedyny azyl wolności od polityki i polityzacji, drudzy natomiast widzą w literaturze potencjalny azyl prawdy politycznej – jedyny niezafałszowany głos, jedyną trybunę, z której paść mogą słowa wiarygodne, wymierzające sprawiedliwość odrażającemu światu. Z książek Andrzeja Wernera „Zwyczajna apokalipsa”, „Polskie, arcypolskie”, „Pasja i nuda” wiem, że wrażliwość estetyczna autora jest o wiele pojemniejsza od zgłoszonej przez niego idei; wiem, albo raczej domyślam się, że nieprecyzyjność kryteriów jego oponentów również pozwala im docenić dzieła, które nie powinny zmieścić się w dopuszczalnym dla nich spektrum poglądów. Kiedy jednak dochodzi do wymiany idei, obie strony niebezpiecznie ścieśniają domenę słowa pisanego i patrzą na nią zgodnie z tradycjami awangardowymi – przez pryzmat jednej koncepcji.
Oczywiście, jak to zwykle bywa w gronie wyznawców jednej wiary – w tym przypadku wiary w czystość – obu stronom nigdy nie uda się porozumieć. Dogmatyk prędzej bowiem uzna agnostyka niż heretyka (agnostyk żarliwością swojej niewiary potwierdza słuszność wiary innych, heretyk natomiast kwestionuje słuszność doktryny). Dlatego po chwilowym zejściu, obie strony spokojnie mogą zasiąść po przeciwnych stronach, nieświadome, że nie mogą bez siebie istnieć. Jakiej koncepcji broniłby bowiem Andrzej Werner, gdyby nikt nie nastawał na cnotę literatury? A jakiej idei dzieła broniliby jego przeciwnicy, gdyby wszyscy zaczęli pisać w duchu wyznawanej przez nich idei? Czy wtedy postulowana przez nich historia literatury dobiegłaby końca? I czy naprawdę mogliby sądzić, że nareszcie powstał najlepszy z możliwych – choć tylko fikcyjnych – światów?
Uczciwość nakazuje jednak powiedzieć, że bez obstawania przy czystości literatury moglibyśmy zapomnieć, czego można od niej oczekiwać. Zagubienie wartości autonomicznych sztuki kończy się jej służebnością, a porzucenie jej zobowiązań etycznych – jałowością. Jednakże wytyczanie granic literaturze zawsze kończy się źle – nudą. Gdyby Werner miał rację, twierdząc, że polityzacja literatury oznacza jej redukowanie do wymowy prawicowej lub lewicowej, wówczas należałoby natychmiast stanąć po jego stronie. Kiedy świat zostaje podzielony na dwa obozy, jako pierwsze umierają różnice, a razem z nimi wielorakość życia: dzielenie rzeczywistości przez dwa jest jedną z najgorszych i najgroźniejszych uzurpacji, pociągających za sobą ujednolicenie. Obawiam się jednak, że autor „Zwyczajnej apokalipsy” racji nie ma. A jest tak dlatego, że posługuje się najbardziej anachronicznym sposobem postrzegania polityki (jako centralnego sprawowania władzy) i najbardziej uproszczonymi kryteriami polityczności, redukowanej przezeń do dwóch światopoglądów. Broniąc suwerenności literatury, narusza jej suwerenność; wołając, abyśmy nie dali się zwariować, sugeruje, że sferze pozapolitycznej przysługuje rozsądek, rozumność i nie-zwariowanie. Jedno i drugie jest mało przekonujące.
Jeżeli więc Werner buduje azyl dla literatury w imię jej istotnego uczestnictwa w życiu społecznym i prawdziwej wartości poznawczej, to osiąga efekt odwrotny do zamierzonego: po pierwsze jego azyl jest mało konkretny, po drugie zaś – nawet gdyby udało się takie schronienie stworzyć, uzyskalibyśmy literaturę kompletnie nieważną.

Rozwiązanie drugie: więcej polityki 
Stanowisko Stefana Chwina wydaje się dokładnie przeciwne. Autor, w tekście odważnym aż do niefrasobliwości, traktuje politykę jako rozrywkę intelektualną – jako ratunek przed jałowością i nieprawdą. Skoro życie nadal jest polityczne, literatura powinna wychodzić temu życiu naprzeciw, interpretatorzy zaś powinni kłócić się o polityczną wymowę literatury. Chwin mówi, że polityka dodaje literaturze życia, Werner – że polityka literaturę zabija. A jednak w poglądzie Chwina skrywa się, jak sądzę, przekonanie całkiem staroświeckie, iż polityczność równa się określonym światopoglądom. Odnoszę wrażenie, że autor gotów jest przystać na polityzację literatury pod warunkiem jej ideologicznej wyrazistości, a więc jej podatności na ideowy przekład. Jeśli nasza literatura daje słabe oznaki życia, a polityka tętni życiem, tedy należy znowu połączyć obie te sfery, napuścić je niejako na siebie, pozwolić im, by skoczyły sobie do gardeł i wtedy... wtedy krew zacznie żywiej krążyć, odświeżą się kryteria ideologiczne, powrócą wyraziste stanowiska, a panowie interpretatorzy zamiast siedzieć przy biurku i klecić politycznie poprawne analizy, przypomną sobie, że dzieło literackie opowiada o życiu, więc musi mieć również swoją zawartość polityczną.
Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie trzy aspekty tego poglądu. Pierwszy z nich – wyraźnie sygnalizowany tytułem „Polityka jest piękna” – to traktowanie polityczności jako zjawiska z dziedziny estetyki. Druga sprawa to stawianie znaku równości między politycznością i wyrazistym poglądem, co prowadzi do pojmowania tego zjawiska jako walki na koncepcje. Trzecia wreszcie sprawa – znowu łącząca Chwina z Wernerem – to przekonanie o możliwości „bycia na zewnątrz” polityki. Obaj przecież dają do zrozumienia, że tym, co ich interesuje, jest dystans: Werner chce, by polityka trzymała się z dala od literatury, Chwin natomiast – by stanowiła emocjonujące dzieło sztuki lub by dawała pożywkę intelektowi. Choć więc pierwszy postuluje rozdział kompetencji, drugi zaś – z pyszną ironią – proponuje „ring-pierwsze starcie”, mają wiele wspólnego: postrzegają politykę jako relację pomiędzy władzą i społeczeństwem, widzą polityczność przede wszystkim jako walkę poglądów, wyrażają mocne przekonanie, że istnieje obszar niezależny od polityki (dla Wernera jest to estetyka, dla Chwina – egzystencja).
Z pewnością referując ich poglądy, dopuszczam się uproszczeń, które obaj polemiści zechcą mi wybaczyć. Może przyjdzie im to o tyle łatwiej, że każdemu z nich coś zawdzięczam i od każdego przejmuję pewną myśl, która – mam wrażenie – gdzieś zginęła w ich wywodach. To trzecie rozwiązanie.

Siła słabości
Andrzej Werner napisał: „Winni są wszyscy, bo wybrali zły język dyskusji o kulturze, czy też pozwolili, aby ten język ich wybrał”. To jedyne zdanie, z którym się zgadzam (wierząc przy tym, że tylko przez nieuwagę autor użył formy „wybrali”, zamiast „wybrałem”). Zdanie to ma w sobie coś nieświadomie ironicznego, bo przecież cały tekst Wernera został napisany w „złym języku” – anachronicznym, uproszczonym, mało konkretnym, redukującym politykę do dwóch ideologii i do sprawowania władzy w makroskali. Ale sama myśl, że wybór języka potrafi zamknąć dostęp do zagadnienia, będzie i dla mnie przestrogą. Sądzę, że dopóki mówimy o związkach literatury z polityką w kategoriach dwóch ideologii – prawicowej i lewicowej – czy w ogóle w kategoriach ideologii, dopóty nasz język zawsze będzie „źle wybrany” i zawsze będzie pozwalał nam się łudzić, że można pozostać na zewnątrz polityki.
Na trop tego złudzenia naprowadza Chwin, mówiąc, że politykę widać w podręcznikach, „które »ustawiają« naszą świadomość kulturalną już w dzieciństwie i zwykle na całe życie”. Wynika z tego, że lekcja polityki może przytrafiać się nam wtedy, gdy jeszcze nie jesteśmy w stanie sprostać jej intelektualnie i zdystansować się do jej treści. Wynika także, że polityka może istnieć poza debatą w Sejmie czy poza gazetowym sporem o ideową wymowę poglądów Sokratesa.
Aby wybrnąć z tego dylematu (znaleźć inny język i władzę poza władzą), należałoby inaczej zdefiniować samą politykę. Powtórzę za Michelem Foucault, że polityka jest „wojną prowadzoną innymi metodami”, przywołując tym samym zdanie Clausewitza, że „wojna jest tylko dalszym ciągiem polityki uprawianej innymi sposobami”. Z obu tych definicji, podobnie zresztą jak z licznych innych, widać, że wojna i polityka krążą wokół siły: tym, co je określa i pociąga jest zwycięstwo, dominacja, sprawowanie kontroli, dyktowanie reguł. Polityka nie musi być prowadzona z pozycji siły, bo wtedy jest zwykłym kamuflażem dla przemocy, natomiast zawsze powstaje jako relacja pomiędzy silniejszym i słabszym – tym, który ma więcej władzy i tym, który ma jej mniej.
Kiedy będziemy pojmować politykę jako relację „silniejszy-słabszy”, odsłoni się przed nami obraz społeczeństwa jako splątanej sieci – mnogości więzi przecinających zbiorowość w pionie i poziomie. W pionie, a więc pomiędzy mieszkańcami rozmaitych hierarchii; w poziomie, a więc pomiędzy ludźmi względem siebie niezależnymi. Polityka zatem to nie problem relacji „władza a społeczeństwo”, lecz problem społeczeństwa jako władzy, jako nieskończonej sieci relacji, w których na przemian podlegamy władzy i sami ją sprawujemy. Władzy wszelakiej, spoczywającej nie tylko w instytucjach centralnych, lecz istniejącej w szkole, domu, kościele, biurze, zakładzie pracy – w każdym układzie hierarchicznym. Polityka przejawia się wszędzie tam, gdzie istnieją jakieś – jakiekolwiek – zasady ustalające przydział siły i słabości, przydział prawa do podejmowania decyzji i obowiązku ich wykonywania. Istnieją tedy polityki płci, ciała, zdrowia (obowiązkowe szczepienia, badania, zajęcia gimnastyczne), wychowania, edukacji (obowiązkowa szkoła podstawowa i gimnazjum), religii, pracy, komunikacji...
Co z tym wszystkim może – albo nawet powinna – począć literatura? Andrzej Werner mówi: trzymać się z dala. Stefan Chwin: wejść w spór. Najlepiej byłoby połączyć pierwsze (szukanie miejsca, które polityce umyka) z drugim (traktowanie polityki jako problemu dla intelektu). I dołączyć trzecie: problematyzować. Czyli – w odniesieniu do propozycji Wernera – pytać o samą możliwość istnienia sztuki poza polityką, a także o jej rzeczywiste szanse na zachowanie istotności przy takiej izolacji. Bo skoro społeczeństwo nie potrafi funkcjonować bez mnogich reguł porządkujących relacje silniejszy-słabszy, tedy sztuka stroniąca od polityki będzie odwrócona plecami nie od jakiejś odległej władzy, lecz od codzienności. Podobnie propozycja Chwina. Zaakceptować ją bez zastrzeżeń, znaczyłoby pozostać w klubie dżentelmenów, którzy omawiają ostatnie decyzje rządu. Sproblematyzować ją, znaczy kwestionować wszelkie debaty i dyskursy, w jakich polityczność dochodzi do głosu, lecz także, a może przede wszystkim, odsłaniać polityczność pod powierzchnią wszelkich dyskursów i demontować języki polityczne, które stanowią porządki naszego życia. Mam wrażenie, że dopiero taka literatura – krytyczna i samokrytyczna, gniewna i podejrzliwa, uważna i ruchliwa – uniknie zagrożeń, jakie tkwią w propozycjach sztuki apolitycznej oraz sztuki debatującej. Tym bowiem, co mi grozi, kiedy szukam azylu przed polityką, jest tkwienie w jej sieci i stosowanie jej reguł bez świadomości, że jestem w środku. Tym, co mi grozi, kiedy rozumiem politykę jako spór światopoglądowy stanowiący pożywkę dla intelektu i pobudkę emocjonalną, jest ślepota na politykę tkwiącą poniżej debat, na jej sprawowanie obywające się bez uzasadnień, bo istniejące mocą tradycji, stereotypów, uprzedzeń.
Rozumienie polityki jako reguł, dzięki którym silniejszy wywiera wpływ na życie słabszego, wyłania podwójne zadanie literatury i krytyki. Zadanie to zbiorczo określiłbym jako rozkładanie siły. Pierwsze z nich spełnić się może w literackiej analityce władzy, czyli poszukiwaniu „wsporników” rządzenia. Literatura tak postępująca traktuje jawne reguły polityczne (demokracji liberalnej) jedynie jako punkt wyjścia, uznając, że sam system wspiera się na dziesiątkach innych zasad, niekoniecznie jawnych i uświadamianych, acz do sprawowania władzy niezbędnych (zasada tożsamości? rodzina? podział biografii na edukację-pracę-emeryturę?). Aby owe zasady odnaleźć, literatura musi porzucić klasyczne śledztwo w poszukiwaniu jednego centrum (prezydenta, koterii, spisku, partii) na rzecz odsłaniania wielu centrów, które są trwalsze od rządów czy nawet ustrojów. Wydaje się jednak, że najistotniejszą cechą literackiego rozkładania siły jest rozpinanie analizy pomiędzy najniższym i najwyższym poziomem życia społecznego, czyli próba spojrzenia na mieszkańców codzienności z perspektywy siły (dla odnalezienia tych składników życia, które wspierają dany – ale może każdy – system sprawowania władzy). O ile więc dawną powieść polityczną interesowały mechanizmy zdobywania, utrzymywania i sprawowania władzy, nową powieść polityczną mogłoby raczej interesować opieranie się tych mechanizmów na życiu codziennym.
Drugi sposób rozkładania siły polega na analizowaniu reguł rządzenia w bliskich relacjach społecznych – zwłaszcza tych, które w ujęciu stereotypowym są związkami uczuciowymi, funkcjonalnymi czy światopoglądowymi. W rodzinie, szkole, grupie rówieśniczej bądź pracy literatura może odsłaniać kontekst społeczny, który gwarantuje silniejszemu przewagę i możność sprawowania władzy ponad kompetencje, zasługi i uprawomocnienia. Dorosły wobec dziecka, nauczyciel wobec ucznia, mężczyzna wobec kobiety, swój wobec obcego, normalny wobec innego – wszystkie te pary (łatwo przywołać przykłady z naszej literatury) to standardowe przykłady niezasłużonej przewagi, w jaką kultura wyposaża jedną ze stron – kamuflując jej siłę powagą autorytetu, racji czy tradycji. Literatura może tedy uświadamiać, że relacje silniejszy-słabszy są codziennością życia społecznego i że w relacjach tych tak długo tkwimy nieświadomie, dopóki różnice siły wydają nam się niezmienne, wartościowe czy nawet absolutne. Rozkład tych sił służy ich osłabianiu, kwestionuje ostateczność różnic, a także zapobiegać może nader częstemu myleniu przewagi z racją. Konfrontacja naszej świadomości z literackim przedstawieniem prowadzić zatem może zarówno do zrozumienia przywilejów, dzięki którym dysponujemy przewagą, do ich samokrytycznego przemyślenia, do ich zmiany, lecz także do poszukiwania takiego sposobu budowania relacji międzyludzkich, aby przewaga służyła słabszemu, czyli obracała się na jego korzyść.
Nie sądzę więc, by polityczność szkodziła literaturze. Literatura – słabsza medialnie od debat rządowych, rozrywki, biznesu czy sportu – właśnie dzięki słabości może odzyskać istotną rolę w społecznej komunikacji. Potrafi ona bowiem pisać i czytać świat ze zmiennej perspektywy, to zaś jest regułą politycznej gry, jaką dzisiejsza literatura i krytyka może – nie bez szans na zwycięstwo – prowadzić z wielką polityką. Stawką gry nie jest oczywiście obalanie rządów i ustrojów, lecz uświadamianie, że życie każdego z nas uplątane jest w reguły rządzenia. Literatura zachęca nas więc do spojrzenia na siebie z perspektywy silniejszego (którego mimowiednie wspieramy swoim codziennym życiem) i z perspektywy słabszego, którym rządzimy, nie zawsze tego świadomi na tyle, by ograniczać swoją władzę. Spojrzenie pierwsze zachęca do anarchii, kontestacji, obywatelskiego nieposłuszeństwa. Spojrzenie drugie do solidarności i współodczuwania. Pomiędzy regułami rządzenia, którym podlegam i regułami rządzenia, które stosuję – tak przedstawiają mi się dzisiaj bieguny upolitycznienia literatury.

Przemysław Czapliński (ur. 1962) – historyk literatury, krytyk; ostatnio opublikował „Ruchome marginesy. Szkice o literaturze lat 90.” (Znak, Kraków 2002). Jest jurorem Nagrody Literackiej NIKE.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nr 41 (2779), 13 października 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl